Samolot lecący na warszawskie
Okęcie był w połowie pusty.
Naprawdę nie wiedziałam
dlaczego, przecież na igrzyska przyleciały setki naszych sportowców. Czyżby
wszyscy wyjechali o tyle szybciej, że teraz została tylko garstka
reprezentantów? Było to trochę nie do wiary, ale szybko musiałam się z tym faktem
pogodzić.
Opuszczając Wioskę Olimpijską,
posyłając jej ostatnie spojrzenia przez ramię, tak naprawdę myślałam o tym, ile
dobrych rzeczy mnie spotkało podczas pobytu w niej. Poznałam prawdopodobnie
prawdziwą przyjaciółkę, która była nieźle zakręcona, ale miała dobre serce
(prawdopodobnie, bo to właśnie teraz, po zakończonej imprezie miało się okazać,
czy to nie była znajomość na dwa tygodnie). Poznałam wielu bardzo miłych osób,
które były dla mnie ogromnie życzliwe. Poznałam lepiej mojego trenera, z którym
współpraca okazała się toksyczna i przez którego właściwie teraz kuśtykałam na
swoje miejsce w samolocie. Poznałam smak prawdziwej rywalizacji wśród najlepszych
lekkoatletów na tym świecie, a doświadczenia, które zebrałam były
prawdopodobnie najważniejszymi w mojej karierze. I w końcu – poznałam pewnego
Włocha, z którym łączyła mnie dość niecodzienna relacja, której do końca nie
rozumiałam i nie wiedziałam, czy kiedykolwiek jeszcze będzie mi dane, by ją
zrozumieć.
Kim tak właściwie był dla mnie
Luca Vettori? Czy ktokolwiek był w stanie to stwierdzić?
Anka mówiła, a wręcz namiętnie
powtarzała, że siatkarz został stworzony tylko i wyłącznie dla mnie, że
widziała to jak na dłoni, była tego stuprocentowo pewna – w przeciwieństwie do
mnie.
Oh, naprawdę miałam nadzieję, że
samolot będzie pełny wesołych ludzi, którzy będą razem głośno rozmawiać,
opowiadać dowcipy i śmiać się, żebym mogła uniknąć głupich rozmyślań na temat
Włocha, które męczyły mnie od momentu, kiedy zamknęły się za nim drzwi mojego
pokoju. Tymczasem panowała cisza jak makiem zasiał, więc naprawdę nie miałam
nic innego do roboty, a myśli same cisnęły mi się na mózg tak, jak słowa cisną
się na język i kompletnie nic nie mogłam na to poradzić.
Wyszło na to, że po prostu
poczułam się samotna. Zbyt samotna. Przez tyle lat byłam sama, i to z własnego
wyboru, a teraz nagle poczułam, że kogoś potrzebowałam. I okazało się, że ta
samotność przyćmiła zdrowy rozsądek i pozwoliłam obcemu mężczyźnie na tyle się
do siebie zbliżyć, że nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przecież znałam go
zaledwie kilkanaście dni, a dałam się mu pocałować, bo Ania powiedziała, że
jest między nami chemia. Wszystko to było całkowicie nie w moim stylu i dlatego
tak mnie martwiło. Czy inne uczestniczki i uczestnicy igrzysk także przeżywali
takie przygody? Czy to było normalne, że każdy znajdował sobie kogoś na czas
trwania imprezy, bo tak było łatwiej przeżywać
porażki? Bo, nie ukrywajmy, moja kontuzja wpłynęłaby na mnie o wiele bardziej i
byłaby o wiele gorsza w skutkach, gdyby ten jeden uparty wielkolud codziennie
nie wchodził bez pukania do mojego olimpijskiego mieszkania. To była jego
zasługa i to dzięki niemu byłam silniejsza.
Ale co miałam o tym myśleć
teraz, kiedy to wszystko się skończyło?
Nie złożyliśmy sobie żadnych
obietnic, żadne z nas także nie rwało się do zobowiązujących do czegokolwiek
wyznań. Jedynym, co otrzymałam na koniec naszej wspólnej przygody był pocałunek
powalający na kolana i numer telefonu wraz z adresem zapisanym w moim
telefonie, którego teraz pilnowałam niczym skarbu.
Koniec naszej wspólnej przygody.
Bo to chyba był koniec, prawda?
