sobota, 11 października 2014

Rozdział 14

                 Chyba jeszcze nigdy się tak nie denerwowałam. Nie licząc startów podczas letnich igrzysk, to były najprawdopodobniej najbardziej stresujące chwile w moim życiu.
                 Siedziałam w samolocie, który za niecałe pięć minut miał wystartować do Włoch i naprawdę bardzo powstrzymywałam się przed obgryzaniem paznokci. Zacisnęłam ręce na podłokietnikach, chcąc w ten sposób ukryć ich drżenie, chociaż tak naprawdę nikt mi się nie przyglądał.
                 Z władzami klubu już dawno wszystko ustaliłam, podpisałam wszelkie papiery, których zdawały się napływać tysiące, przeszłam wszelkie żądane ode mnie badania lekarskie i nie pozostawało mi już nic innego, jak po prostu stawić się na miejscu i zacząć trenować. Ale w sumie nie tym się denerwowałam. Klubowy zarząd był naprawdę w porządku i widać było, że zależało im na podpisaniu ze mną tej umowy, dogadaliśmy się więc bardzo szybko, a rozmowy były bardzo przyjemne. Właściwie nie mogłam się doczekać aż wrócę do treningów.
                 Denerwowałam się tym, że miałam tyle czasu spędzić w mieście z tym jednym Włochem, którego tyle nie widziałam.
                 Długo zastanawiałam się nad tym, czy zadzwonić do Vettoriego i oznajmić mu, że przyjeżdżałam tam na cały sezon. W końcu stwierdziłam jednak, że pewnie i tak już dawno zapomniał o naszej znajomości i nie znalazłam żadnego konkretnego powodu, dla którego miałabym mu o tym powiedzieć, chociaż tak długo i nieprzerwanie o tym myślałam.
                 Całą podróż, chociaż brzmi to tragicznie absurdalnie, spędziłam na błądzeniu gdzieś w świecie marzeń, w którym Luca jednak o mnie pamiętał, jakimś cudem dowiadywał się o moim przyjeździe i czekał na mnie na lotnisku, najlepiej z bukietem kwiatów w ręku i szerokim uśmiechem na ustach. Wiedziałam, że byłoby to piękne, może nawet zbyt piękne, i nie miało racji bytu. Znałam go na tyle, żeby wiedzieć, iż bukiet kwiatów był o wiele bardziej prawdopodobny niż uśmiech, co nagle wydało się bardzo zabawne.
                 Zastanawiałam się, co mógł w danej chwili robić. Może akurat spacerował gdzieś po mieście, może akurat złożyłoby się tak, że wpadłabym na niego w jednej z uliczek? Nie. Takie rzeczy się nie zdarzały. Jeśli chciałam się z nim spotkać, musiałam go o to po prostu zapytać.
                 Po raz kolejny zerknęłam na adres zapisany w telefonie. Jego adres. Co chwila otwierałam notatkę utworzoną ostatniej nocy igrzysk, ale po kilkunastu sekundach ją zamykałam, stwierdzając, że robiłam z siebie idiotkę. Przed samą sobą. Ale potem to uczucie mijało, znowu chwytałam telefon i tak wszystko zaczynało się od nowa.
                 Nagle naszła mnie straszna myśl. Jeśli nie mnie nie pamiętał, to trudno – przecież zawsze mogłam mu przypomnieć o tym, jak zwykliśmy przesiadywać wieczorami na moim balkonie. Zabrałam nawet jego niebieską bluzę, by przy najbliższej okazji postarać się mu ją oddać, to by na pewno pomogło mu przywołać wyblakłe wspomnienia.  Ale co jeśli już sobie kogoś znalazł? Co jeśli zadzwonię, by się z nim spotkać, a on wytłumaczy mi, że nie może, bo jest umówiony z narzeczoną? Było to tak prawdopodobne, że tylko sprawiło, że poczułam się jeszcze gorzej. Trzeba było znaleźć jakiś zaciszny stadion lekkoatletyczny w okolicach Krakowa i cieszyć się ojczyzną, a nie wyjeżdżać, przemierzać tyle kilometrów, by znaleźć się nad innym morzem, w innym klimacie, całkiem sama... Byłam mistrzynią podejmowania złych decyzji, ale w tej sytuacji, nieważne, jak bardzo chciałam zawrócić samolot, już nic nie mogłam zrobić. Zwłaszcza, że beznamiętny głos właśnie informował pasażerów o zbliżającym się lądowaniu.
                 Modena okazała się uroczym miastem. Od razu zakochałam się w krętych, wąskich uliczkach, które wiły się jak węże pomiędzy starymi kamieniczkami z kolorowymi okiennicami. Zawsze chciałam przylecieć do Włoch, by móc podziwiać właśnie tego typu widoki, ale nigdy nie pomyślałabym, że będę tam pracować i spełniać swoje sportowe marzenia.
                 Po opuszczeniu terminala ze smutkiem przyjęłam do wiadomości fakt, iż nikt na mnie nie czekał. Zostałam sama. Bez Anki, bez Darka, a Łukasz był teraz pewnie kilkaset kilometrów na północ na hali sportowej i ćwiczył rozegranie. Zostałam sama i doszło do tego, że nawet nie wiedziałam, dokąd się udać.

