sobota, 4 października 2014

Rozdział 13

                 Łukasz Żygadło zadzwonił do mnie z samego rana, informując o tym, że cały dzień miał być przejazdem w Krakowie. Zapytał także, czy nie miałam ochoty się z nim tego dnia spotkać. Oczywistym było, że udzieliłam twierdzącej odpowiedzi.
                 Nie potrafiłam wymyślić bardziej oryginalnego, a jednocześnie przyjemnego, miejsca do spotkanie niż krakowski rynek, co nieco mnie zmartwiło. Powinnam znać każdy zakamarek miasta, tymczasem szłam na łatwiznę, ale było tak, ponieważ nie miałam kiedy lepiej poznać swoje miasto. Teraz w sumie nie miałam z kim trenować, a skoro robiłam to sama, powinnam ustawiać sobie trasy biegowe, dzięki którym lepiej poznałabym okolicę. Zanotowałam to w głowie jako całkiem niezły plan, ubrałam się w coś, w czym mogłam pokazać się pomiędzy ludźmi – krótkie spodenki, jako że było naprawdę ciepło oraz jeden z moich ulubionych t-shirtów i wyszłam z domu.
                 Na rogu placu, pośród starych, kolorowych kamieniczek, znajdowała się mała kawiarenka, w której zwykle nie przesiadywało zbyt wiele osób. Stwierdziłam więc, że będzie miejscem w sam raz na spotkanie z siatkarzem, który zapewne nie chciał zostać rozpoznany. Tak sądziłam.
                 Usiedliśmy więc przy jednym ze stolików i zamówiliśmy po kawie i rogaliku. Po raz pierwszy od długiego czasu, bo w sumie od igrzysk, nie mogłam pozbyć się z twarzy szerokiego uśmiechu, który pojawił się tam na widok mojego gościa jakby odruchowo.
                 Na początku nie za bardzo wiedzieliśmy, o czym mielibyśmy rozmawiać, więc opowiedzieliśmy sobie, co się z nami działo przez ten czas, przez który się nie widzieliśmy. Zwykła rozmowa, w sumie niezbyt zobowiązująca, ale bardzo mnie cieszyła. Jeszcze kilka tygodni wcześniej nigdy bym nie uwierzyła, gdyby ktoś powiedział mi, że będę piła kawę z Łukaszem i rozmawiała z nim jak ze starym dobrym znajomym. Bo chyba nim był, prawda? Chciał się ze mną spotkać, mogłam więc zakładać, że uważał mnie za swoją znajomą, a skoro tak było, to i ja mogłam uważać go za znajomego. Prawda?
                 W końcu doszliśmy do tematu planów na najbliższą przyszłość, którą dla sportowców zdawał się być najbliższy sezon klubowy.
                 Żygadło wyznał mi, że udało mu się ponownie podpisać kontrakt z Trentino Volley, co bardzo mnie ucieszyło, ale w sumie jednocześnie zasmuciło. Pogratulowałam mu, bo sezon we włoskiej lidze był zawsze spełnieniem marzeń dla siatkarzy, pośród których właśnie Serie A była uważana za najlepszą ligę świata. Z kolei jego wyjazd oznaczał, że już dwóch nowo poznanych mężczyzn miało niejako zostawić mnie dla słonecznej Italii. Nie miałam mu tego za złe, o nie! Zwłaszcza, że miał żonę i absolutnie nie był moją własnością, po prostu smutnym było, że także i on wyjeżdżał akurat do Włoch, gdzie już był Vettori.
                 Zdołałam wyznać mu, że nie miałam trenera. Opisałam nawet dokładnie jak to się stało, że nie miałam z kim trenować, bo Łukasz się o to dopytał, po czym stwierdził, że podjęłam dobrą decyzję. Przyjęłam jego pochwałę skinieniem głowy. Wiedziałam, że było to dobrą decyzją, ale przecież straciłam możliwość profesjonalnego trenowania.
                 - Nie martw się – odpowiedział mężczyzna. – Każdy klub olimpijczyka z finału weźmie w ciemno, musisz być cierpliwa, a coś na pewno się pojawi – uśmiechnął się do mnie, na co nie byłam w stanie odpowiedzieć mu inaczej jak kolejnym głupkowatym uśmiechem.