Wszyscy dobrze wiemy, że takie
znajomości nigdy nie wypalają. Kiedy jako dziecko jeździłam na kolonie,
ostatniego dnia wszyscy, w tym i ja, obiecywali sobie przyjaźń na całe życie i
ostrzegali, żeby codziennie czekać na wiadomość i, och, jak to będziemy się
odwiedzać! I zawsze kończyło się tak samo – po mniej-więcej tygodniu zaczynało
być męczącym to, że ta koleżanka mieszka tak daleko. Coraz częściej nie chciało
się podchodzić do telefonu. Coraz częściej zapominało się o tym telefonie. I
kontakt, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, nagle po prostu się urywał. Po
kilku miesiącach zawsze przypominałam sobie, że przecież poznałam podczas wakacji
takich świetnych ludzi, ale przecież głupio było zadzwonić, bo co miałam
powiedzieć? I dalej nikt nie dzwonił i przyjaźń na całe życie okazywała się
przyjaźnią na dwa tygodnie. Byłam pewna, że w przypadku siatkarza byłoby
dokładnie tak samo, więc czemu by nie oszczędzić sobie dodatkowych
przykrości związanych z kolejną stratą,
kiedy można było uznać, że to już dawno za mną, bo wszystko zostało zakończone
i zamknięte wczorajszym pocałunkiem?
Nawet nie wiedziałam, czy można
to było nazwać przelotnym romansem. Wydawało mi się, że romans jednak był czymś
więcej niż to, co wydarzyło się między mną a Włochem. To, co przez chwilę
mieliśmy, było zaledwie przelotną znajomością, którą chciałam wspominać dobrze
i o której na pewno miało być ciężko zapomnieć.
Oczywiście, chciałabym, aby to
nie była prawda. Naprawdę chciałabym, żeby to się udało, żebyśmy naprawdę po
powrocie do domów utrzymywali regularny kontakt, może nawet, żebyśmy się
zaprzyjaźnili, a później znaleźli chwilę czasu, żeby się spotkać, ale to po prostu
nie było możliwe. Nie wierzyłam w takie rzeczy, bo wiedziałam, że nie miały
miejsca. Znajomości na odległość były cholernie trudną sprawą, chociaż może na
początku nie sprawiałaby problemu. Z czasem jednak kilometry różnicy bardzo
dawałyby się we znaki i zaczynałyby po prostu męczyć i zniechęcać. Przyszłoby
zwątpienie w sens tego wszystkiego aż w końcu w nadszedłby kres. Tak właśnie z
tym wszystkim było.
Byłam całkowicie pewna, że tylko
czysty zbieg okoliczności albo niesamowite szczęście mogłoby być przyczyną
naszego ewentualnego ponownego spotkania. Vettori na pewno tak samo myślał, na
pewno dobrze wiedział, że nie ma w tym najmniejszego sensu i żadne z nas nie
miało siły próbować. A numer telefonu i adres na kartce był tylko grzecznością,
której zostaliśmy kiedyś nauczeni.
Takie były fakty. I zaczęłam
przyjmować do wiadomości, że moje serce już nigdy tak śmiesznie i jednocześnie
strasznie nie zareaguje. Że świat nigdy już nie zatrzyma się pod wpływem
spojrzenia tej pary ciemnobrązowych oczu. Że po moim ciele nie rozprzestrzeni
się dziwnie przyjemna fala ciepła wywołana jednym uśmiechem jednego mężczyzny.
Zaczęłam przyjmować do wiadomości, że już nigdy miałam nie spotkać Luci
Vettoriego.
Co gorsza, to sprawiało, że
czułam się naprawdę przygnębiona.
- Ach, Gośka! – z rozmyślań
wyrwał mnie niski, dziwnie znajomy męski głos. – Czy to miejsce jest wolne? –
Nie kto inny jak sam Łukasz Żygadło wskazał na fotel obok mojego.
- Tak, pewnie, siadaj – odparłam
szybko i zabrałam butelkę wody, którą wcześniej położyłam na siedzeniu, robiąc
miejsce siatkarzowi.
- To były emocjonujące igrzyska,
prawda? – rzucił z uśmiechem w moją stronę. Reprezentacja Polski nie zdobyła
żadnego medalu, ale mimo wszystko ten człowiek pozostawał pozytywny. Chyba
dlatego właśnie go tak ceniłam. Tak samo zresztą jak i Ankę. Chyba po prostu
potrzebowałam pozytywnych ludzi w swoim życiu.
