Mecze Włochów cieszyły się niesamowicie ogromną
popularnością. Zorientowałam się jednak chyba zbyt późno i przybyłam pod halę zaledwie
dziesięć minut przed meczem, mając nadzieję, że jeszcze zostaną jakieś miejsca.
Tak bardzo się myliłam! Nie było ani jednego biletu w kasie, moje uśmiechy i tłumaczenia, że przecież jestem uczestniczką igrzysk także nie pomagały i musiałam pogodzić się z myślą, że, niestety, tego dnia nie
dałam rady pomóc prawdopodobieństwu.
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc obeszłam halę na
około i ruszyłam w stronę centrum miasta. Rzadko kiedy spacerowałam ponad
godzinę, a tego dnia wydawało mi się, że trwa to nieskończoność. Żeby dotrzeć z
powrotem do mieszkania, musiałam wybrać drogę obok hali, częściowo dlatego, że
nie znałam innej, a częściowo dlatego, że żywiłam jakąś tam nadzieję, że jednak
się spotkamy.
Wsłuchiwałam się właśnie w słowa francuskiego wykonawcy,
który śpiewał o poważnych problemach miłosnych. Nie, żebym mówiła biegle po
francusku, po prostu coś tam rozumiałam, a w większości po prostu przeczytałam
tekst w internecie. Zaczęłam nawet nucić pod nosem, kiedy przez głos Stormae
usłyszałam piski i jakieś okrzyki. Przestraszyłam się, że coś się stało, więc
szybko się rozejrzałam.
Po drugiej ulicy stała włoska reprezentacja siatkarzy - niemal w
komplecie, całkiem oblegana przez przedstawicielki płci przeciwnej. Wszyscy
uśmiechali się do kibicek, ale widać było, że byli zmęczeni. Telepatycznie
przesłałam im wyrazy współczucia i zapewniłam, że dadzą radę i zaraz będą w domu.
Mimo że nie byłam mentalistką, jeden czy dwóch odwróciło się w moją stronę, na
co odpowiedziałam skinieniem głowy.
Pośród siatkarzy nie było Mojej Udręki, co nawet sprawiło mi
ulgę. Przynajmniej miałam nie zrobić z siebie kompletnej idiotki na środku
ulicy.
Po chwili ruszyłam dalej w stronę Wioski, zostawiając Włochów
z niezwykle głośnymi dziewczynami. Wiedziałam, że ich powrót do pokoi nie
będzie tak łatwy i przyjemny jak mój, ale musieli się z tym liczyć, skoro nie
jechali autokarem. Trudno,
stwierdziłam w myślach. Nie moja sprawa.
Brązowooki Włoch znajdował się dokładnie w tym samym
miejscu, w którym go wczoraj spotkałam. Z tym tylko szczegółem, że tym razem
siedział na ławce, nie stał obok niej. Poczułam się naprawdę dziwnie i naprawdę
miałam nadzieję, że jednak od wczoraj się stamtąd ruszył. Przecież niedawno
grali mecz, na pewno na nim był.
Zwolniłam kroku. Co miałam robić? Zatrzymać się i przywitać?
A co jeśli nie czekał na mnie, tylko na swoich kolegów, co było wielce
prawdopodobne, a na pewno bardziej prawdopodobne niż to, że chodziło mu o mnie?
Jeśli się zatrzymam, a on zupełnie zapomniał o tym, że się wczoraj spotkaliśmy,
wyjdę na kompletną debilkę.
Wzięłam więc głęboki wdech i z uniesioną głową ruszyłam
przed siebie. Przecież minięcie ławki nie było trudnym zadaniem, po prostu wyobraź sobie, że jest pusta.
- Hej – odezwała się Udręka, a ja natychmiast się
zatrzymałam. Co robić, co robić? Powoli odwróciłam się na pięcie i wymusiłam
uśmiech tak naturalny, jak było to możliwe.
- Hej – odparłam starając się unikać jego wzroku jak ognia. Na
tym skończyła się nasza rozmowa poprzedniego dnia. Czy dzisiaj miało nam pójść
lepiej? Znowu byłam w tej kwestii bardzo niezdecydowana. Ponownie zapadła
między nami cisza. Nie wiedziałam, czy ta cisza była przyzwoleniem na moje
oddalenie się, czy nie, więc po prostu stałam dalej nie za bardzo wiedząc, co
ze sobą zrobić.
Siatkarz przesunął się, robiąc mi miejsce na ławce obok
siebie.
