-
Gocha, wstawaj! – Kim była ta kobieta? Czemu kazała mi wstawać? Przecież już
dawno skończyłam szkołę, a treningi obecnie przełożyłam na popołudnia, bo
zbliżają się igrzy... Ah, no tak. Już wszystko sobie przypomniałam. Wydarzenia
z dnia poprzedniego nagle do mnie wróciły i podniosłam się z łóżka z szerokim
uśmiechem na ustach.
- Co
jest?
- Jak
to: co jest? Śniadanie jest! Idziemy na stołówkę, ogarnij się i chodź z nami,
bo wszystkie miejsca nam pozajmują! – Tak, jej szeroki uśmiech i optymizm
porażał mnie od samego rana.
Zebrałam
się z łóżka najszybciej jak mogłam i poleciałam do łazienki, żeby jakoś
doprowadzić się do porządku. Nie miałam wiele czasu, więc tylko spięłam włosy w
kitkę, ubrałam biało-czerwony dres i ruszyłam pędem za Anką i podążającymi z
nią innymi reprezentantami.
Jeśli
myślałam, że nic mnie tu już nie zadziwi, to naprawdę bardzo się myliłam. Nigdy
w życiu nie wyobrażałam sobie stołówki tak dużej, jak ta. Chociaż, z drugiej
strony, w sumie po co byłoby mi wyobrażanie ogromnej stołówki?
W
każdym razie, po wejściu do ogromnego namiotu musiałam przyzwyczaić się do
widoku tysięcy, tysięcy stolików, barów, punktów wydawania jedzenia, i jeszcze
większej ilości krzesełek. I ludzi. Zdawało się, że wszyscy olimpijczycy tu
przyszli. I pewnie tak było.
Kiedy
minęła ta, nie wiem jak długa, chwila odrętwienia i zadziwienia, Ania
pociągnęła mnie za sobą w stronę jakiegoś wolnego stolika, który został
wypatrzony przez kogoś od nas. Prawdziwe polowanie z samego rana. Dojście tam
zajęło nam chyba wieczność, wręcz zmęczyło mnie ciągłe przeciskanie się między
sportowcami i nieustanne „sorry” za każdym razem, kiedy kogoś
potrąciłam.
W
końcu! W końcu się udało. Z westchnieniem ulgi usiadłam na krzesełku. Po chwili
jednak doszło do mnie, że trzeba jeszcze wstać i pójść po jedzenie. Na samą
myśl o ponownym wędrowaniu slalomem między krzesełkami skrzywiłam się.
- Nie
martw się, złotko, załatwię ci jakąś sałatkę – tyczkarka zdawała się mieć
naprawdę dobry humor. Przyjęłam to z uśmiechem pełnym ulgi i wdzięczności, tak
mi się wydaje.
Zostałam
więc przy stole, sama z jakimiś sportowcami, z którymi tylko wymieniałam
uśmiechy.
Zaczęłam
rozglądać się po sali i grać w grę pod tytułem „jakiej reprezentacji to dres?”
i szło mi całkiem dobrze, naprawdę. Pewnie dlatego, że większość dresów miała naszyte
flagi albo nazwy państw na bluzach. Nieważne. Rozglądałam się dalej, kiedy mój
wzrok napotkał przeszkodę w postaci... oczu. Para oczu, która wpatrywała się we
mnie tak intensywnie, że odruchowo opuściłam wzrok, błagając w duchu o to, żeby
moje śniadanie już tu było.
Ciekawość
jednak wzięła górę i po chwili postanowiłam poszukać źródła mojej udręki pełnej
niezręczności. Kiedy w końcu doszłam do tego, w którą stronę powinnam patrzeć,
to Źródło Mojej Udręki zlokalizowało mnie.
Właściciel
pary ciemnobrązowych oczu wpatrywał się we mnie z uniesioną brwią. Przez chwilę
zastanawiałam się, czy aby nie patrzy gdzieś do tyłu, za mnie, co byłoby chyba
jeszcze bardziej niezręczne. Kiedy jednak uświadomiłam sobie, że to ja jestem
obiektem wzrokowego prześladowania, ponownie opuściłam wzrok i postanowiłam już
go nie podnosić. Później żałowałam, że nie zdążyłam odczytać nazwy państwa, z
którego pochodziło Źródło Udręki, bo przynajmniej wiedziałabym, jaką
reprezentację unikać.
