wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział 3.

          Nie było go na śniadaniu. Może po prostu go nie widziałam, a może się minęliśmy.
          Z jednej strony naprawdę mnie to ucieszyło, bo w końcu się nim nie stresowałam, nie myślałam o tym, żeby nie zrobić niczego głupiego i normalnie zjadłam posiłek, co w ostatnim czasie nie było do końca możliwe. Całkiem się wyluzowałam, porozmawiałam z innymi reprezentantami, pożartowaliśmy i pośmialiśmy się, atmosfera była w końcu taka, jaka być powinna. Ulga, właśnie to czułam.
          Była też druga strona medalu, jak zawsze zresztą. Jakaś część mojego umysłu cały czas zajmowała się tematem Włocha. Dlaczego nie przyszedł? Czy gdyby przyszedł, wyglądałoby to tak, jak wczoraj? Może byłabym w stanie coś wyczuć? Może po całej tej rozmowie z Anią istniała szansa, że dałabym radę stwierdzić, czy faktycznie między nami coś się dzieje. Brzmiało to absurdalnie, bo przecież  między dwiema osobami, które ze sobą nigdy nie rozmawiały nie mogło powstać nic. I z jakiegoś powodu, mimo to nadal chciałam to sprawdzić. Skoro nie było okazji, to trudno. Przecież istniało jakieś prawdopodobieństwo, że się jeszcze spotkamy.
          A gdyby temu prawdopodobieństwu trochę pomóc?
          Słyszałam i czytałam o turnieju siatkarzy na igrzyskach. Następnego dnia Włosi mieli rozegrać kolejne spotkanie. Może mogłabym pójść na halę? Przemyślę to jeszcze, powiedziałam do siebie w myślach i zakończyłam tę tragiczną dyskusję w środku mojej głowy, po czym powróciłam do rozmów z kolegami i koleżankami reprezentującymi Polskę.
          Podczas powrotu do budynku mieszkalnego numer 12, w którym znajdował się między innymi moje mieszkanie, spotkałam Łukasza Żygadło, co bardzo mnie ucieszyło. Szedł akurat z Krzyśkiem Ignaczakiem i Michałem Winiarskim w przeciwnym kierunku, ale zatrzymał się, przywitał i zamieniliśmy ze sobą kilka zdań. Przedstawił mi dwóch pozostałych siatkarzy, dzięki czemu mogłam ten dzień już z samego rana zaliczyć do bardzo przyjemnych i bardzo pozytywnych. Wszyscy byli bardzo mili i obiecali, że będą w miarę możliwości oglądać moje wyścigi i trzymać kciuki, za co byłam naprawdę wdzięczna. Każde wsparcie jest bardzo ważne, a takie to już w ogóle! Podziękowałam im na oko tysiąc razy, dałam słowo, że i ja będę im bardzo kibicować, po czym rozstaliśmy się i ruszyliśmy w swoich kierunkach.
          Dzień treningu, to był właśnie dzień treningu. Podczas igrzysk odbywały się rzadziej i były nieco lżejsze, tak, żeby organizm nie odzwyczaił się od wysiłku, ale też, żeby nie przemęczył się i by wszystkie mięśnie zadziałały prawidłowo podczas biegów.
          Spotkałam się z trenerem przy wejściu do Wioski Olimpijskiej. Od początku imprezy dostałam od niego duży kredyt zaufania, chociaż zaczęło mnie zastanawiać, czy nie zbyt duży, bo prawie w ogóle się nie widywaliśmy i nie rozmawialiśmy o zawodach. Nie byłam pewna, czy powiedzieć mu o tym, czy dać mu spokój, ale w końcu się odezwałam. Przytaknął mi i stwierdził, że następnego dnia, dzień przed moimi pierwszymi startami, spotkamy się na spokojnie i wszystko omówimy. Nie rozumiałam, czemu dzisiejszy dzień nie był odpowiednim, ale już niczego nie negowałam.
          Trening był faktycznie dosyć lekki, czułam po nim jakiś taki niedosyt. Na szczęście, dostałam pozwolenie na wieczorną przebieżkę, która chyba była tym, czego aktualnie potrzebowałam. Adam, bo tak miał na imię trener, chyba przejmował się moimi biegami na tyle, że bał się, że zbyt mocno mnie obciąży. Chyba to rozumiałam. W każdym razie, starałam się.
          Po zajęciach nie czułam się ani trochę zmęczona, więc po szybkim prysznicu rozsiadłam się na łóżku, włączyłam program telewizyjny transmitujący to, co działo się na igrzyskach i zabrałam się na zaplatanie włosów. Uznałam, że najwygodniej będzie mi w warkoczu. Później zrobiłam sobię zieloną herbatę, którą, tradycyjnie już, poparzyłam sobie język.
