poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział 11

                Samolot lecący na warszawskie Okęcie był w połowie pusty.
                Naprawdę nie wiedziałam dlaczego, przecież na igrzyska przyleciały setki naszych sportowców. Czyżby wszyscy wyjechali o tyle szybciej, że teraz została tylko garstka reprezentantów? Było to trochę nie do wiary, ale szybko musiałam się z tym faktem pogodzić.
                Opuszczając Wioskę Olimpijską, posyłając jej ostatnie spojrzenia przez ramię, tak naprawdę myślałam o tym, ile dobrych rzeczy mnie spotkało podczas pobytu w niej. Poznałam prawdopodobnie prawdziwą przyjaciółkę, która była nieźle zakręcona, ale miała dobre serce (prawdopodobnie, bo to właśnie teraz, po zakończonej imprezie miało się okazać, czy to nie była znajomość na dwa tygodnie). Poznałam wielu bardzo miłych osób, które były dla mnie ogromnie życzliwe. Poznałam lepiej mojego trenera, z którym współpraca okazała się toksyczna i przez którego właściwie teraz kuśtykałam na swoje miejsce w samolocie. Poznałam smak prawdziwej rywalizacji wśród najlepszych lekkoatletów na tym świecie, a doświadczenia, które zebrałam były prawdopodobnie najważniejszymi w mojej karierze. I w końcu – poznałam pewnego Włocha, z którym łączyła mnie dość niecodzienna relacja, której do końca nie rozumiałam i nie wiedziałam, czy kiedykolwiek jeszcze będzie mi dane, by ją zrozumieć.
                Kim tak właściwie był dla mnie Luca Vettori? Czy ktokolwiek był w stanie to stwierdzić?
                Anka mówiła, a wręcz namiętnie powtarzała, że siatkarz został stworzony tylko i wyłącznie dla mnie, że widziała to jak na dłoni, była tego stuprocentowo pewna – w przeciwieństwie do mnie.
                Oh, naprawdę miałam nadzieję, że samolot będzie pełny wesołych ludzi, którzy będą razem głośno rozmawiać, opowiadać dowcipy i śmiać się, żebym mogła uniknąć głupich rozmyślań na temat Włocha, które męczyły mnie od momentu, kiedy zamknęły się za nim drzwi mojego pokoju. Tymczasem panowała cisza jak makiem zasiał, więc naprawdę nie miałam nic innego do roboty, a myśli same cisnęły mi się na mózg tak, jak słowa cisną się na język i kompletnie nic nie mogłam na to poradzić.
                Wyszło na to, że po prostu poczułam się samotna. Zbyt samotna. Przez tyle lat byłam sama, i to z własnego wyboru, a teraz nagle poczułam, że kogoś potrzebowałam. I okazało się, że ta samotność przyćmiła zdrowy rozsądek i pozwoliłam obcemu mężczyźnie na tyle się do siebie zbliżyć, że nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przecież znałam go zaledwie kilkanaście dni, a dałam się mu pocałować, bo Ania powiedziała, że jest między nami chemia. Wszystko to było całkowicie nie w moim stylu i dlatego tak mnie martwiło. Czy inne uczestniczki i uczestnicy igrzysk także przeżywali takie przygody? Czy to było normalne, że każdy znajdował sobie kogoś na czas trwania imprezy, bo tak było łatwiej  przeżywać porażki? Bo, nie ukrywajmy, moja kontuzja wpłynęłaby na mnie o wiele bardziej i byłaby o wiele gorsza w skutkach, gdyby ten jeden uparty wielkolud codziennie nie wchodził bez pukania do mojego olimpijskiego mieszkania. To była jego zasługa i to dzięki niemu byłam silniejsza.
                Ale co miałam o tym myśleć teraz, kiedy to wszystko się skończyło?
                Nie złożyliśmy sobie żadnych obietnic, żadne z nas także nie rwało się do zobowiązujących do czegokolwiek wyznań. Jedynym, co otrzymałam na koniec naszej wspólnej przygody był pocałunek powalający na kolana i numer telefonu wraz z adresem zapisanym w moim telefonie, którego teraz pilnowałam niczym skarbu.
                Koniec naszej wspólnej przygody. Bo to chyba był koniec, prawda?
                Wszyscy dobrze wiemy, że takie znajomości nigdy nie wypalają. Kiedy jako dziecko jeździłam na kolonie, ostatniego dnia wszyscy, w tym i ja, obiecywali sobie przyjaźń na całe życie i ostrzegali, żeby codziennie czekać na wiadomość i, och, jak to będziemy się odwiedzać! I zawsze kończyło się tak samo – po mniej-więcej tygodniu zaczynało być męczącym to, że ta koleżanka mieszka tak daleko. Coraz częściej nie chciało się podchodzić do telefonu. Coraz częściej zapominało się o tym telefonie. I kontakt, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, nagle po prostu się urywał. Po kilku miesiącach zawsze przypominałam sobie, że przecież poznałam podczas wakacji takich świetnych ludzi, ale przecież głupio było zadzwonić, bo co miałam powiedzieć? I dalej nikt nie dzwonił i przyjaźń na całe życie okazywała się przyjaźnią na dwa tygodnie. Byłam pewna, że w przypadku siatkarza byłoby dokładnie tak samo, więc czemu by nie oszczędzić sobie dodatkowych przykrości  związanych z kolejną stratą, kiedy można było uznać, że to już dawno za mną, bo wszystko zostało zakończone i zamknięte wczorajszym pocałunkiem?
                Nawet nie wiedziałam, czy można to było nazwać przelotnym romansem. Wydawało mi się, że romans jednak był czymś więcej niż to, co wydarzyło się między mną a Włochem. To, co przez chwilę mieliśmy, było zaledwie przelotną znajomością, którą chciałam wspominać dobrze i o której na pewno miało być ciężko zapomnieć.
