poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Rozdział 6

                Ćwierćfinał i półfinał poszedł mi równie dobrze. I ja, i trener, i sztab, i moi znajomi byli pod wielkim wrażeniem. Wszyscy byliśmy bardzo zadziwieni tym, że taka tam, nikomu nieznana Polka, nagle dostaje się na największą sportową imprezę i tak po prostu przechodzi do finału.
                Czułam się wytykana palcami. Mimo że tak naprawdę nie byłam, ludzie po prostu patrzyli na mnie wzrokiem, którego nie potrafiłam odgadnąć. Mogli zarówno chcieć mnie zabić i opowiedzieć mi dowcip. Nie wiedziałam więc także, jak się zachowywać – uciekać czy wręcz przeciwnie, podchodzić, rozmawiać? W większości decydowałam się na opcję numer jeden, bo przezorny zawsze ubezpieczony, a przede mną był jeszcze finał.
                Finał, którego dzień w końcu nadszedł.
                Szczerze mówiąc, jadąc na igrzyska powtarzałam sobie, że nic się nie stanie, jeśli nawet nie przejdę przez eliminacje. Powtarzałam sobie, że to moja pierwsza taka impreza i wszystko może się zdarzyć, ale przy takich doświadczonych zawodnikach w sumie nie miałam, co myśleć o wysokich miejscach. To jednak nic nie dawało, ponieważ od samego początku żywiłam nadzieję, że coś mi się uda, że zaliczę tam, nawet mały, sukces, że trochę namieszam w tabelach i ludziom w głowach, że dzięki mnie zawody nie będą takie przewidywalne. I chyba nie były, ponieważ świeżak przeszedł do ostatniego, i najważniejszego, biegu.
                Trochę martwił mnie fakt, że przez ostatnie dni nie trenowałam nic a nic. Trener stwierdził, że spokojnie mogłam potraktować zawody jako treningi i zabronił mi biegać wieczorami, żeby nie przemęczyć mięśni. Ale ja przecież potrzebowałam tego, potrzebowałam ruchu, po tylu latach nie wyobrażałam sobie życia inaczej. Przejęcie finałami wzięło jednak górę i zastosowałam się do zaleceń szkoleniowca i, poza ćwierćfinałem i półfinałem, nie robiłam nic.
                Po śniadaniu spędzonym z reprezentantami Polski poleciałam do pokoju, żeby porządnie się przygotować. Musiałam pokazać swój kraj z jak najlepszej strony, włączyłam więc playlistę, której każdą piosenkę znałam na pamięć i zabrałam się za swoje rytuały.