- Et
voila! – usłyszałam dobrze mi już znany kobiecy głos i po chwili pod moim nosem
wylądował talerz z jakąś sałatką i grzankami.
- Merci
– odpowiedziałam szybko i uśmiechnęłam się szeroko. Jednak coś pamiętałam ze
szkolnych lekcji francuskiego. Taką miałam przynajmniej nadzieję.
Zaraz
zabrałam się za jedzenie. Próbowałam jak najbardziej wiarygodnie oddawać
prawdziwą fascynację sałatą i pomidorem przede wszystkim, żeby zająć czymś
wzrok i powstrzymać się od sprawdzenia, czy moja Udręka nadal na mnie patrzy.
Po chwili jednak stwierdziłam, że im szybciej zjem śniadanie, tym szybciej będę
mogła to miejsce opuścić.
-
Gocha, dziś startują nasi siatkarze, wybierasz się z nami na mecz?
-
Jasne, oczywiście, zdecydowanie tak! – odpowiedziałam szybko, łykając ostatnie
kęsy sałatki. Udało się, ale co z tego,
skoro cała reszta dopiero zaczęła, a teraz jeszcze dziwnie się na mnie
patrzyli. Westchnęłam.
– O której ten mecz?
Moja
koleżanka zerknęła na swój zegarek.
- Mamy
jeszcze trzy godziny, więc spokojnie. Nie musiałaś się tak śpieszyć.
- Po
prostu mam coś do zrobienia i chciałam zdążyć – odparłam bez zastanowienia i
wzruszyłam ramionami. – Pójdę już, widzimy się przed meczem?
-
Jasne.
Podniosłam
się o mało nie wywracając krzesełka wprost pod nogi jakiegoś atlety ze Stanów.
W milczeniu wyminęłam go, nasz stolik i ruszyłam do miejsca, w którym wszyscy
zostawiali talerze. Manewrowanie między krzesełkami i ludźmi z łatwymi do
potłuczenia przedmiotami w rękach to nie była moja specjalność, ale jakimś
cudem mi się udało.
Przed
samym wyjściem odwróciłam się jeszcze, żeby poszukać Mojej Udręki i postarać
się odkryć jego tożsamość, ale z tym było jeszcze trudniej. Znaleźć jedną parę
oczu pośród tylu tysięcy nie było łatwym zadaniem i pewnie dlatego się nie
udało. Trudno, powiedziałam dobie w
myślach. To nawet lepiej, że nie wiem,
kim jest. Po takim jednorazowym epizodzie to i tak nie miało znaczenia.
Usiadłam
na łóżku w pokoju, nie wiedząc kompletnie za co się zabrać. Misja pod tytułem
ewakuacja ze stołówki powiodła się sukcesem, ale co z tego, skoro teraz nie mam
co robić? Westchnęłam.
W końcu
stwierdziłam, że mogę zająć się włosami. Weszłam do łazienki, pochyliłam się
nad zlewem i pozwoliłam, by gorąca woda płynąca z kranu, sprawiła, że moje
blond włosy stały się najpierw wilgotne, a potem całkiem mokre. Kilka strużek
spłynęło mi pod bluzkę, wywołując gęsią skórkę. Lewą ręką sięgnęłam po omacku
na półkę, gdzie wcześniej postawiłam butelkę szamponu. Nałożyłam specyfik na
włosy i wtarłam, fundując sobie w ten sposób całkiem przyjemny, i darmowy,
masaż głowy. Kiedy, posługując się zmysłem dotyku, stwierdziłam, że tyle piany
wystarczy, ponownie odkręciłam wodę, która zabrała szampon ze sobą,
pozostawiając przyjemny zapach. W końcu chwyciłam ręcznik, zakręciłam go na
włosach, tworząc coś na kształt turbanu i opuściwszy łazienkę, położyłam się na
łóżku. Odetchnęłam głęboko i włączyłam telewizję.