                 Zajęłam jedną z ławek w niewielkim parku, który był zadziwiająco cichy i pusty. Położyłam walizkę i wszystkie torby obok siebie i siedząc w samotności, powoli wdychałam i wydychałam śródziemnomorskie powietrze, zastanawiając się, co robić dalej. Powinnam poszukać jakiegoś hotelu, a potem i mieszkania, bo na razie nie miałam gdzie się zatrzymać. Oczywiście, będąc jeszcze w Krakowie, w moim obecnie pustym mieszkaniu, sprawdziłam wszystkie najtańsze i najlepiej wyglądające hotele, hostele, pensjonaty. Wiedziałam, gdzie się znajdowały, bo dokładnie przestudiowałam wszelkie mapy miasta. Nie zgubiłam się. Wiedziałam, że powinnam skręcić w najbliższą uliczkę, wspiąć się nią na szczyt wzgórza, dalej skręcić w lewo i stamtąd powinnam dostrzec już jeden z moich faworytów pośród przeszukiwanych ofert.
                 Nie chciałam jednak na razie się tam udawać. Wolałam jeszcze chwilę posiedzieć i zaaklimatyzować się, przyzwyczaić się do innego powietrza. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam, chociaż to na nic się nie zdawało. Wiedziałam dokładnie, jakie myśli staram się w sobie zagłuszyć, zdusić w zalążku, póki jeszcze nie wyrosły i nie zaczęły krzyczeć, bo wtedy już nie byłabym w stanie ich opanować.
                 Nie wiedziałam, ile czasu zleciało mi na tej jednej ławce, ale nie chciałam tego sprawdzać. W końcu zebrałam się w sobie, chwyciłam bagaże i ruszyłam w, o dziwo, dobrze już znanym kierunku, chociaż był to kierunek przeciwny do wybranego przeze mnie hotelu. Chodzenie po brukowanej nawierzchni nie było tak niewygodne, jak myślałam, że będzie, co nie zmieniało faktu, iż prawdopodobnie zniszczyłam kółka swojej walizki, nieprzerwanie targając ją po nierównościach. Uważnie rozglądałam się na boki, napawając się każdym widokiem, niemal chłonąc panoramy i ciesząc się piękną pogodą.
                 W końcu zatrzymałam się przed drewnianymi drzwiami. Oto właśnie zaczynała się moja włoska przygoda. Zebrałam się w sobie i starając się zatrzymać drżenie dłoni i drżenie serca, wyciągnęłam rękę, aby zapukać. Rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie tabliczce przyczepionej do ściany budynku  i porównałam widniejący na niej numer z nieustannie otwieraną i zamykaną notatką w telefonie. Nie dotarłam pod hotel. Nogi zaprowadziły mnie w zupełnie inne miejsce, a ja dziękowałam im, że podjęły tę decyzję za mnie.
                 Usłyszałam czyjeś kroki i poczułam niesamowitą chęć ucieczki. Już chwytałam torby, by szybko ruszyć z powrotem skąd przyszłam, ale nie zdążyłam. Klamka zapadła, o ironio. Drzwi stanęły otworem, a w progu pojawiła się dwumetrowa postać siatkarza. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, jak bardzo za tym widokiem tęskniłam. Upuściłam bagaże na ziemię, ale nie słyszałam, jak uderzały o bruk. Zakręciło mi się w głowie, a ja nie mogłam oderwać wzroku od pełnych zdziwienia brązowych oczu, które uważnie mnie obserwowały.
                 - Luca? – wyszeptałam, bo tylko na tyle było mnie stać. Dlaczego byłam tak głupia i nie zadzwoniłam podczas tych tygodni, kiedy się nie widzieliśmy? Dlaczego właściwie chciałam to zakończyć  bez konsultowania sprawy z nim? Dlaczego, do cholery jasnej, do niego nie zadzwoniłam? To były obecnie jedyne myśli, na jakie mógł zdobyć się mój mózg. Oprócz komentowania tego, jak świetnie Luca wyglądał. Mężczyzna odsunął się, robiąc mi miejsce w przejściu. Nadal nic nie mówił, co wydawało mi się bardzo niepokojące, bo może jednak powinnam zawrócić?