                Oczywiście, chciałabym, aby to nie była prawda. Naprawdę chciałabym, żeby to się udało, żebyśmy naprawdę po powrocie do domów utrzymywali regularny kontakt, może nawet, żebyśmy się zaprzyjaźnili, a później znaleźli chwilę czasu, żeby się spotkać, ale to po prostu nie było możliwe. Nie wierzyłam w takie rzeczy, bo wiedziałam, że nie miały miejsca. Znajomości na odległość były cholernie trudną sprawą, chociaż może na początku nie sprawiałaby problemu. Z czasem jednak kilometry różnicy bardzo dawałyby się we znaki i zaczynałyby po prostu męczyć i zniechęcać. Przyszłoby zwątpienie w sens tego wszystkiego aż w końcu w nadszedłby kres. Tak właśnie z tym wszystkim było.
                Byłam całkowicie pewna, że tylko czysty zbieg okoliczności albo niesamowite szczęście mogłoby być przyczyną naszego ewentualnego ponownego spotkania. Vettori na pewno tak samo myślał, na pewno dobrze wiedział, że nie ma w tym najmniejszego sensu i żadne z nas nie miało siły próbować. A numer telefonu i adres na kartce był tylko grzecznością, której zostaliśmy kiedyś nauczeni.
                Takie były fakty. I zaczęłam przyjmować do wiadomości, że moje serce już nigdy tak śmiesznie i jednocześnie strasznie nie zareaguje. Że świat nigdy już nie zatrzyma się pod wpływem spojrzenia tej pary ciemnobrązowych oczu. Że po moim ciele nie rozprzestrzeni się dziwnie przyjemna fala ciepła wywołana jednym uśmiechem jednego mężczyzny. Zaczęłam przyjmować do wiadomości, że już nigdy miałam nie spotkać Luci Vettoriego.
                Co gorsza, to sprawiało, że czułam się naprawdę przygnębiona.
                - Ach, Gośka! – z rozmyślań wyrwał mnie niski, dziwnie znajomy męski głos. – Czy to miejsce jest wolne? – Nie kto inny jak sam Łukasz Żygadło wskazał na fotel obok mojego.
                - Tak, pewnie, siadaj – odparłam szybko i zabrałam butelkę wody, którą wcześniej położyłam na siedzeniu, robiąc miejsce siatkarzowi.
                - To były emocjonujące igrzyska, prawda? – rzucił z uśmiechem w moją stronę. Reprezentacja Polski nie zdobyła żadnego medalu, ale mimo wszystko ten człowiek pozostawał pozytywny. Chyba dlatego właśnie go tak ceniłam. Tak samo zresztą jak i Ankę. Chyba po prostu potrzebowałam pozytywnych ludzi w swoim życiu.
                - Masz rację, były niesamowite – odpowiedziałam zwięźle, nie myśląc jednak o feralnym finale z moim udziałem, a o swojej ex-znajomości z włoskim siatkarzem, co było naprawdę dziwne.
                - Też lecisz do Warszawy? – zapytał, ale skoro siedzieliśmy w tym samym samolocie, a on leciał do Warszawy oczywistym było, że i ja także. Najwidoczniej mężczyzna próbował podtrzymać rozmowę, za co byłam mu naprawdę wdzięczna, bo pomagało mi to w niemyśleniu o tym, co się stało i o czym nie chciałam myśleć.
                - Na razie tak, na Okęciu się przesiadam i lecę do domu, do Krakowa – odrzekłam z uśmiechem. Tak, jednak wszędzie dobrze (na igrzyskach bardzo dobrze), ale w domu zdecydowanie najlepiej.
                - To miło – skwitował Żygadło i na chwilę zamilknął. – Ja mam trochę spraw do załatwienia w stolicy, ale za kilka dni też będę w Krakowie. Co prawda przejazdem, ale będę. Musimy się spotkać! – wykrzyknął uradowany, co naprawdę mnie zaskoczyło. Czy pierwszy rozgrywający polskiej kadry siatkarzy miał ochotę się ze mną prywatnie spotkać? Czy to był dobry moment na to, żeby zacząć piszczeć?
                Odpowiedziałam szerokim uśmiechem.
                - Jasne, zdecydowanie tak – naprawdę starałam się nie brzmieć zbyt radośnie i nie miałam pojęcia, czy mi wyszło, bo rozgrywający cały czas uśmiechał się w ten sam sposób. Musiałam przyznać, że był przystojny, a jego głos był naprawdę niesamowicie przyjemny dla ucha, a z uśmiechem na ustach wyglądał jeszcze lepiej, o ile w ogóle było to możliwe, ale czy on nie miał przypadkiem żony? I czemu zastanawiałam się nad takimi rzeczami?
                Znowu na światło dzienne wychodziła moja, niesamowicie doskwierająca już, samotność.
                Resztę niezbyt długiej podróży spędziliśmy na oglądaniu tego samego filmu na monitorach zamontowanych w oparciach poprzedzających siedzeń. Głośno komentowaliśmy niemal każdą scenę, śmialiśmy się, ocenialiśmy garderobę bohaterów i mimikę ich twarzy oraz dziwne gesty wykonywane rękami. We dwójkę zauważaliśmy o wiele więcej niepasujących szczegółów i dziur w fabule, a znajdywanie ich było naprawdę niezłą zabawą.
                Po wylądowaniu i odbiorze bagaży musiałam szybko biegać na kolejną odprawę, bo czekał mnie jeszcze niespełna godzinny lot do Krakowa. Łukasz przekazał mi swój numer telefonu i obiecał, że zadzwoni jak tylko dostanie się do mojego rodzinnego miasta, żebyśmy mogli się spotkać, po czym pożegnał mnie ciepłym i niezwykle przyjemnym uściskiem, po czym rozstaliśmy się z uśmiechami na ustach.


