wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 1

     - Gocha, wstawaj! – Kim była ta kobieta? Czemu kazała mi wstawać? Przecież już dawno skończyłam szkołę, a treningi obecnie przełożyłam na popołudnia, bo zbliżają się igrzy... Ah, no tak. Już wszystko sobie przypomniałam. Wydarzenia z dnia poprzedniego nagle do mnie wróciły i podniosłam się z łóżka z szerokim uśmiechem na ustach.
     - Co jest?
     - Jak to: co jest? Śniadanie jest! Idziemy na stołówkę, ogarnij się i chodź z nami, bo wszystkie miejsca nam pozajmują! – Tak, jej szeroki uśmiech i optymizm porażał mnie od samego rana.
     Zebrałam się z łóżka najszybciej jak mogłam i poleciałam do łazienki, żeby jakoś doprowadzić się do porządku. Nie miałam wiele czasu, więc tylko spięłam włosy w kitkę, ubrałam biało-czerwony dres i ruszyłam pędem za Anką i podążającymi z nią innymi reprezentantami.
     Jeśli myślałam, że nic mnie tu już nie zadziwi, to naprawdę bardzo się myliłam. Nigdy w życiu nie wyobrażałam sobie stołówki tak dużej, jak ta. Chociaż, z drugiej strony, w sumie po co byłoby mi wyobrażanie ogromnej stołówki?
     W każdym razie, po wejściu do ogromnego namiotu musiałam przyzwyczaić się do widoku tysięcy, tysięcy stolików, barów, punktów wydawania jedzenia, i jeszcze większej ilości krzesełek. I ludzi. Zdawało się, że wszyscy olimpijczycy tu przyszli. I pewnie tak było.
     Kiedy minęła ta, nie wiem jak długa, chwila odrętwienia i zadziwienia, Ania pociągnęła mnie za sobą w stronę jakiegoś wolnego stolika, który został wypatrzony przez kogoś od nas. Prawdziwe polowanie z samego rana. Dojście tam zajęło nam chyba wieczność, wręcz zmęczyło mnie ciągłe przeciskanie się między sportowcami i nieustanne „sorry” za każdym razem, kiedy kogoś potrąciłam.
     W końcu! W końcu się udało. Z westchnieniem ulgi usiadłam na krzesełku. Po chwili jednak doszło do mnie, że trzeba jeszcze wstać i pójść po jedzenie. Na samą myśl o ponownym wędrowaniu slalomem między krzesełkami skrzywiłam się.
     - Nie martw się, złotko, załatwię ci jakąś sałatkę – tyczkarka zdawała się mieć naprawdę dobry humor. Przyjęłam to z uśmiechem pełnym ulgi i wdzięczności, tak mi się wydaje.
     Zostałam więc przy stole, sama z jakimiś sportowcami, z którymi tylko wymieniałam uśmiechy.
     Zaczęłam rozglądać się po sali i grać w grę pod tytułem „jakiej reprezentacji to dres?” i szło mi całkiem dobrze, naprawdę. Pewnie dlatego, że większość dresów miała naszyte flagi albo nazwy państw na bluzach. Nieważne. Rozglądałam się dalej, kiedy mój wzrok napotkał przeszkodę w postaci... oczu. Para oczu, która wpatrywała się we mnie tak intensywnie, że odruchowo opuściłam wzrok, błagając w duchu o to, żeby moje śniadanie już tu było.
     Ciekawość jednak wzięła górę i po chwili postanowiłam poszukać źródła mojej udręki pełnej niezręczności. Kiedy w końcu doszłam do tego, w którą stronę powinnam patrzeć, to Źródło Mojej Udręki zlokalizowało mnie.
     Właściciel pary ciemnobrązowych oczu wpatrywał się we mnie z uniesioną brwią. Przez chwilę zastanawiałam się, czy aby nie patrzy gdzieś do tyłu, za mnie, co byłoby chyba jeszcze bardziej niezręczne. Kiedy jednak uświadomiłam sobie, że to ja jestem obiektem wzrokowego prześladowania, ponownie opuściłam wzrok i postanowiłam już go nie podnosić. Później żałowałam, że nie zdążyłam odczytać nazwy państwa, z którego pochodziło Źródło Udręki, bo przynajmniej wiedziałabym, jaką reprezentację unikać.
     - Et voila! – usłyszałam dobrze mi już znany kobiecy głos i po chwili pod moim nosem wylądował talerz z jakąś sałatką i grzankami.
     - Merci – odpowiedziałam szybko i uśmiechnęłam się szeroko. Jednak coś pamiętałam ze szkolnych lekcji francuskiego. Taką miałam przynajmniej nadzieję.
     Zaraz zabrałam się za jedzenie. Próbowałam jak najbardziej wiarygodnie oddawać prawdziwą fascynację sałatą i pomidorem przede wszystkim, żeby zająć czymś wzrok i powstrzymać się od sprawdzenia, czy moja Udręka nadal na mnie patrzy. Po chwili jednak stwierdziłam, że im szybciej zjem śniadanie, tym szybciej będę mogła to miejsce opuścić.
     - Gocha, dziś startują nasi siatkarze, wybierasz się z nami na mecz?
     - Jasne, oczywiście, zdecydowanie tak! – odpowiedziałam szybko, łykając ostatnie kęsy sałatki.  Udało się, ale co z tego, skoro cała reszta dopiero zaczęła, a teraz jeszcze dziwnie się na mnie patrzyli. Westchnęłam. 
     – O której ten mecz?
     Moja koleżanka zerknęła na swój zegarek.
     - Mamy jeszcze trzy godziny, więc spokojnie. Nie musiałaś się tak śpieszyć.
     - Po prostu mam coś do zrobienia i chciałam zdążyć – odparłam bez zastanowienia i wzruszyłam ramionami. – Pójdę już, widzimy się przed meczem?
     - Jasne.
     Podniosłam się o mało nie wywracając krzesełka wprost pod nogi jakiegoś atlety ze Stanów. W milczeniu wyminęłam go, nasz stolik i ruszyłam do miejsca, w którym wszyscy zostawiali talerze. Manewrowanie między krzesełkami i ludźmi z łatwymi do potłuczenia przedmiotami w rękach to nie była moja specjalność, ale jakimś cudem mi się udało.
     Przed samym wyjściem odwróciłam się jeszcze, żeby poszukać Mojej Udręki i postarać się odkryć jego tożsamość, ale z tym było jeszcze trudniej. Znaleźć jedną parę oczu pośród tylu tysięcy nie było łatwym zadaniem i pewnie dlatego się nie udało. Trudno, powiedziałam dobie w myślach. To nawet lepiej, że nie wiem, kim jest. Po takim jednorazowym epizodzie to i tak nie miało znaczenia.