          Poszukiwania czerwonego lakieru do paznokci (zresztą, jak każdego lakieru do paznokci – ba! wszystkiego) w mojej kosmetyczce to jak prawdziwa wyprawa Indiany Jonesa na nieznane tereny. Albo mam  jakieś poważne problemy ze wzrokiem, albo jakieś elfy zawsze wszystko mi chowają – czy to w kosmetyczkach, czy to w walizkach, czy to w torebkach. I zawsze znajduję te przedmioty, kiedy już nie są mi potrzebne. Tym razem jednak nie dałam za wygraną i twardo szukałam. W końcu wysypałam całą zawartość sakiewki na łóżko. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że akurat lakiery włożyłam luźno do torby. Pacnęłam się w czoło, pokręciłam głową i odnalazłam to, czego szukałam.
          Nie byłam najlepsza w malowaniu paznokci. Wydawało mi się oczywiste, że kobiety mają jakiś dodatkowy zmysł, dzięki któremu malowanie paznokci to coś naturalnego i wychodzi idealnie. Tylko ja byłam kompletnym wyrzutkiem, który musiał trzymać przy sobie patyczki higieniczne i zmywacz do paznokci, żeby zmywać lakier, który lądował na palcach, a nie paznokciach. Jakbym nie mogła być dobra chociaż w czymś.
          Kiedy słońce zaczęło zachodzić (nie miałam pojęcia, jak ten czas zleciał, czyżbym aż tyle malowała paznokcie?) przebrałam się w wygodne legginsy do biegania, na tshirt narzuciłam bluzę, do telefonu podłączyłam słuchawki i byłam gotowa do wyjścia. Upewniłam się, czy dobrze zamknęłam drzwi i ruszyłam schodami na parter.
          Ruch w Wiosce był spory, większość zawodników wracała pewnie po swoich konkurencjach do domów. Kilkoro olimpijczyków, podobnie jak ja, zamierzali wieczór spędzić bardziej aktywnie.
          Minęłam coś na kształt bramy wjazdowej. Zatrzymałam się na chwilę, próbując przypomnieć sobie obraz mapy, którą oglądałam popołudniu, żeby się przypadkiem nie zgubić. Po kilkudziesięciu sekundach zdołałam stwierdzić tyle, że powinnam skręcić w prawo. Wzruszyłam ramionami niemal niezauważalnie i pobiegłam przed siebie. W końcu przecież do Wioski Olimpijskiej nie można było nie trafić.
          Bieganie dawało mi wiele radości. Krótkie dystanse, w których zazwyczaj startowałam były dla mnie czymś absolutnie cudownym. Wymagały wytrwałości, podobnie jak większe odległości, ale do tego dawały niesamowity zastrzyk adrenaliny. Przecież miałam dwieście, nie dwa tysiące, metrów na to, żeby kogoś wyprzedzić.
          Oczywiście, nie miałam nic przeciwko dłuższym biegom, ale były one dla mnie... nieco zbyt stateczne. Wymagały ogromnej koncentracji przez długi czas, a ja z koncentracją miałam ogromne problemy. Powinnam pójść do jakiegoś lekarza zaraz po powrocie, może przepisze mi coś porządnego i w końcu mi się poprawi.
          Trucht był dla mnie formą relaksu, ale i przygotowywania mięśni na wysiłek. Oczywiście, regularne wprawianie ich w ruch dawało bardzo pozytywne skutki i nie męczyłam się za bardzo, mogłam biegać naprawdę długo. Niezależnie od tego, ile to trwało, bardzo mnie rozluźniało. Mogłam przez godzinkę nie przejmować się niczym poważnym, tylko tym, żeby postawić jedną nogę przed drugą. Mogłam wsłuchać się w teksty piosenek na playliście i uciec od problemów. Oddychałam miarowo, kroki stawiałam do rytmu piosenki i nawet nie zorientowałam się, kiedy minęło trzydzieści minut, czterdzieści, aż w końcu i godzina. Uznałam, że tyle tego dnia mi wystarczyło i ruszyłam w drogę powrotną. Faktycznie, nie było czym się martwić. Powrót do mojego tymczasowego miejsca zamieszkania był niesamowicie łatwy, nie miałam z tym żadnych problemów.
          Problemy, jeśli o nie chodzi, pojawiły się dokładnie w tym momencie, w którym się ich zupełnie nie spodziewałam.
          Serce zaczęło mi bić prawdopodobnie szybciej niż Boltowi po pobiciu rekordu świata i zostaniu najszybszym człowiekiem na Ziemi. Oto niemal wpadłam na Brązowooką Włoską Udrękę Mojego Życia.
          Nie wiedziałam, jak to było możliwe, że spotykaliśmy się tak często. Wydawało mi się to wręcz nienaturalne, ale siatkarz zdawał się być jeszcze bardziej zaskoczony niż ja. Stał przede mną, jakieś trzydzieści centymetrów wyższy i znowu patrzył prosto na mnie sprawiając, że wszystkie moje wnętrzności przewracały się na drugą stronę. Jego brązowe oczy zdawały się być jeszcze bardziej brązowe, o ile w ogóle było to możliwe. Czy kolor oczu mógł stawać się nagle bardziej intensywny?