                Na stadionie znalazłam się na tyle wcześnie, by dobrze się rozgrzać i rozciągnąć. Od poprzedniego dnia czułam niewielki bój w prawej nodze, ale stwierdziłam, ze był to efekt kilkudniowych wysiłków na bieżni, więc nie przejęłam się nim za bardzo.
                Do ogromu stadionu olimpijskiego przyzwyczaiłam się na tyle, na ile było to możliwe. Wszystkie konkurencje lekkoatletyczne powoli zmierzały ku końcowi, powoli wszystko się rozjaśniało, a więc i ludzi na trybunach przybywało. Ich wspólne krzyki i śpiewy (chociaż w większości nie skierowane w moją stronę czy w stronę reprezentacji mojego kraju) robiły ogromne wrażenie i miałam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie dane mi to przeżyć.
                Sam start i pierwsze kilkanaście metrów nie różniły się za bardzo od poprzednich biegów. Ponieważ moja technika, którą wypracowałam sobie przez te wszystkie lata, była dobra, nie widziałam problemu w wyprzedzeniu kobiety po mojej lewej stronie, która uparcie dotrzymywała mi kroku. Wiedziałam, że byłam w stanie jeszcze przyspieszyć. Wiedziałam, że miałam jeszcze jakieś rezerwy energii i siły na to, by postawić dłuższy krok, by mięsień zapracował jeszcze szybciej. Musiałam po prostu bardziej się postarać.
                Linia mety zbliżała się nieubłaganie, a ja nadal nie mogłam zostawić przeciwniczek za sobą. No tak, tego się w sumie można było spodziewać po finale, ale nadal czułam, że starałam się za mało. Przecież gdybym zdobyła medal, daj Boże złoto, na zawsze zostałabym zapamiętana. Moje życie zupełnie by się zmieniło. Może nawet zaimponowałabym Vettoriemu, który zdawał się podchodzić do mnie z dystansem.
To miał być ten krok, to miał być krok, który miał dać mi zwycięstwo. To miał być ten moment, w którym pokazywałam całemu światu, jak bardzo się mylił, stawiając mnie na przegranej pozycji. Gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem, może i by tak było, ale gdyby wszystkie nasze plany się ziszczały, czy życie nie byłoby zbyt przewidywalne?
                Poczułam ostry, rwący ból w prawym udzie i w tym momencie wiedziałam, że moje plany na ten rok zniknęły – prysnęły niczym bańka mydlana. Już w następnej chwili leżałam na plecach na twardej bieżni, trzymając się za udo i próbując powstrzymać łzy bólu, które później przekształciły się we łzy złości.
                Pomoc medyczna zjawiła się przy mnie bardzo szybko. Mówili coś między sobą, a następnie zwrócili się do mnie. Nic im nie odpowiedziałam, bo naprawdę nie zrozumiałam ani słowa z ich wypowiedzi. Chyba uznali to za zły znak, bo zostałam zapakowana na nosze i zniesiona z płyty głównej. Zorientowałam się, że zmierzam w stronę białego namiotu z czerwonym krzyżem, gdzie zajął się mną lekarz. Dokładnie sprawdził miejsce, które tak okropnie bolało, po czym wdał się w dyskusję z moim trenerem. (Nie mam zielonego pojęcia, jak ten tam się znalazł.)
                Gdy skończyli ze sobą rozmawiać, przetransportowano mnie do mieszkania w Wiosce Olimpijskiej i poinformowano o spotkaniu z fizjoterapeutą, które miało się odbyć następnego dnia. Mój szkoleniowiec oznajmił mi tylko, że zerwałam mięsień czworogłowy uda, że jest to bardzo bolesne, ale dosyć łatwe do wyleczenia. Po czym najzwyczajniej w świecie wyszedł. Miałam ochotę za nim pobiec, ale nie dałabym rady, ból był zbyt silny.
                Jeszcze silniejszy od bólu fizycznego był ból psychiczny i niemalże rozpacz po tym, co się wydarzyło. Nie chodziło mi tylko o to, że kontuzja sprawiała mi ból, to był najmniejszy z moich problemów. Najbardziej załamało mnie to, że byłam tak blisko, że spełnienie marzeń było na wyciągnięcie ręki, właściwie, było dosłownie krok dalej. Ale najwidoczniej był to krok jeszcze zbyt duży i zbyt trudny. Musiałam cieszyć się z tego, że zawody te poszły mi naprawdę dobrze i że mimo wszystko namieszałam wszędzie, gdzie tylko mogłam za wyjątkiem klasyfikacji końcowej. Powiedziałam sobie, że to ostatnie zostawię sobie na deser mojej sportowej kariery i starałam się o tym nie myśleć.
                Ale jak można starać się nie myśleć o tym, że medal miałam właściwie już na szyi...?
                Z tego zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi, a chwilę później dźwięk naciskanej klamki.
                - Wyłaź stąd – krzyknęłam od razu, nawet nie zerkając w stronę drzwi. Byłam pewna, że to Ania albo któryś z moich znajomych, ewentualnie trener (chociaż jego bym się raczej nie spodziewała), czyli wszyscy, z którymi raczej nie miałam ochoty rozmawiać. Kiedy gość nie dał za wygraną i mimo wszystko otworzył drzwi, bez chwili zastanowienia cisnęłam w jego stronę poduszką. Usłyszałam śmiech.
                - To nie jest śmieszne, okej? – mówiłam dalej po polsku i powoli odwróciłam się w stronę intruza. Ciekawa jestem, jaką miałam minę, kiedy zorientowałam się, że moim gościem był Luca Vettori, który dalej się śmiał.