     Usiadłam na łóżku w pokoju, nie wiedząc kompletnie za co się zabrać. Misja pod tytułem ewakuacja ze stołówki powiodła się sukcesem, ale co z tego, skoro teraz nie mam co robić? Westchnęłam.
     W końcu stwierdziłam, że mogę zająć się włosami. Weszłam do łazienki, pochyliłam się nad zlewem i pozwoliłam, by gorąca woda płynąca z kranu, sprawiła, że moje blond włosy stały się najpierw wilgotne, a potem całkiem mokre. Kilka strużek spłynęło mi pod bluzkę, wywołując gęsią skórkę. Lewą ręką sięgnęłam po omacku na półkę, gdzie wcześniej postawiłam butelkę szamponu. Nałożyłam specyfik na włosy i wtarłam, fundując sobie w ten sposób całkiem przyjemny, i darmowy, masaż głowy. Kiedy, posługując się zmysłem dotyku, stwierdziłam, że tyle piany wystarczy, ponownie odkręciłam wodę, która zabrała szampon ze sobą, pozostawiając przyjemny zapach. W końcu chwyciłam ręcznik, zakręciłam go na włosach, tworząc coś na kształt turbanu i opuściwszy łazienkę, położyłam się na łóżku. Odetchnęłam głęboko i włączyłam telewizję.
     Nawet nie wiem kiedy minął cały ten czas, ale mogę się założyć, że dosłownie dwie minuty później do środka wparowała Ania.
     - Wstawaj, księżniczko. Wychodzimy – poinformowała mnie z uśmiechem na ustach.
     - Daj mi moment – odparłam, starając się uwolnić włosy od ręcznika. Znowu nic nie zdążyłam z nimi zrobić, no pięknie!
     - Ogarniesz je w autobusie, bo jak się nie pospieszysz, to zaraz nam ucieknie! – Kobieta położyła ręce na biodra i uniosła brew, wyraźnie niepocieszona, chyba po raz pierwszy.
     - Już idę, idę – odpowiedziałam i cisnęłam ręcznikiem w stronę pościeli. W drodze do drzwi wejściowych zdążyłam chwycić telefon i gumkę do włosów.


