Nie było go na śniadaniu. Może po prostu go nie widziałam, a
może się minęliśmy.
Z jednej strony naprawdę mnie to ucieszyło, bo w końcu się
nim nie stresowałam, nie myślałam o tym, żeby nie zrobić niczego głupiego i normalnie
zjadłam posiłek, co w ostatnim czasie nie było do końca możliwe. Całkiem się
wyluzowałam, porozmawiałam z innymi reprezentantami, pożartowaliśmy i
pośmialiśmy się, atmosfera była w końcu taka, jaka być powinna. Ulga, właśnie
to czułam.
Była też druga strona medalu, jak zawsze zresztą. Jakaś
część mojego umysłu cały czas zajmowała się tematem Włocha. Dlaczego nie
przyszedł? Czy gdyby przyszedł, wyglądałoby to tak, jak wczoraj? Może byłabym w
stanie coś wyczuć? Może po całej tej rozmowie z Anią istniała szansa, że
dałabym radę stwierdzić, czy faktycznie między nami coś się dzieje. Brzmiało to
absurdalnie, bo przecież między dwiema
osobami, które ze sobą nigdy nie rozmawiały nie mogło powstać nic. I z jakiegoś
powodu, mimo to nadal chciałam to sprawdzić. Skoro nie było okazji, to trudno.
Przecież istniało jakieś prawdopodobieństwo, że się jeszcze spotkamy.
A gdyby temu prawdopodobieństwu trochę pomóc?
Słyszałam i czytałam o turnieju siatkarzy na igrzyskach.
Następnego dnia Włosi mieli rozegrać kolejne spotkanie. Może mogłabym pójść na
halę? Przemyślę to jeszcze,
powiedziałam do siebie w myślach i zakończyłam tę tragiczną dyskusję w środku
mojej głowy, po czym powróciłam do rozmów z kolegami i koleżankami
reprezentującymi Polskę.
Podczas powrotu do budynku mieszkalnego numer 12, w którym
znajdował się między innymi moje mieszkanie, spotkałam Łukasza Żygadło, co bardzo mnie
ucieszyło. Szedł akurat z Krzyśkiem Ignaczakiem i Michałem Winiarskim w
przeciwnym kierunku, ale zatrzymał się, przywitał i zamieniliśmy ze sobą kilka
zdań. Przedstawił mi dwóch pozostałych siatkarzy, dzięki czemu mogłam ten dzień
już z samego rana zaliczyć do bardzo przyjemnych i bardzo pozytywnych. Wszyscy
byli bardzo mili i obiecali, że będą w miarę możliwości oglądać moje wyścigi i
trzymać kciuki, za co byłam naprawdę wdzięczna. Każde wsparcie jest bardzo
ważne, a takie to już w ogóle! Podziękowałam im na oko tysiąc razy, dałam
słowo, że i ja będę im bardzo kibicować, po czym rozstaliśmy się i ruszyliśmy w
swoich kierunkach.
Dzień treningu, to był właśnie dzień treningu. Podczas
igrzysk odbywały się rzadziej i były nieco lżejsze, tak, żeby organizm nie
odzwyczaił się od wysiłku, ale też, żeby nie przemęczył się i by wszystkie
mięśnie zadziałały prawidłowo podczas biegów.
Spotkałam się z trenerem przy wejściu do Wioski
Olimpijskiej. Od początku imprezy dostałam od niego duży kredyt zaufania,
chociaż zaczęło mnie zastanawiać, czy nie zbyt duży, bo prawie w ogóle się nie
widywaliśmy i nie rozmawialiśmy o zawodach. Nie byłam pewna, czy powiedzieć mu
o tym, czy dać mu spokój, ale w końcu się odezwałam. Przytaknął mi i
stwierdził, że następnego dnia, dzień przed moimi pierwszymi startami, spotkamy
się na spokojnie i wszystko omówimy. Nie rozumiałam, czemu dzisiejszy dzień nie
był odpowiednim, ale już niczego nie negowałam.
Trening był faktycznie dosyć lekki, czułam po nim jakiś taki
niedosyt. Na szczęście, dostałam pozwolenie na wieczorną przebieżkę, która
chyba była tym, czego aktualnie potrzebowałam. Adam, bo tak miał na imię
trener, chyba przejmował się moimi biegami na tyle, że bał się, że zbyt mocno
mnie obciąży. Chyba to rozumiałam. W każdym razie, starałam się.
Po zajęciach nie czułam się ani trochę zmęczona, więc po
szybkim prysznicu rozsiadłam się na łóżku, włączyłam program telewizyjny
transmitujący to, co działo się na igrzyskach i zabrałam się na zaplatanie
włosów. Uznałam, że najwygodniej będzie mi w warkoczu. Później zrobiłam sobię
zieloną herbatę, którą, tradycyjnie już, poparzyłam sobie język.