                 Potem tematy zeszły na coraz bardziej swobodne i nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy minęła kolejna godzina, a potem i kolejna. Poczułam wibracje telefonu w kieszeni spodni, więc, przeprosiwszy uprzednio Łukasza, zerknęłam na ekran. Darek. Miałam zamiar odebrać tylko po to, by powiedzieć mu iż byłam zajęta i chciałam oddzwonić później, ale nie dał mi dojść do słowa.
                 - Mam bardzo ważne informacje. Powtarzam, bardzo ważne. Za ile możesz być w moim mieszkaniu?
                 - Możemy poczekać z tym do wieczora? Tak jakby mam gościa.
                 - Jasne, ale potem będziesz wściekać się na siebie, że nie dowiedziałaś się szybciej, już to czuję. – Nie wiedziałam, co mogłoby zaskoczyć mnie na tyle, żebym chciała dla tego przerywać spotkanie z siatkarzem reprezentacji Polski. Pożegnałam się więc szybko z przyjacielem i powróciłam do Żygadły, który przypatrywał mi się z uniesionymi brwiami.
                 - Coś ważnego? – zapytał, kiedy usiadłam na swoim miejscu.
                 - Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia – odparłam, wzruszając ramionami. – Nie chciał mi zdradzić o co chodziło, ale to może zaczekać.
                 - Jesteś pewna? Ja i tak będę się powoli zbierał, więc mogę cię odprowadzić i dowiesz się, co to za ciekawostka – uśmiechnął się, a ja po prostu nie mogłam się nie zgodzić.
                 Z głównego rynku w Krakowie do mieszkania Darka nie było daleko, nasz spacer zatem nie był zbyt długi i nie zdążyliśmy poruszyć zbyt wielu tematów, ale nie przeszkadzało mi to. Sam fakt, że spędziłam z nim pół dnia sprawiał, że miałam tak dobry humor, że prawdopodobnie nic nie było w stanie go zniszczyć.
                 Pod drzwiami kamienicy, w której mieszkanie wynajmował mój przyjaciel, przystanęliśmy, by wyczerpać temat, na który akurat rozmawialiśmy.
                 - Mój numer telefonu masz – stwierdził siatkarz. – Możesz dzwonić, jeśli będziesz gdzieś w pobliżu. Jeśli ja będę w pobliżu, także dam znać, żebyśmy mogli dokończyć niedokończone.
                 - Jasne, będę pamiętała – odparłam uradowana i wyciągnęłam ręce, by wyściskać Łukasza na pożegnanie. Ten przycisnął mnie do siebie, wytłaczając całe powietrze z moich płuc, ale wbrew pozorom uznałam to za bardzo przyjacielski uścisk. Na koniec cmoknęłam go w policzek i upewniwszy się, że dotrze z powrotem do swojego auta, ruszyłam biegiem, żeby dowiedzieć się, co było tak nagłym powodem, dla którego Darek mnie do siebie ściągnął.
                 Bezpiecznie pokonałam ostatni stopień na klatce schodowej, o który niesłychanie często się potykałam, i znalazłam się na trzecim piętrze budynku. Prawdopodobnie byłam w stanie z zamkniętymi oczami dostać się pod drewniane drzwi z numerem 8, za którymi znajdowało się mieszkanie mojego dobrego przyjaciela.
                 Zapukałam dwa razy, po czym, jak to miałam w zwyczaju, nie czekając na odpowiedź, otworzyłam nacisnęłam klamkę, aby otworzyć drzwi.
                 Weszłam do środka, zastając zakochanych siedzących na kanapie i trzymających się za ręce. Oglądali chyba jakiś film, w każdym razie film był włączony, a oni wydawali się rozmawiać, zanim, oczywiście, przerwałam im swoim wejściem. Ich widok mnie rozczulił, bo wyglądali razem naprawdę absolutnie cudownie, a wzrok, jakim na siebie patrzyli, od razu dawał do zrozumienia, co między nimi było. Jednocześnie poczułam coś jakby ukłucie... czegoś mniej-więcej pod sercem. Nie rozumiałam tego i miałam nadzieję, że to nie było nic poważnego, bo nie mogłam sobie pozwolić na kolejne kontuzje. Tym bardziej nie na kontuzję serca.