     - Czemu je upinasz? – Ania intensywnie mi się przyglądała, kiedy kończyłam pleść grubego warkocza. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami, więc kontynuowała swoją wypowiedź. – Nie powinnaś ciągle spinać włosów. Masz bardzo ładną twarz, taką... podłużną, wiesz o co mi chodzi? – Nie czekała, aż odpowiem. – Chodzi mi o to, że nie jest taka okrągła, tylko bardziej zgrabna, o! Rozumiem, że nie masz czego zakrywać, ale kitki zostaw sobie na zawody. Teraz idziemy popatrzeć sobie na mecz, w cywilu, rozumiesz? Nikt nie musi wiedzieć, że jesteś tu, żeby startować. Poza tym, może uda ci się poderwać jakiegoś niezłego siatkarza. Widziałaś ich? – Westchnęła, pełna zachwytu. – W każdym razie, powinnaś je rozpuścić.
     Zaśmiałam się i zabrałam się za rozplątywanie warkocza. Widziałam, jak coraz szerszy uśmiech pojawia się na jej twarzy.
     - Kochana! Sprzedałabym wszystko za takie włosy! Nie dość, że kolor absolutnie piękny, taki słoneczny, to do tego jakie grube! Takie gęste! Mega! Mówię ci, powinnaś je częściej rozpuszczać – poinformowała mnie, na co odpowiedziałam wzruszeniem ramion.
     Podróż pod halę sportową nie trwała długo, ale właśnie tego można się było spodziewać po Igrzyskach Olimpijskich. Do każdego obiektu powinno być niedaleko i chyba tak było.
     Wysiedliśmy z autobusu i podążyliśmy za tłumami, które napierały na drzwi. Kto by się spodziewał, że tyle ludzi tu przyjedzie?
     - Jak właściwie zdobyliście bilety? – zapytałam, faktycznie zadziwiona faktem, że komuś udało się zakupić aż dziesięć sztuk.
     - O to się nie martw, kochana. Ważne, że są i zaraz wejdziemy. Tylko nie narzekaj na miejsca. Ważne, że są! – powtórzyła i pociągnęła mnie za sobą za rękę.
     Faktycznie, miejsca pozostawiały wiele do życzenia, bo siedzieliśmy tuż za bandami reklamowymi postawionymi kilka metrów za linią zagrywki. Trochę przeszkadzało mi to, że siedzieliśmy po stronie włoskiej, a nie naszej, ale przecież co set zamieniano się stronami, więc nic nie powiedziałam. Jak to wspomniała Ania – ważne, że w ogóle udało nam się przyjść.
     Wdałam się w jakąś dyskusję z olimpijczykami siedzącymi po mojej lewej stronie i rozmawialiśmy aż do zakończenia rozgrzewki zawodników. Spiker poprosił wszystkich o powstanie i po wysłuchaniu obydwu hymnów (Mazurek Dąbrowskiego, jak zawsze, wypadł genialnie!), zajęliśmy z powrotem nasze miejsca.
I wtedy właśnie po raz drugi tego dnia zauważyłam Udrękę Mojego Życia.
     Rozmawiałam właśnie z Darkiem, który siedział dwa miejsca dalej, jednocześnie klaszcząc do rytmu razem z kibicami. W pewnym momencie odwróciłam się w prawą stronę i moim oczom ukazał się kwadrat dla rezerwowych reprezentacji Włoch. Wśród garstki zawodników w niebieskich dresach mój wzrok, jakby odruchowo, odnalazł te same brązowe oczy, przed którymi uciekałam podczas śniadania. Zamarłam i w tej chwili moje spojrzenie zostało odwzajemnione.