Nawet
nie wiem kiedy minął cały ten czas, ale mogę się założyć, że dosłownie dwie
minuty później do środka wparowała Ania.
-
Wstawaj, księżniczko. Wychodzimy – poinformowała mnie z uśmiechem na ustach.
- Daj
mi moment – odparłam, starając się uwolnić włosy od ręcznika. Znowu nic nie
zdążyłam z nimi zrobić, no pięknie!
-
Ogarniesz je w autobusie, bo jak się nie pospieszysz, to zaraz nam ucieknie! –
Kobieta położyła ręce na biodra i uniosła brew, wyraźnie niepocieszona, chyba
po raz pierwszy.
- Już
idę, idę – odpowiedziałam i cisnęłam ręcznikiem w stronę pościeli. W drodze do drzwi
wejściowych zdążyłam chwycić telefon i gumkę do włosów.
- Czemu
je upinasz? – Ania intensywnie mi się przyglądała, kiedy kończyłam pleść
grubego warkocza. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami, więc kontynuowała swoją
wypowiedź. – Nie powinnaś ciągle spinać włosów. Masz bardzo ładną twarz,
taką... podłużną, wiesz o co mi chodzi? – Nie czekała, aż odpowiem. – Chodzi mi
o to, że nie jest taka okrągła, tylko bardziej zgrabna, o! Rozumiem, że nie
masz czego zakrywać, ale kitki zostaw sobie na zawody. Teraz idziemy popatrzeć
sobie na mecz, w cywilu, rozumiesz? Nikt nie musi wiedzieć, że jesteś tu, żeby
startować. Poza tym, może uda ci się poderwać jakiegoś niezłego siatkarza.
Widziałaś ich? – Westchnęła, pełna zachwytu. – W każdym razie, powinnaś je
rozpuścić.
Zaśmiałam
się i zabrałam się za rozplątywanie warkocza. Widziałam, jak coraz szerszy
uśmiech pojawia się na jej twarzy.
-
Kochana! Sprzedałabym wszystko za takie włosy! Nie dość, że kolor absolutnie
piękny, taki słoneczny, to do tego jakie grube! Takie gęste! Mega! Mówię ci,
powinnaś je częściej rozpuszczać – poinformowała mnie, na co odpowiedziałam
wzruszeniem ramion.
Podróż
pod halę sportową nie trwała długo, ale właśnie tego można się było spodziewać po
Igrzyskach Olimpijskich. Do każdego obiektu powinno być niedaleko i chyba tak
było.
Wysiedliśmy
z autobusu i podążyliśmy za tłumami, które napierały na drzwi. Kto by się
spodziewał, że tyle ludzi tu przyjedzie?
- Jak
właściwie zdobyliście bilety? – zapytałam, faktycznie zadziwiona faktem, że
komuś udało się zakupić aż dziesięć sztuk.
- O to
się nie martw, kochana. Ważne, że są i zaraz wejdziemy. Tylko nie narzekaj na
miejsca. Ważne, że są! – powtórzyła i pociągnęła mnie za sobą za rękę.
Faktycznie,
miejsca pozostawiały wiele do życzenia, bo siedzieliśmy tuż za bandami
reklamowymi postawionymi kilka metrów za linią zagrywki. Trochę przeszkadzało
mi to, że siedzieliśmy po stronie włoskiej, a nie naszej, ale przecież co set
zamieniano się stronami, więc nic nie powiedziałam. Jak to wspomniała Ania –
ważne, że w ogóle udało nam się przyjść.
Wdałam
się w jakąś dyskusję z olimpijczykami siedzącymi po mojej lewej stronie i
rozmawialiśmy aż do zakończenia rozgrzewki zawodników. Spiker poprosił
wszystkich o powstanie i po wysłuchaniu obydwu hymnów (Mazurek Dąbrowskiego, jak zawsze, wypadł genialnie!), zajęliśmy z powrotem nasze miejsca.
I wtedy
właśnie po raz drugi tego dnia zauważyłam Udrękę Mojego Życia.