- Masz rację, były niesamowite –
odpowiedziałam zwięźle, nie myśląc jednak o feralnym finale z moim udziałem, a
o swojej ex-znajomości z włoskim siatkarzem, co było naprawdę dziwne.
- Też lecisz do Warszawy? –
zapytał, ale skoro siedzieliśmy w tym samym samolocie, a on leciał do Warszawy
oczywistym było, że i ja także. Najwidoczniej mężczyzna próbował podtrzymać
rozmowę, za co byłam mu naprawdę wdzięczna, bo pomagało mi to w niemyśleniu o tym,
co się stało i o czym nie chciałam myśleć.
- Na razie tak, na Okęciu się
przesiadam i lecę do domu, do Krakowa – odrzekłam z uśmiechem. Tak, jednak
wszędzie dobrze (na igrzyskach bardzo dobrze), ale w domu zdecydowanie najlepiej.
- To miło – skwitował Żygadło i
na chwilę zamilknął. – Ja mam trochę spraw do załatwienia w stolicy, ale za
kilka dni też będę w Krakowie. Co prawda przejazdem, ale będę. Musimy się
spotkać! – wykrzyknął uradowany, co naprawdę mnie zaskoczyło. Czy pierwszy
rozgrywający polskiej kadry siatkarzy miał ochotę się ze mną prywatnie spotkać?
Czy to był dobry moment na to, żeby zacząć piszczeć?
Odpowiedziałam szerokim
uśmiechem.
- Jasne, zdecydowanie tak –
naprawdę starałam się nie brzmieć zbyt radośnie i nie miałam pojęcia, czy mi
wyszło, bo rozgrywający cały czas uśmiechał się w ten sam sposób. Musiałam
przyznać, że był przystojny, a jego głos był naprawdę niesamowicie przyjemny
dla ucha, a z uśmiechem na ustach wyglądał jeszcze lepiej, o ile w ogóle było to
możliwe, ale czy on nie miał przypadkiem żony? I czemu zastanawiałam się nad
takimi rzeczami?
Znowu na światło dzienne
wychodziła moja, niesamowicie doskwierająca już, samotność.
Resztę niezbyt długiej podróży
spędziliśmy na oglądaniu tego samego filmu na monitorach zamontowanych w
oparciach poprzedzających siedzeń. Głośno komentowaliśmy niemal każdą scenę,
śmialiśmy się, ocenialiśmy garderobę bohaterów i mimikę ich twarzy oraz dziwne
gesty wykonywane rękami. We dwójkę zauważaliśmy o wiele więcej niepasujących
szczegółów i dziur w fabule, a znajdywanie ich było naprawdę niezłą zabawą.
Po wylądowaniu i odbiorze bagaży
musiałam szybko biegać na kolejną odprawę, bo czekał mnie jeszcze niespełna
godzinny lot do Krakowa. Łukasz przekazał mi swój numer telefonu i obiecał, że
zadzwoni jak tylko dostanie się do mojego rodzinnego miasta, żebyśmy mogli się
spotkać, po czym pożegnał mnie ciepłym i niezwykle przyjemnym uściskiem, po
czym rozstaliśmy się z uśmiechami na ustach.
Moje mieszkanie wyglądało
dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy przed igrzyskami opuszczałam je w wielkim
pośpiechu.
W niedużym przedpokoju na
wieszaku wisiała tylko zapasowa para kluczy, a na ziemi leżały wszystkie pary
butów, jakie tylko były w moim posiadaniu. Szybko wepchnęłam je do drewnianej
szafeczki, aby chociaż stworzyć pozory porządku. W łazience na podłodze leżały
dwa ręczniki, bo przecież przed wyjściem wzięłam szybki prysznic. W centralnym
pomieszczeniu, salonie, było wszystko, co tylko przychodziło mi na myśl –
brudny talerz po ostatnim śniadaniu przed podróżą, ubrania, z których w
ostatniej chwili zrezygnowałam, kolejny ręcznik, laptop... Istna tragedia,
którą posprzątałam najszybciej, jak było to możliwe. Naprawdę chciałam wrócić
do czystego mieszkania, ale, cóż, nie tym razem. Najbardziej bałam się wejść do
sypialni, której miała miejsce główna część pakowania walizek i toreb. Okazało
się jednak, że było o wiele lepiej, niż to zapamiętałam i wystarczyło
poukładane rzeczy z łóżka przenieść do szafy.