- Masz wolne? – zapytał po angielsku, wyraźnie zaciągając z
włoskiego. Nie potrafiłam zinterpretować intencji mężczyzny, ale stwierdziłam,
że taka szansa może się już nie powtórzyć, a miałam okazję rozszyfrować w
końcu, o co od samego początku mu chodziło.
Skinęłam głową i usiadłam na drewnianej ławeczce pomalowanej
kolorami flagi olimpijskiej, utrzymując w miarę bezpieczny odstęp od
nieznajomego.
- Luca Vettori – rzucił w moją stronę i wyciągnął rękę.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że tak melodyjnie wypowiedziane przez
niego głoski tworzyły imię i nazwisko. Kiedy ocknęłam się z krótkiej chwili
odrętwienia, uścisnęłam jego dłoń.
- Małgorzata Korczyńska,
– przedstawiłam się, po czym kontynuowałam po angielsku – ale wszyscy
raczej mówią do mnie Gosia. – Musiałam dodać po pierwsze dlatego, że nie za
bardzo lubiłam swoje pełne imię – brzmiało trochę zbyt poważnie. Po drugie
dlatego, że pewnie dla Włocha wymówienie mojej godności graniczyłoby z cudem.
Cóż, w sumie nieźle bym się uśmiała.
Siatkarz odpowiedział mi skinieniem głowy, po czym znowu
zapadła kompletna cisza. Chyba ani on, ani ja nie wiedzieliśmy za bardzo co
powiedzieć, jak się w tej sytuacji zachować. Znowu zaczęło się robić
niezręcznie, jednak wydawało mi się, że robimy jakieś postępy. Nie czułam się
do końca zawstydzona, tak jak było to wcześniej. Na razie po prostu siedziałam
i chyba cieszyłam się jego obecnością. O ile było to możliwe. Jak mogłam cieszyć
się obecnością kogoś, kogo nie znałam? Chyba nie chciałam się nad tym
zastanawiać, czułam po prostu to, co czułam i próbowałam się z tymi uczuciami
uporać.
Siedzieliśmy tak i siedzieliśmy, aż w końcu Vettori odwrócił
się w moim kierunku i odchrząknął.
- Co tutaj robisz? – Nie do końca rozumiałam, o co mu
chodziło, uniosłam więc pytająco brew. Miałam nadzieję, że pytająco. – Mam na
myśli, w jakiej konkurencji startujesz?
- Lekkoatletyka – odparłam zwięźle. – Znaczy, biegam. Sprint
– próbowałam się nieco rozwinąć, ale, jako że należałam do osób niezbyt
wylewnych i prawie całkowicie aspołecznych, nie do końca mi to rozwinięcie
wychodziło. Ucichłam więc i spojrzałam w stronę siatkarza. Teraz on mógłby coś
powiedzieć, ale przecież spotkaliśmy się wcześniej i dobrze wiedziałam, czym
się zajmował. Byłam więc w niezłych opresjach, bo podtrzymywanie rozmów nie
należało do moich uzdolnień.
Westchnęłam. Denerwowało mnie to, że nie umiałam
najzwyczajniej w świecie pociągnąć gadki dalej. Pewnie mężczyzna odnosił wrażenie,
że nie miałam ochoty z nim rozmawiać, ale było wręcz przeciwnie. Chyba na tyle
się przejmowałam (choć naprawdę starałam się tego nie okazywać), że po prostu
nie mogłam wymyślić czegoś, co nie sprawiałoby, że wyszłabym na kompletną
idiotkę.
- Znasz Włoski? – Ponownie zagadnął siatkarz, przerywając
ciszę, która znowu mnie dręczyła.
- Odrobinę, kilka wyrazów – odparłam. – Niezbyt
komunikatywnie – wytłumaczyłam, kiedy zobaczyłam jego uniesione brwi. – W
sumie, mówienie po Włosku musi być fajne, może kiedyś zapiszę się na jakiś
kurs, czy coś w tym stylu – dodałam, ale zaraz gdy skończyłam zdanie,
uświadomiłam sobie, jak głupio to zabrzmiało. Miałam ochotę pacnąć się w czoło,
ale zdołałam się opanować i miałam nadzieję, że odbierze to stwierdzenie lepiej
niż ja.
- Ah, jesteś z Polski – odkrył Vettori, wskazując na orzełka
na mojej bluzie. – Polski jest trudny, tak słyszałem. Samo twoje nazwisko brzmi
tragicznie.
W odpowiedzi zaśmiałam się i pokiwałam głową.
- Racja, tragiczne – powtórzyłam po nim.