                 Postawiłam torby gdzieś obok drzwi, nie przywiązując do nich zbytniej uwagi. Mężczyzna zamknął drzwi najciszej, jak tylko się dało, jakby nie chciał kogoś obudzić, po czym znowu zwrócił się w moją stronę. Milczał. Milczeliśmy wspólnie i w tym momencie byłam pewna, że mogłam tak milczeć z nim do końca świata. Jakiekolwiek myśli o tym, że mógł mnie nie pamiętać natychmiast przestały istnieć. Nie miały racji bytu, widziałam w jego oczach każdy z naszych wspólnych wieczorów.
                 Już otwierałam usta, żeby w końcu coś powiedzieć, zacząć się tłumaczyć, przeprosić i wyjść, ale siatkarzy był szybszy. Nagle przez jego twarz przemknął coś jakby wyraz niesamowitej ulgi, a potem niemal natychmiast znalazł się tuż przy mnie, pochylił się i, ująwszy moją twarz w dłonie, pocałował.
                 A potem wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko.
                 Chwyciłam jego koszulkę, która dosłownie kilka sekund później leżała już na ziemi, chociaż nie do końca wiedziałam dlaczego. Wszystko zaczęło rządzić się swoimi prawami, ale zaczynało mi się to podobać, więc nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się buntować. Chwilę później i ja zostałam pozbawiona t-shirtu, a my znaleźliśmy się w zupełnie innym pomieszczeniu. Jak to się właściwie stało? W sumie, mógłby oprowadzić mnie po mieszkaniu, ale to turnee odbywające się właśnie w tamtym momencie chyba podobało mi się bardziej.
                 Nadepnęłam sobie na pięty adidasów, żeby łatwiej zeszły z moich stóp, bez konieczności schylania się i rozsznurowywania, która by wszystko zniszczyła, takie odniosłam wrażenie. Moja misja zakończyła się sukcesem i w końcu stałam boso, tak jak siatkarz.
                 Przez myśl przeszło mi wiele najróżniejszych obaw i potencjalnych problemów związanych z tym, do czego prawdopodobnie nasze zachowania zmierzały. Każdy kolejny pocałunek jednak je wymazywał i w końcu przestałam się bać. Byłam z nim. Po takim czasie, chociaż brzmiało to dla mnie całkowicie nie do wiary, byłam z nim. Jakby o mnie nigdy nie zapomniał.
                 Jego dłonie zsunęły się z moich policzków na ramiona, a później i niżej, błądząc po moim ciele. Na początku wszystkie moje mięśnie spięły się pod jego dotykiem, ale po chwili wszystko wróciło do normy, a opuszki jego palców zostawiały za sobą ślad w postaci gęsiej skórki i promieniującego na resztę mojego ciała gorąca. W końcu i ja się odważyłam, a kiedy moje dłonie przesunęły się po jego torsie i mięśniach brzucha, przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
                 Po chwili chyba znaleźliśmy się w sypialni, bo kątem oka zauważyłam niepościelone łóżko, na widok którego uśmiechnęłam się szeroko. Wszystko we mnie krzyczało i zaczęłam odczuwać strach, tak na poważnie. To działo się zbyt szybko. Zbyt szybko. Zdecydowanie zbyt szybko, bo mój umysł nie nadążał z rejestrowaniem kolejnych szczegółów, a wszystko musiało być idealnie.
                 Kiedy poczułam pod sobą miękki materac, który przesiąknięty był jego zapachem, wzięłam głęboki wdech i przyciągnęłam mężczyznę do siebie. W tym momencie wszystko zwolniło, przestaliśmy być tak łapczywi w swoich zachowaniach, a zaczęliśmy być delikatni, wręcz czuli, co sprawiało, że czułam się jeszcze lepiej i chciałam być jeszcze bliżej niego.
                 Jego rozgrzana skóra dotykała mojej w tak wielu miejscach. Jego usta całowały mnie tam, gdzie wcześniej nikt mnie nie pocałował. Jego oddech idealnie zgrywał się z moim. Pasowaliśmy do siebie. Zdążyłam stwierdzić, że nasze ciała splatały się ze sobą idealnie, tworząc coś, co mogło być starożytną rzeźbą stworzoną przez samego Michała Anioła – dynamiczne, harmonijne, pełne pięknej nagości i artyzmu. Wyciągnął rękę w moją stronę, by i nasze palce mogły się spleść, dopełniając dzieła.