                 Para natychmiast spojrzała na mnie, jakby domagając się wyjaśnień.
                 - Łukasz i tak już jechał w swoją stronę – odparłam, tłumacząc się. – A brzmiałeś bardzo poważnie, więc się przestraszyłam i przyszłam najszybciej jak tylko się dało.
                 - Czekaj, czekaj, czekaj, jaki Łukasz? – Anka zamrugała kilka razy, nie odrywając ode mnie wzroku. - Darek mówił, że mówiłaś, że masz jakiegoś gościa.
                 - No, Łukasz – powiedziałam cicho. – Żygadło – dodałam z delikatnym uśmiechem.
                 - Czy ty spotykasz się z Łukaszem Żygadło? Czemu znowu nic nie wiem? Czemu muszę się od ciebie wszystkiego domagać? – kobieta zerwała się z kanapy, a ja natychmiast uniosłam ręce w geście poddania się.
                 - Stop, stop! – odparłam niemal natychmiast i zaczęłam wyliczać na palcach. – Po pierwsze, nie spotykam się z nim, spotkałam się raz, dzisiaj, bo był przejazdem i do mnie zadzwonił. Po drugie, on ma żonę! – Ruszyłam powoli w kierunku kanapy, na którą Anka z powrotem usiadła, powoli kiwając głową.
                 - Już myślałam, że ci przeszło, no wiesz... – zaczęła z szerokim uśmiechem, chociaż mnie nie było do śmiechu. Ani trochę. Wzruszyłam ramionami, nie za bardzo wiedząc co powiedzieć i opadłam na fotel ustawiony obok.
                 - Więc? – zaczęłam, zwracając się w stronę ich dwójki. – Co to za super ważna informacja?
                 Już wcześniej niepokoiła mnie cała ta sytuacja z telefonem od Darka, a kiedy obydwoje szeroko się uśmiechnęli, zaczęłam bać się jeszcze bardziej. O co mogło im chodzić? Czemu tak długo milczeli? Czy zawsze musieli mnie trzymać w takim napięciu? Jakby nie mogli po prostu najzwyczajniej w świecie odpowiedzieć od razu na zadawane przeze mnie pytania. Nie, oni musieli bawić się w te wszystkie ceregiele, w czasie, w którym w mojej głowie rodziły się tysiące różnych scenariuszy wszystkich możliwych, i niemożliwych, wydarzeń, a ja denerwowałam się coraz bardziej.
                 W końcu Ania przejęła pałeczkę i posławszy mi kolejny promienny uśmiech, jeszcze bardziej pogmatwała mi w głowie.
                 - Jedziesz do Italii! – wykrzyknęła, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co jej chodziło.
                 - Przecież nie mogę teraz sobie na to pozwolić – odburknęłam. – Myślałam, że rozumiecie, przecież szukam miejsca, w którym mogłabym trenować, nie chcę jechać na wakacje.
                 - Nie mówimy o wakacjach, moja droga – do rozmowy włączył się Darek, a ja nadal miałam kompletną pustkę w miejscu, gdzie powinien być mój pracujący mózg. Posłałam im więc jedno z najbardziej zdezorientowanych spojrzeń, na co ci odpowiedzieli śmiechem. Co w sumie jeszcze bardziej mnie zdenerwowało.
                 - Chodzi o to, – zaczęła Ania – że Darek obiecał pomóc ci szukać klubu, pamiętasz?
                 - Pamiętam – przytaknęłam i nagle wszystko zaczęło do mnie docierać. Szczęka opadła mi prawdopodobnie do ziemi i zaczęłam kręcić głową. – Niemożliwe – wyszeptałam.
                 - A jednak! – Darek był z siebie bardzo zadowolony. – Udało mi się dogadać z jednym z włoskich klubów, musisz do nich tylko zadzwonić i w sumie dogadać szczegóły. I, jakby co, jestem twoim menadżerem. Musiałem coś wymyślić, bo nie chcieli mnie słuchać. Jak ty w ogóle możesz znieść tych Włochów? Krzyczą tylko i w ogóle nie da się z nimi dogadać i...