                - To nie jest śmieszne – tym razem powiedziałam to po angielsku, po czym przeprosiłam za atak (tylko z grzeczności, bo wcale nie było mi przykro). Siatkarz machnął ręką, nadal wielce uradowany, co tylko bardziej mnie denerwowało. – Jak w ogóle się tutaj dostałeś? Przecież nie mówiłam ci, gdzie mieszkam.
                - Wiesz, wystarczyło zapytać w recepcji – wyjaśnił mi i podszedł bliżej. Faktycznie, z jego wyglądem wystarczyło, że się uśmiechnął i pewnie wszystko uchodziło mu na sucho. Właściwie, jak dla mnie, nawet nie musiał się uśmiechać. Jednak nie dziś. Tego dnia miałam na tyle trzeźwy umysł po porażce i kontuzji (czy też raczej kontuzji i porażce), że jego spojrzenie na mnie nie działało. W każdym razie, jeszcze nie.
                Mężczyzna podszedł bliżej i wyciągnął coś zza pleców, po czym rzucił tym w moją stronę. Przez chwilę myślałam, że chce mi oddać czymś twardszym niż moja poduszka, ale szybko zorientowałam się, że było zupełnie inaczej. Chwyciłam coś, co wylądowało na moim łóżku i okazało się... rozmówkami włoskimi. Uniosłam pytający wzrok na gościa, a ten wzruszył ramionami.
                - Powiedziałaś, że chciałabyś mówić po włosku – wyjaśnił. – Teraz chyba będziesz miała dużo czasu, więc czemu nie? Mogę ci nawet pomóc, jeśli będziesz chciała – dodał. Okej, jeśli myślałam, że przestał na mnie działać, to właśnie w tym momencie wszystko to wróciło. Jego propozycja pomocy i dorzucony do tego uśmiech sprawił, że świat ponownie zwolnił. Albo moze tylko tak mi się wydawało przez to, jak moje serce przyspieszyło.
                - Dzięki, jasne – odparłam po chwili milczenia. Musiałam odwrócić  wzrok, tylko czemu to było takie trudne?
                Chciałam zmienić temat. Właściwie, trzeba by było zacząć jakikolwiek temat, bo na razie panowała między nami cisza – i to ten jej rodzaj, który wywoływał we mnie dziwny rodzaj napięcia. Wzięłam głęboki wdech i przesunęłam się nieco, robiąc mu miejsce obok siebie. Może było to dziwne, ale przecież nie było to moje mieszkanie, więc nie miałam kanapy ani stolika do kawy, pozostawało więc tylko łóżko.
                Włoch przysiadł na krawędzi i spojrzał na mnie wyczekująco. Powiedz coś, no powiedz.
                - Nie graliście dzisiaj czasem półfinału? – zapytałam i w myślach odetchnęłam z ulgą, bo w końcu coś wymyśliłam. Vettori przytaknął w odpowiedzi. Dzięki za współpracę, pomyślałam. Naprawdę jesteś gadatliwy, wiesz?
                - I jak wam poszło? - próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej, ale ten nie dawał za wygraną i pokręcił głową. Ponownie chwyciłam najlepszą broń w zasięgu ręki, poduszkę, i rzuciłam mu w twarz. Ten krótko się zaśmiał, ale dalej nic nie powiedział. – Luca! Właśnie złoto olimpijskie przeleciało mi przed oczami, nie trzymaj mnie w napięciu! – Fakt przegranej w finale igrzysk był niezłym argumentem, trzeba było go zapamiętać. Mógłby się przydać w przyszłości.
                - Nie jesteś sama – odrzekł tylko i uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu wyczuwałam coś innego, smutnego. Wyrzuty sumienia, że tak go męczyłam, wzięły górę i zamilkłam.
                - Kurczę – wyszeptałam pod nosem. – To nie był zbyt szczęśliwy dzień, co nie? – Kiedy siatkarz nadal się nie odzywał, przysunęłam się nieco i zmierzwiłam mu włosy. – Daj spokój – powiedziałam – macie jeszcze ogromną szansę na brąz! Wiem, że to kiepskie pocieszenie, ale medal jest medalem i macie o co walczyć, no nie?
                - Tak, pewnie, ale wiesz jak to jest, kiedy była szansa na pierwsze miejsce... – powiedział i nagle zaczęłam się zastanawiać, od kiedy rozmawiamy o takich poważnych sprawach. Prawdopodobnie właśnie od wtedy.
                - Wiem, ale dla mnie te igrzyska się już skończyły, a dla was cały czas trwają. Więc wyjdziecie jutro na to boisko i wywalczycie brązowy medal i już!
                Siatkarz odpowiedział mi szerokim uśmiechem, po którym musiałam do siebie dochodzić dobre kilkanaście sekund. Uniosłam kąciki ust. Naprawdę cieszyło mnie to, że prawdopodobnie poprawiłam mu humor.
                - Przyjdziesz jutro na mecz? – Tego pytanie nie spodziewałabym się usłyszeć od niego absolutnie nigdy. Przeczytałam w swoim życiu trochę książek, obejrzałam trochę filmów i miałam całkowitą pewność, że był to cytat z jednego z nich. Faceci w rzeczywistości się przecież tak nie zachowują. A jednak. I to właśnie ta niezwykłość sytuacji sprawiła, że odmowa była jeszcze trudniejsza.
                - Nie dam rady – westchnęłam, mimowolnie posyłając spojrzenie swojej nodze.
                - Rozumiem – odparł ten. Miałam wrażenie, że usłyszałam zawód  jego głosie, ale pewnie tylko mi się wydawało.
                - Znaczy, bardzo bym chciała, dziękuję za zaproszenie – zaczęłam się tłumaczyć. – Ale lekarz, rozumiesz – westchnęłam.