- Teraz tylko rozpakować i
wyprać tę tonę rzeczy – wymruczałam do siebie, zerkając w stronę swoich bagaży.
Naprawdę chciałam już iść spać, zważając na to, że przecież ostatniej nocy nie
spałam wcale, ale myśl o tym, że nie skończyłam tego, co zaczęłam nie dałaby mi
spokoju.
Otwierałam więc po kolei każdą z
kieszeni każdej z toreb i powoli, ale konsekwentnie, opróżniałam ich zawartość.
A to zanosiłam coś do łazienki, a to zostawiałam w sypialni, a to uznawałam, że
nie pasuje nigdzie, więc kładłam na niewielkim stoliku do kawy przed telewizorem
w salonie.
Mijały kolejne sekundy, minuty,
dziesiątki minut, aż w końcu po dwóch godzinach torby z powrotem znalazły się
pod łóżkiem, pralka prała właśnie jedno z prawdopodobnie dziesięciu tysięcy
prań, wszelkie naczynia były pozmywane, resztki wyrzucone, ubrania
poukładane... Wszystko było gotowe. Nie miałam pojęcia, jak to zrobiłam.
Właściwie tego nie pamiętałam. Myślałam tylko o tym, jak bardzo byłam śpiąca i
jak bardzo chciałam się już znaleźć w łóżku.
Kiedy po prysznicu, na który
udało mi się wykrzesać jeszcze odrobinę energii, upewniłam się, że zamknęłam
drzwi wejściowe na klucz i wróciłam do sypialni, zauważyłam, że jakaś niebieska
szmata, która zdecydowanie nie była moja, bezczelnie zajmowała moje upragnione
łóżko. Podeszłam do niezidentyfikowanego obiektu z zamiarem natychmiastowego
usunięcia go z mojego mieszkania, podniosłam i... kompletnie mnie wryło. Nagle
całkowicie otrzeźwiałam, nagle nie miałam ochoty już spać, nagle nie miałam
ochoty na zupełnie nic. Oto trzymałam w dłoniach, owszem niebieską, bluzę
reprezentacji Włoch w siatkówce. Zmarszczyłam brwi. Co to robiło w moim mieszkaniu? Przecież próbowałam zostawić
przeszłość za sobą, dlaczego to tu
było? Po dłuższej chwili namysłu, dokładnych oględzinach ubrania i znalezieniu
cyfry 4 napisanej markerem na metce doszłam do wniosku, że była to bluza mojego
byłego znajomego, który kiedyś postanowił zachować się jak w komedii
romantycznej dosyć niskich lotów i użyczyć mi ją, kiedy zrobiło mi się zimno.
Chcąc, nie chcąc, uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
Powoli, jakby z czymś w rodzaju
namaszczenia, włożyłam ręce w rękawy bluzy, którą następnie mocno się
opatuliłam i, chyba nieco przytłoczona ostatnimi wydarzeniami, położyłam się w
miękkiej i świeżej pościeli na moim łóżku. Zamknęłam oczy, które z powodu,
którego nie chciałam sobie uświadamiać, zaczęły mnie dziwnie piec. Odetchnęłam
głęboko, a moje nozdrza przepełnił zapach mężczyzny, którym przesiąknięty był
materiał. A potem szybko zasnęłam.
__________________________________
Nadal podtrzymuję wersję, że jej odczucia nie są przesadzone.
Nie wiem, czego jeszcze chcecie się ode mnie dowiedzieć. Teraz wasza kolej, czekam na komentarze. Do następnego. :)
D.
Łukasz, Łukasz, a co ty tu robisz? no, to chyba trzeba oddać bluzę właścicielowi!
OdpowiedzUsuńŁukaszu, jak ja cię lubię z tym twoim optymizmem! No i znalazł się powód, by wybrać się na dłuższy urlop i wycieczkę do Włoch. Zdecydowanie.
OdpowiedzUsuńnawet chciałam, żeby spotkała się Lucą, ale no teraz jest jeszcze Żygadło no i ja jestem w kropce.
OdpowiedzUsuń