Poszukiwania czerwonego lakieru do paznokci (zresztą, jak
każdego lakieru do paznokci – ba! wszystkiego) w mojej kosmetyczce to jak
prawdziwa wyprawa Indiany Jonesa na nieznane tereny. Albo mam jakieś poważne problemy ze wzrokiem, albo
jakieś elfy zawsze wszystko mi chowają – czy to w kosmetyczkach, czy to w
walizkach, czy to w torebkach. I zawsze znajduję te przedmioty, kiedy już nie
są mi potrzebne. Tym razem jednak nie dałam za wygraną i twardo szukałam. W
końcu wysypałam całą zawartość sakiewki na łóżko. Dopiero po chwili
przypomniałam sobie, że akurat lakiery włożyłam luźno do torby. Pacnęłam się w
czoło, pokręciłam głową i odnalazłam to, czego szukałam.
Nie byłam najlepsza w malowaniu paznokci. Wydawało mi się
oczywiste, że kobiety mają jakiś dodatkowy zmysł, dzięki któremu malowanie
paznokci to coś naturalnego i wychodzi idealnie. Tylko ja byłam kompletnym
wyrzutkiem, który musiał trzymać przy sobie patyczki higieniczne i zmywacz do
paznokci, żeby zmywać lakier, który lądował na palcach, a nie paznokciach.
Jakbym nie mogła być dobra chociaż w czymś.
Kiedy słońce zaczęło zachodzić (nie miałam pojęcia, jak ten
czas zleciał, czyżbym aż tyle malowała paznokcie?) przebrałam się w wygodne
legginsy do biegania, na tshirt narzuciłam bluzę, do telefonu podłączyłam
słuchawki i byłam gotowa do wyjścia. Upewniłam się, czy dobrze zamknęłam drzwi
i ruszyłam schodami na parter.
Ruch w Wiosce był spory, większość zawodników wracała pewnie
po swoich konkurencjach do domów. Kilkoro olimpijczyków, podobnie jak ja, zamierzali wieczór spędzić bardziej aktywnie.
Minęłam coś na kształt bramy wjazdowej. Zatrzymałam się na
chwilę, próbując przypomnieć sobie obraz mapy, którą oglądałam popołudniu, żeby
się przypadkiem nie zgubić. Po kilkudziesięciu sekundach zdołałam stwierdzić
tyle, że powinnam skręcić w prawo. Wzruszyłam ramionami niemal niezauważalnie i
pobiegłam przed siebie. W końcu przecież do Wioski Olimpijskiej nie można było
nie trafić.
Bieganie dawało mi wiele radości. Krótkie dystanse, w
których zazwyczaj startowałam były dla mnie czymś absolutnie cudownym. Wymagały
wytrwałości, podobnie jak większe odległości, ale do tego dawały niesamowity
zastrzyk adrenaliny. Przecież miałam dwieście, nie dwa tysiące, metrów na to,
żeby kogoś wyprzedzić.
Oczywiście, nie miałam nic przeciwko dłuższym biegom, ale
były one dla mnie... nieco zbyt stateczne. Wymagały ogromnej koncentracji przez
długi czas, a ja z koncentracją miałam ogromne problemy. Powinnam pójść do
jakiegoś lekarza zaraz po powrocie, może przepisze mi coś porządnego i w końcu
mi się poprawi.
Trucht był dla mnie formą relaksu, ale i przygotowywania
mięśni na wysiłek. Oczywiście, regularne wprawianie ich w ruch dawało bardzo
pozytywne skutki i nie męczyłam się za bardzo, mogłam biegać naprawdę długo.
Niezależnie od tego, ile to trwało, bardzo mnie rozluźniało. Mogłam przez
godzinkę nie przejmować się niczym poważnym, tylko tym, żeby postawić jedną
nogę przed drugą. Mogłam wsłuchać się w teksty piosenek na playliście i uciec
od problemów. Oddychałam miarowo, kroki stawiałam do rytmu piosenki i nawet nie
zorientowałam się, kiedy minęło trzydzieści minut, czterdzieści, aż w końcu i
godzina. Uznałam, że tyle tego dnia mi wystarczyło i ruszyłam w drogę powrotną.
Faktycznie, nie było czym się martwić. Powrót do mojego tymczasowego miejsca
zamieszkania był niesamowicie łatwy, nie miałam z tym żadnych problemów.
Problemy, jeśli o nie chodzi, pojawiły się dokładnie w tym
momencie, w którym się ich zupełnie nie spodziewałam.
Serce zaczęło mi bić prawdopodobnie szybciej niż Boltowi po
pobiciu rekordu świata i zostaniu najszybszym człowiekiem na Ziemi. Oto niemal
wpadłam na Brązowooką Włoską Udrękę Mojego Życia.
Nie wiedziałam, jak to było możliwe, że spotykaliśmy się tak
często. Wydawało mi się to wręcz nienaturalne, ale siatkarz zdawał się być
jeszcze bardziej zaskoczony niż ja. Stał przede mną, jakieś trzydzieści
centymetrów wyższy i znowu patrzył prosto na mnie sprawiając, że wszystkie moje
wnętrzności przewracały się na drugą stronę. Jego brązowe oczy zdawały się być
jeszcze bardziej brązowe, o ile w ogóle było to możliwe. Czy kolor oczu mógł
stawać się nagle bardziej intensywny?