                - Jasne – uśmiechnął się promiennie, przez co chyba przeżyłam mały zawał. – Wpadnę jutro poinformować o wyniku? – to zdanie twierdzące zabrzmiało bardziej jak pytanie, co naprawdę sprawiło, że humor mi się poprawił. Mężczyzna oznajmił, że musi się zbierać. Zawahał się na moment, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć (a może tylko mi się wydawało?), podniósł się z materaca i ruszył w kierunku drzwi, które po chwili się za nim zamknęły.


_______________________
Jak to mówią - nie wiesz, o czym pisać, zabij bohatera. Śmierć byłaby tu trochę zbyt radykalna, a kontuzja taka w sam raz w sumie. Czekam na komentarze, o ile jest w ogóle co komentować.
Pozdro i do następnego.
D.

3 komentarze:

  1. łał, strasznie mi jej szkoda, kontuzja w takim momencie. powiem ci w ogóle, że nie wiem, co mam ci pisać w komentarzach, bo najchętniej napisałabym w każdym "bardzo mi się podobało", ale no, to jest oczywiste. strasznie podoba mi się twoje szczegółowe opisywanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie ciężko było mi przeczytać ten rozdział, ponieważ za oknem cały czas mi wiercą w ścianach, głowa mi pęka i nie mogę się skupić. Ale kiedy wreszcie przeczytałam, to zrobiło mi się źle i dobrze zarazem. Źle, bo smutno mi z powodu kontuzji, wiem, co poczuła i jak to jest wszystko stracić. Dobrze, bo Luca się pojawił, pocieszył, uśmiechnął się. I wszystko było idealnie, chociaż przez chwilę.
    Czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  3. ale jak napisałaś o tym bólu w nodze to ja już wiedziałam, że będzie źle i strasznie chciałam się mylić :/ no ale skoro Luca się przejął i przyszedł...

    OdpowiedzUsuń