                Moje mieszkanie wyglądało dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy przed igrzyskami opuszczałam je w wielkim pośpiechu.
                W niedużym przedpokoju na wieszaku wisiała tylko zapasowa para kluczy, a na ziemi leżały wszystkie pary butów, jakie tylko były w moim posiadaniu. Szybko wepchnęłam je do drewnianej szafeczki, aby chociaż stworzyć pozory porządku. W łazience na podłodze leżały dwa ręczniki, bo przecież przed wyjściem wzięłam szybki prysznic. W centralnym pomieszczeniu, salonie, było wszystko, co tylko przychodziło mi na myśl – brudny talerz po ostatnim śniadaniu przed podróżą, ubrania, z których w ostatniej chwili zrezygnowałam, kolejny ręcznik, laptop... Istna tragedia, którą posprzątałam najszybciej, jak było to możliwe. Naprawdę chciałam wrócić do czystego mieszkania, ale, cóż, nie tym razem. Najbardziej bałam się wejść do sypialni, której miała miejsce główna część pakowania walizek i toreb. Okazało się jednak, że było o wiele lepiej, niż to zapamiętałam i wystarczyło poukładane rzeczy z łóżka przenieść do szafy.
                - Teraz tylko rozpakować i wyprać tę tonę rzeczy – wymruczałam do siebie, zerkając w stronę swoich bagaży. Naprawdę chciałam już iść spać, zważając na to, że przecież ostatniej nocy nie spałam wcale, ale myśl o tym, że nie skończyłam tego, co zaczęłam nie dałaby mi spokoju.
Otwierałam więc po kolei każdą z kieszeni każdej z toreb i powoli, ale konsekwentnie, opróżniałam ich zawartość. A to zanosiłam coś do łazienki, a to zostawiałam w sypialni, a to uznawałam, że nie pasuje nigdzie, więc kładłam na niewielkim stoliku do kawy przed telewizorem w salonie.
                Mijały kolejne sekundy, minuty, dziesiątki minut, aż w końcu po dwóch godzinach torby z powrotem znalazły się pod łóżkiem, pralka prała właśnie jedno z prawdopodobnie dziesięciu tysięcy prań, wszelkie naczynia były pozmywane, resztki wyrzucone, ubrania poukładane... Wszystko było gotowe. Nie miałam pojęcia, jak to zrobiłam. Właściwie tego nie pamiętałam. Myślałam tylko o tym, jak bardzo byłam śpiąca i jak bardzo chciałam się już znaleźć w łóżku.
                Kiedy po prysznicu, na który udało mi się wykrzesać jeszcze odrobinę energii, upewniłam się, że zamknęłam drzwi wejściowe na klucz i wróciłam do sypialni, zauważyłam, że jakaś niebieska szmata, która zdecydowanie nie była moja, bezczelnie zajmowała moje upragnione łóżko. Podeszłam do niezidentyfikowanego obiektu z zamiarem natychmiastowego usunięcia go z mojego mieszkania, podniosłam i... kompletnie mnie wryło. Nagle całkowicie otrzeźwiałam, nagle nie miałam ochoty już spać, nagle nie miałam ochoty na zupełnie nic. Oto trzymałam w dłoniach, owszem niebieską, bluzę reprezentacji Włoch w siatkówce. Zmarszczyłam brwi. Co to robiło w moim mieszkaniu? Przecież próbowałam zostawić przeszłość za sobą, dlaczego to tu było? Po dłuższej chwili namysłu, dokładnych oględzinach ubrania i znalezieniu cyfry 4 napisanej markerem na metce doszłam do wniosku, że była to bluza mojego byłego znajomego, który kiedyś postanowił zachować się jak w komedii romantycznej dosyć niskich lotów i użyczyć mi ją, kiedy zrobiło mi się zimno. Chcąc, nie chcąc, uśmiechnęłam się na to wspomnienie.