                 - Jezu! – teraz to ja wykrzyknęłam, kiedy w końcu doszłam do siebie. Podskoczyłam i rzuciłam się na przyjaciół, ściskając ich. – Nawet nie wiem, co powiedzieć – dodałam po chwili.
                 - Nic nie mów – Darek podał mi plik kartek. – Powysyłali mi jakieś papiery, masz je uzupełnić i zabrać ze sobą. Za dwa tygodnie chcą się z tobą widzieć, więc chyba musisz rezerwować bilety na samolot.
                 Chwyciłam plik deklaracji, zgód i umów i zaczęłam przeglądać. Wszystko brzmiało bardzo sensownie, ale tego mogłam być pewna, bo Darek nie był typem człowieka, który dałby sobie w kaszę dmuchać. Kiwałam głową, czytając po kolei każdą linijkę. W końcu doszło do mnie, że nie miałam pojęcia, dokąd właściwie leciałam, a Włochy były ogromnym krajem, pełnym najróżniejszych klubów.
                 Znieruchomiałam, kiedy przeczytałam nazwę miejscowości zawartą w pieczątce klubu. Czytałam ją raz po raz, upewniając się, że to nie jakieś majaki. Przyglądałam się po kolei każdej literze, upewniając się, że nie mylę ich z innymi, że tego sobie nie wymyślałam. Wzięłam głęboki wdech, powoli wypuściłam powietrze, zamknęłam oczy i ponownie je otworzyłam. Po raz kolejny spojrzałam na niebieską czcionkę i gdy po raz kolejny z liter ułożyłam dokładnie ten sam wyraz, podniosłam wzrok na dwójkę na kanapie.
                 - Modena – wyszeptałam, czując jak do oczu napływają mi łzy. Dlaczego właściwie? Nie wiedziałam, czy były to łzy pełne smutku, bo opuszczałam Polskę, łzy pełne nadziei, bo zaczynałam nową przygodę w swojej sportowej karierze, czy łzy pełne radości, bo przez dobrych kilka miesięcy miałam pracować w tym samym mieście, co Luca Vettori. Prawdopodobnie z każdych po trochu. Westchnęłam cicho, próbując opanować nerwową i zdecydowanie zbyt intensywną reakcję mojego organizmu.
                 - Coś z nią nie tak? – zapytała nieco przestraszona Ania, patrząc na mnie z wyraźnie widocznym niepokojem.
                 - To się okaże – odparłam i wyściskałam ich po raz kolejny. – Muszę iść – oznajmiłam – dzwonić do mojego przyszłego miejsca pracy, rozumiecie – wyjaśniłam z uśmiechem.
                 Odpowiedzieli skinieniem głowy, ale nadal widziałam u nich jakiś niepokój. Kobieta poprosiła mnie, żebym wieczorem do niej zadzwoniła. Po raz pierwszy nie żądała natychmiastowych wyjaśnień, widocznie moja reakcja była dosyć nietypowa, ale w sumie mnie to nie obchodziło.
                 W tamtym momencie, wracając do domu, a później kładąc się do łóżka, po głowie chodziło mi jedno słowo. Jedno słowo, będące jednocześnie miejscem, do którego pragnęłam pojechać od bardzo długiego czasu, ale teraz, kiedy była do tego okazja, zaczynałam się go bać.

                 Modena.



______________________
Ale się dzieje, ojej, Gosia zmienia miejsce zamieszkania, Gosia znalazła miejsce pracy, czyżby miało być ciekawiej?
Gwoli ścisłości - w Modenie nie ma klubu lekkoatletycznego (przynajmniej żadnego nie znalazłam) - fikcja literacka.
Do następnego
D.

3 komentarze:

  1. chociaż ja nie wierzę w takie rzeczy, to chyba tu się dzieje coś takiego co się nazywa przeznaczenie. ewentualnie Darek tak naprawdę doskonale wiedział, kogo Gosia może tam spotkać.
    no, to teraz czekam na spotkanie z Vettorim. (Gosi, nie moje)

    OdpowiedzUsuń
  2. oho, chyba się doczekam. a w ogóle lubię twojego Łukasza (ja ogólnie lubię Łukasza), mogłoby go być więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aha, a gdybyś miała ochotę, to w sumie zapraszam do siebie na Maddalenę.

      Usuń