     Nie miałam zielonego pojęcia, co zrobić. Jak się zachować? Co w takiej sytuacji normalna kobieta robi? Uśmiecha się i odwraca wzrok? Puszcza oczko? Macha? A może powinnam skinąć głową? Jeśli myślałam, że rano na stołówce czułam się niezręcznie, to nie mam pojęcia, jak czułam się właśnie wtedy. Ponownie odruchowo uciekłam wzrokiem na boisko i zawodników i zabrałam się za kibicowanie. Nie mogłam jednak do końca meczu powstrzymać się od spoglądania w stronę miejsca przeznaczonego dla zawodników rezerwowych. Gdyby zdjął bluzę, gdybym mogła zobaczyć, jakie nazwisko się pod nią kryje... Ale właściwie, na co mi ono? Będę wiedziała, jak się nazywa – co z tego? Znajdę go? Może jeszcze podejdę i zagadam? Nigdy w życiu! Nie ma takiej opcji. To są igrzyska i biorę w nich udział i skupię się na swojej konkurencji, a nie Włochach. O nie. Już ja się nasłuchałam, jacy są Włosi i czego chcieli.
     Nie mogłam jednak odepchnąć od siebie myśli wynikających ze spostrzeżeń, których dokonałam podczas meczu. I on zerkał co jakiś czas w stronę trybuny, na której znajdowały się nasze miejsca. Może było tak, jak zdawało mi się podczas śniadania – może po prostu miałam takiego pecha, że drugi raz usiadłam przed kimś, na kogo chciał spojrzeć, a ja po prostu blokowałam mu widok? Zresztą, co mnie to obchodziło?
     Zaraz po ostatnim gwizdku, który rozległ się przy stanie 15:13 w tie-break’u wygranym przez reprezentantów Polski, podeszłam razem z innymi do barierek odgradzających kibiców od boiska. Po chwili tuż przed nami pojawił się Łukasz Żygadło, z którym leciałam samolotem przed igrzyskami, i którego już zdążyłam poznać. Pogratulowałam im zwycięstwa, wymieniłam z nim kilka zdań, po czym życzyłam powodzenia w następnych meczach i razem z resztą ekipy lekkoatletycznej ruszyłam w kierunku drzwi.
     Nie ukrywam, chociaż do końca nie wiem czemu, w drodze na przystanek żywiłam nadzieję, że może akurat Włosi skończą się przebierać w szatni i Moja Udręka wyjdzie razem z kolegami tuż przed moim nosem i może coś się wydarzy. Może. Życie to jednak nie komedia romantyczna i takie rzeczy po prostu nie mają miejsca. Jeśli chcemy, żeby coś się stało, trzeba samemu zadziałać. Na każdą akcję jest reakcja, tak mówią prawa fizyki, które od zawsze rządziły tym światem. W każdym razie, życie to nie bajka, a takie „przypadkowe” spotkania mają miejsce tylko w filmach. Koniec, kropka.


_________________

Kolejny. Akcja się powoli rozkręca, mam nadzieję. 
D.

2 komentarze:

  1. drogą dedukcji chyba dotarłam do tego, kim jest Źródło Udręki i jeśli mam rację, to byłabym bardzo zadowolona :>

    OdpowiedzUsuń
  2. najpierw obstawiałam, że Źródłem Udręki jest Aleks Atanasijević, ale nie jest, więc muszę mieć nadzieję, że to ktoś fajny, albo przynajmniej ktoś, kogo uda mi się znieść.

    OdpowiedzUsuń