          Tak, jak było to podczas owego feralnego śniadania, wydawało mi się, że świat zwolnił, albo nawet całkowicie się zatrzymał. Nie słyszałam żadnego dźwięku, nie czułam wiatru, nie widziałam nic poza hipnotyzującymi oczami mężczyzny przede mną. Nie miałam pojęcia, jak się przed tym bronić, nie wiedziałam, czy obrona była w ogóle możliwa.
          Cisza zaczęła się robić coraz bardziej dziwna. Z każdą mijającą sekundą czułam się bardziej skrępowana i bardziej zażenowana tym, że nie potrafiłam najzwyczajniej w świecie odwrócić wzroku. Jak to w ogóle było możliwe?
          Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek czuł się tak niezręcznie i bezsilnie, że nie mógł tego znieść, niech pomnoży swoje odczucia przez sto i wyjdzie mu mniej-więcej to, jak ja się czułam. Tragedia. Istna tragedia.
Pewnie znowu minęło zaledwie kilka sekund, a mnie się wydawało, jakbyśmy stali na tym chodniku dobę, kiedy w końcu zdobyłam się na odwagę, by zrobić cokolwiek. Odchrząknęłam i zamknęłam i otworzyłam oczy kilka razy, żeby je nawilżyć. Czyżbym przez cały ten czas gapiła się na niego bez mrugania? Cudownie, wyszło więc jeszcze gorzej.
          - Hej – powiedziałam zachrypniętym głosem, chociaż dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że głos ten faktycznie należał do mnie. Przeżywałam w środku mały triumf, bo oto wydałam z siebie dźwięk. Dopiero później doszło do mnie, że przecież był Włochem i po polsku nie rozumiał. Wmówiłam więc sobie, że powiedziałam to po angielsku i mentalnie ściskałam kciuki, aby i on znał ten język.
          - Hej – odparł, po czym znowu zapadła cisza. Zostałam jednak zaopatrzona w nowe materiały do przemyśleń. Jego głos. Jedno słowo – do tego zaledwie trzyliterowe - ale jak brzmiało! Barwę miał absolutnie przyjemną dla ucha, do tego jego ton był niski. Przyłapałam się nawet na myśli, że mogłabym go słuchać codziennie.
          Cóż jednak z tego, że miałam nad czym myśleć, kiedy znów zapadła cisza? Czy to był ten moment, w którym miałam czuć iskrę? Nadal nie czułam nic, tylko tę ciszę pełną skrępowania. Może to ona była odmianą chemii? Czy w jego wzroku coś zdradzało, że chciał się „na mnie rzucić”? Moim zdaniem absolutnie nic. Jego spojrzenie było całkowicie bez wyrazu, jedynie uniesiona brew sprawiała, że w moich myślach tliła się jeszcze nadzieja, że ów człowiek odczuwa cokolwiek.
          Już otwierałam usta, żeby powiedzieć cokolwiek, w tym samym czasie widziałam, jak Włoch robi to samo, kiedy usłyszałam znajomy głos wymawiający moje imię.
          Odwróciłam się natychmiast, jednocześnie wdzięczna i zdenerwowana, że musiałam przerwać kontakt wzrokowy z mężczyzną przede mną i dostrzegłam Darka stojącego kilkadziesiąt metrów dalej i machającego do mnie. Odmachałam mu i kiwnęłam głową dając znak w stylu „co jest?”
          - Idziemy się trochę przejść, na miasto, chcesz iść z nami? – krzyknął, jakby nie mógł podejść bliżej. Czy miałam ochotę gdziekolwiek iść? Ani trochę. Przecież właśnie skończyłam bieg i, mimo że nie byłam bardzo zmęczona, jedyne, na co miałam ochotę, to położyć się w łóżku. Tak też się wytłumaczyłam, na co ten skinął głową i odszedł.
          Odwróciłam się, żeby spojrzeć z powrotem na Włocha, ten nadal mi się przyglądał, tym razem ze zmrużonymi oczami. Na pewno nie rozumiał, o co chodziło. W odpowiedzi na jego wzrok wzruszyłam ramionami, po czym ponownie wyszeptałam krótkie „hej” na pożegnanie i ruszyłam w kierunku swojego mieszkania. Stwierdziłam, że tak będzie najlepiej, bo inaczej prawdopodobnie stalibyśmy tam do rana.

          Pierwszą i jedyną czynnością po powrocie do pokoju było wejście pod kołdrę. Odpłynęłam do krainy marzeń sennych niemal natychmiast.

2 komentarze:

  1. i wciąż nie wiadomo! ale to już postęp, że odezwali się do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  2. z tym szukaniem rzeczy po torbach i malowaniem paznokci to ją doskonale rozumiem.

    OdpowiedzUsuń