                Powoli, jakby z czymś w rodzaju namaszczenia, włożyłam ręce w rękawy bluzy, którą następnie mocno się opatuliłam i, chyba nieco przytłoczona ostatnimi wydarzeniami, położyłam się w miękkiej i świeżej pościeli na moim łóżku. Zamknęłam oczy, które z powodu, którego nie chciałam sobie uświadamiać, zaczęły mnie dziwnie piec. Odetchnęłam głęboko, a moje nozdrza przepełnił zapach mężczyzny, którym przesiąknięty był materiał. A potem szybko zasnęłam.


__________________________________
Nadal podtrzymuję wersję, że jej odczucia nie są przesadzone.
Nie wiem, czego jeszcze chcecie się ode mnie dowiedzieć. Teraz wasza kolej, czekam na komentarze. Do następnego. :)
D.

3 komentarze:

  1. Łukasz, Łukasz, a co ty tu robisz? no, to chyba trzeba oddać bluzę właścicielowi!

    OdpowiedzUsuń
  2. Łukaszu, jak ja cię lubię z tym twoim optymizmem! No i znalazł się powód, by wybrać się na dłuższy urlop i wycieczkę do Włoch. Zdecydowanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. nawet chciałam, żeby spotkała się Lucą, ale no teraz jest jeszcze Żygadło no i ja jestem w kropce.

    OdpowiedzUsuń