Rozmawiałam
właśnie z Darkiem, który siedział dwa miejsca dalej, jednocześnie klaszcząc do
rytmu razem z kibicami. W pewnym momencie odwróciłam się w prawą stronę i moim
oczom ukazał się kwadrat dla rezerwowych reprezentacji Włoch. Wśród garstki
zawodników w niebieskich dresach mój wzrok, jakby odruchowo, odnalazł te same
brązowe oczy, przed którymi uciekałam podczas śniadania. Zamarłam i w tej
chwili moje spojrzenie zostało odwzajemnione.
Nie
miałam zielonego pojęcia, co zrobić. Jak się zachować? Co w takiej sytuacji
normalna kobieta robi? Uśmiecha się i odwraca wzrok? Puszcza oczko? Macha? A
może powinnam skinąć głową? Jeśli myślałam, że rano na stołówce czułam się
niezręcznie, to nie mam pojęcia, jak czułam się właśnie wtedy. Ponownie
odruchowo uciekłam wzrokiem na boisko i zawodników i zabrałam się za
kibicowanie. Nie mogłam jednak do końca meczu powstrzymać się od spoglądania w
stronę miejsca przeznaczonego dla zawodników rezerwowych. Gdyby zdjął bluzę,
gdybym mogła zobaczyć, jakie nazwisko się pod nią kryje... Ale właściwie, na co
mi ono? Będę wiedziała, jak się nazywa – co z tego? Znajdę go? Może jeszcze
podejdę i zagadam? Nigdy w życiu! Nie ma takiej opcji. To są igrzyska i biorę w
nich udział i skupię się na swojej konkurencji, a nie Włochach. O nie. Już ja
się nasłuchałam, jacy są Włosi i czego chcieli.
Nie
mogłam jednak odepchnąć od siebie myśli wynikających ze spostrzeżeń, których
dokonałam podczas meczu. I on zerkał co jakiś czas w stronę trybuny, na której
znajdowały się nasze miejsca. Może było tak, jak zdawało mi się podczas
śniadania – może po prostu miałam takiego pecha, że drugi raz usiadłam przed kimś,
na kogo chciał spojrzeć, a ja po prostu blokowałam mu widok? Zresztą, co mnie
to obchodziło?
Zaraz
po ostatnim gwizdku, który rozległ się przy stanie 15:13 w tie-break’u wygranym
przez reprezentantów Polski, podeszłam razem z innymi do barierek
odgradzających kibiców od boiska. Po chwili tuż przed nami pojawił się Łukasz Żygadło,
z którym leciałam samolotem przed igrzyskami, i którego już zdążyłam poznać.
Pogratulowałam im zwycięstwa, wymieniłam z nim kilka zdań, po czym życzyłam
powodzenia w następnych meczach i razem z resztą ekipy lekkoatletycznej
ruszyłam w kierunku drzwi.
Nie
ukrywam, chociaż do końca nie wiem czemu, w drodze na przystanek żywiłam
nadzieję, że może akurat Włosi skończą się przebierać w szatni i Moja Udręka
wyjdzie razem z kolegami tuż przed moim nosem i może coś się wydarzy. Może.
Życie to jednak nie komedia romantyczna i takie rzeczy po prostu nie mają
miejsca. Jeśli chcemy, żeby coś się stało, trzeba samemu zadziałać. Na każdą
akcję jest reakcja, tak mówią prawa fizyki, które od zawsze rządziły tym światem. W każdym razie, życie to nie
bajka, a takie „przypadkowe” spotkania mają miejsce tylko w filmach. Koniec,
kropka.
_________________
Kolejny. Akcja się powoli rozkręca, mam nadzieję.
D.
drogą dedukcji chyba dotarłam do tego, kim jest Źródło Udręki i jeśli mam rację, to byłabym bardzo zadowolona :>
OdpowiedzUsuńnajpierw obstawiałam, że Źródłem Udręki jest Aleks Atanasijević, ale nie jest, więc muszę mieć nadzieję, że to ktoś fajny, albo przynajmniej ktoś, kogo uda mi się znieść.
OdpowiedzUsuń