- Nie chciałem cię urazić ani nic takiego – zerwał się zaraz
do usprawiedliwień. – Po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie
wymawiającego całość.
- Przecież rozumiem – odparłam z szerokim uśmiechem.
- To dobrze. – Po raz pierwszy zobaczyłam, jak Luca Vettori
się uśmiecha. Nie potrafię powiedzieć, jak wtedy wyglądał, tego nie dało się
opisać.
Całe moje ciało przeszedł prąd, takie miałam wrażenie.
Poczułam go, przepływającego od czubków najmniejszych palców u stóp aż po
koniuszki włosów i pozostawiającego po sobie bardzo przyjemne uczucie ciepła,
które ogarnęło mnie całą. Miałam wrażenie, że absolutnie każdy włosek na moim
ciele staje dęba. I naprawdę, naprawdę,
starałam się zachować w miarę neutralny wyraz twarzy, ale byłam pewna, że
wyglądam jak Kolumb, kiedy odkrył Amerykę. Moim największym osiągnięciem było
utrzymanie zamkniętych ust. Postanowiłam nie dać po sobie nic znać, że poczułam
cokolwiek i odpowiedziałam mu uśmiechem, którym na pewno mu nie dorównałam.
- Kiedy biegasz? – zmienił temat siatkarz, przypatrując mi
się tym razem bez uśmiechu. Podziękowałam mu za to w myślach.
- Zaczynam jutro – odrzekłam i wbiłam wzrok w swoje
splecione palce. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że już następnego dnia
miałam zacząć spełniać swoje największe marzenia. Uśmiechnęłam się na tę myśl.
Kątem oka zauważyłam, że mi się przyglądał, przez co znowu poczułam się dziwnie.
- To twoje pierwsze igrzyska, prawda? – W odpowiedzi
kiwnęłam głową. – Moje też – odparł.
- Dobrze sobie radzicie – rzuciłam, nie za bardzo wiedząc,
co powiedzieć.
- To w sumie dopiero początek, więc nic nie jest pewne –
stwierdził.
Przyznałam mu rację, po czym znów zapadła cisza. Musiałam
jednak przyznać, że szło nam coraz lepiej. Co prawda, wypowiedzi nasze nie były
zbyt rozbudowane, ale jeszcze kilka godzin wcześniej nigdy bym nie pomyślała,
że moglibyśmy kiedykolwiek zamienić ze sobą więcej niż to jedno „hej”
poprzedniego dnia. I prawdę mówiąc, byłam tym faktem uradowana. I może nie była
to nasza ostatnia rozmowa? Nadal przecież nie odgadłam jego wzroku: co tak
naprawdę wyrażał?
Prawie w ogóle nie czułam już skrępowania, znaczy, nadal
bałam się, że powiem coś głupiego, że zrobię coś nie tak, że zbyt intensywnie
zareaguję, że nie ukryję przed nim tego, co się ze mną działo, kiedy nasze
spojrzenia się spotykały. Zaszła jedna zmiana – Vettori był człowiekiem. Może
zabrzmi to absurdalnie, ale przynajmniej uświadomiłam sobie, że on także jest
osobą z krwi i kości. Że nie jest odległą parą oczu na jadalni, której
spojrzenie sprawia, że mam ochotę schować się pod stołem i stamtąd nie
wychodzić. Był czymś ponadto. Rozmawiał ze mną, jakbyśmy się znali od dawna,
tylko po prostu długo nie widzieli. Jego naturalność mi imponowała. Nie miał
problemów z rozmową ze mną. Ach, ci
towarzyscy Włosi, prawda?
- Czas na mnie – oznajmiłam, gdy milczenie trwało już kilka
minut. - Miło było cię poznać.
- Wzajemnie, Gosia – odrzekł, zwracając się do mnie tak, jak
o to prosiłam i posłał mi na pożegnanie jeszcze jeden uśmiech, który
wystarczył, bym miała wieczorem problemy z zaśnięciem, chociaż miałam nadzieję,
że były one spowodowane zdenerwowaniem przed biegiem.
___________________
Rozdział co prawda krótki, ale, ach, w końcu odkrywam karty, najciekawszy aspekt tegoż tworu zostaje rozwiązany - Brązowooka Udręka to nie kto inny jak Luca Vettori (kto by się spodziewał?). Igrzyska na dobre się rozpoczynają, mam nadzieję, że nie przynudzam.
wiedziałam, wiedziałam, że to będzie on! :D on przyjdzie ją oglądać, prawda?
OdpowiedzUsuń1. STROMAE!!!!!!
OdpowiedzUsuń2. LUCA!!!!!!!!!