Tak, jak było to podczas owego feralnego śniadania, wydawało
mi się, że świat zwolnił, albo nawet całkowicie się zatrzymał. Nie słyszałam
żadnego dźwięku, nie czułam wiatru, nie widziałam nic poza hipnotyzującymi
oczami mężczyzny przede mną. Nie miałam pojęcia, jak się przed tym bronić, nie
wiedziałam, czy obrona była w ogóle możliwa.
Cisza zaczęła się robić coraz bardziej dziwna. Z każdą
mijającą sekundą czułam się bardziej skrępowana i bardziej zażenowana tym, że
nie potrafiłam najzwyczajniej w świecie odwrócić wzroku. Jak to w ogóle było
możliwe?
Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek czuł się tak niezręcznie i
bezsilnie, że nie mógł tego znieść, niech pomnoży swoje odczucia przez sto i
wyjdzie mu mniej-więcej to, jak ja się czułam. Tragedia. Istna tragedia.
Pewnie znowu minęło zaledwie kilka sekund, a mnie się
wydawało, jakbyśmy stali na tym chodniku dobę, kiedy w końcu zdobyłam się na
odwagę, by zrobić cokolwiek. Odchrząknęłam i zamknęłam i otworzyłam oczy kilka
razy, żeby je nawilżyć. Czyżbym przez cały ten czas gapiła się na niego bez
mrugania? Cudownie, wyszło więc jeszcze gorzej.
- Hej – powiedziałam zachrypniętym głosem, chociaż dopiero
po chwili uświadomiłam sobie, że głos ten faktycznie należał do mnie. Przeżywałam
w środku mały triumf, bo oto wydałam z siebie dźwięk. Dopiero później doszło do
mnie, że przecież był Włochem i po polsku nie rozumiał. Wmówiłam więc sobie, że
powiedziałam to po angielsku i mentalnie ściskałam kciuki, aby i on znał ten
język.
- Hej – odparł, po czym znowu zapadła cisza. Zostałam jednak
zaopatrzona w nowe materiały do przemyśleń. Jego głos. Jedno słowo – do tego
zaledwie trzyliterowe - ale jak brzmiało! Barwę miał absolutnie przyjemną dla
ucha, do tego jego ton był niski. Przyłapałam się nawet na myśli, że mogłabym
go słuchać codziennie.
Cóż jednak z tego, że miałam nad czym myśleć, kiedy znów
zapadła cisza? Czy to był ten moment, w którym miałam czuć iskrę? Nadal nie
czułam nic, tylko tę ciszę pełną skrępowania. Może to ona była odmianą chemii?
Czy w jego wzroku coś zdradzało, że chciał się „na mnie rzucić”? Moim zdaniem absolutnie nic. Jego spojrzenie było
całkowicie bez wyrazu, jedynie uniesiona brew sprawiała, że w moich myślach
tliła się jeszcze nadzieja, że ów człowiek odczuwa cokolwiek.
Już otwierałam usta, żeby powiedzieć cokolwiek, w tym samym
czasie widziałam, jak Włoch robi to samo, kiedy usłyszałam znajomy głos
wymawiający moje imię.
Odwróciłam się natychmiast, jednocześnie wdzięczna i
zdenerwowana, że musiałam przerwać kontakt wzrokowy z mężczyzną przede mną i
dostrzegłam Darka stojącego kilkadziesiąt metrów dalej i machającego do mnie.
Odmachałam mu i kiwnęłam głową dając znak w stylu „co jest?”
- Idziemy się trochę przejść, na miasto, chcesz iść z nami?
– krzyknął, jakby nie mógł podejść bliżej. Czy miałam ochotę gdziekolwiek iść?
Ani trochę. Przecież właśnie skończyłam bieg i, mimo że nie byłam bardzo
zmęczona, jedyne, na co miałam ochotę, to położyć się w łóżku. Tak też się
wytłumaczyłam, na co ten skinął głową i odszedł.
Odwróciłam się, żeby spojrzeć z powrotem na Włocha, ten
nadal mi się przyglądał, tym razem ze zmrużonymi oczami. Na pewno nie rozumiał,
o co chodziło. W odpowiedzi na jego wzrok wzruszyłam ramionami, po czym
ponownie wyszeptałam krótkie „hej” na pożegnanie i ruszyłam w kierunku swojego
mieszkania. Stwierdziłam, że tak będzie najlepiej, bo inaczej prawdopodobnie
stalibyśmy tam do rana.
Pierwszą i jedyną czynnością po powrocie do pokoju było
wejście pod kołdrę. Odpłynęłam do krainy marzeń sennych niemal natychmiast.
i wciąż nie wiadomo! ale to już postęp, że odezwali się do siebie.
OdpowiedzUsuńz tym szukaniem rzeczy po torbach i malowaniem paznokci to ją doskonale rozumiem.
OdpowiedzUsuń