                 Nigdy, przenigdy, nie pomyślałabym, że tak zacznę swój pobyt we Włoszech. Jeśli wcześniej byłam zawiedziona brakiem przywitania na lotnisku – teraz wszystko było w porządku. Ba! Więcej niż w porządku. Czułam się wniebowzięta, kiedy, leżąc tuż obok siatkarza, w jego łóżku, wodziłam opuszkami palców po wypukłościach mięśni jego brzucha. Druga ręka trwała spleciona z palcami mężczyzny, który gładził moje ramię i co jakiś czas przyciskał usta do mojego czoła.
                 Ta idealna chwila pełna pięknego milczenia mogła trwać wieczność. Chciałam, żeby trwała wieczność, pragnęłam tego, modliłam się o to, chociaż wiedziałam, że to nie było możliwe. W końcu będziemy musieli się podnieść, w końcu będziemy musieli wrócić do codziennych zajęć, co w obecnej chwili bardzo mi się nie podobało. Dziwne, bo jeszcze kilka godzin wcześniej byłam tak zmotywowana i chętna do rozpoczęcia treningów, a w tamtym momencie chciałam już nigdy nie ruszać się z tego jednego miejsca.
                 - Dlaczego nie zadzwoniłaś? – zapytał, przerywając ciszę. Przesunęłam się, odrywając wzrok od jego nagiej skóry i przenosząc go na twarz. Boże, czemu był taki idealny?
                 - Stwierdziłam, że wrócisz do swojego życia, do swojej dziewczyny i zostawisz mnie jako część przygody z igrzysk. Oj, nie wiem, chciałam dać ci spokój – przyznałam i zamknęłam oczy, czując się tak głupio, że nie chciałam nawet patrzeć na te jego pełne ciepła, idealne brązowe oczy.
Milczał. Chyba rozumiał, więc nie było potrzeby wypowiadanie bezsensownych słów. Milczenie było o wiele piękniejsze niż słowa, bo gdy milczeliśmy, mogliśmy usłyszeć więcej i zdecydowanie więcej zobaczyć. Kiedy wypowiada się słowa, przestaje się czytać z tego, co mówią oczy.
Mężczyzna uniósł nasze splecione dłonie i złożył pocałunek na grzbiecie mojej, przez co otworzyłam oczy. Posłał mi nieśmiały uśmiech, który sprawiał, że musiałam się zastanowić, jak się nazywałam.
                 - Na ile zostajesz? – spytał w końcu, przyglądając mi się ze zmrużonymi oczami. Całkowicie zapomniałam o tym, że jeszcze nie wiedział i uśmiechnęłam się, chociaż nie wiedziałam, czy powinnam.
                 - Na razie do końca sezonu. Załatwiłam sobie tutaj klub – powiedziałam szybko i cicho, mając nadzieję, że nie zrozumie. Bałam się jego reakcji, tym bardziej, że nagle zapadła między nami dziwna cisza. Po chwili jednak przyciągnął mnie do siebie z szerokim uśmiechem na ustach.

                 - Meraviglioso! – wymruczał pomiędzy pocałunkami.




__________________________
Przedstawiam wam mój ulubiony rozdział. Kiedy to pisałam dawno dawno temu, wydawało się dobre, teraz mam małe duże zastrzeżenia, ale mój ulubiony rozdział pozostaje moim ulubionym rozdziałem. Reakcje Gosi na widok Luci nadal przerażająco realne, opierane na faktach. Samego Lucę i jego zachowania też staram się opierać na faktach, ale skąd mam wiedzieć, jak się zachowuje w takich sytuacjach?
Jak już mówiłam, z tego, co sprawdziłam (a dokonałam tzw researchu) - w Modenie nie ma stadionu lekkoatletycznego (a przynajmniej nie ma go na mapach google) ani żadnego lekkoatletycznego klubu, ale że go tam potrzebowałam, to powstał w mojej głowie.
Do następnego w takim razie
D.

2 komentarze:

  1. no Luca, niezłe powitanie. nie wiem, czemu masz zastrzeżenia, bo według mnie to jest baaardzo dobrze napisana scena.

    OdpowiedzUsuń
  2. AWWW AWWWW AWWWWWW
    (tak, tylko tyle jestem w stanie wykrztusić)

    OdpowiedzUsuń