wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 4.

                Mecze Włochów cieszyły się niesamowicie ogromną popularnością. Zorientowałam się jednak chyba zbyt późno i przybyłam pod halę zaledwie dziesięć minut przed meczem, mając nadzieję, że jeszcze zostaną jakieś miejsca. Tak bardzo się myliłam! Nie było ani jednego biletu w kasie, moje uśmiechy i tłumaczenia, że przecież jestem uczestniczką igrzysk także nie pomagały i musiałam pogodzić się z myślą, że, niestety, tego dnia nie dałam rady pomóc prawdopodobieństwu.
                Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc obeszłam halę na około i ruszyłam w stronę centrum miasta. Rzadko kiedy spacerowałam ponad godzinę, a tego dnia wydawało mi się, że trwa to nieskończoność. Żeby dotrzeć z powrotem do mieszkania, musiałam wybrać drogę obok hali, częściowo dlatego, że nie znałam innej, a częściowo dlatego, że żywiłam jakąś tam nadzieję, że jednak się spotkamy.
                Wsłuchiwałam się właśnie w słowa francuskiego wykonawcy, który śpiewał o poważnych problemach miłosnych. Nie, żebym mówiła biegle po francusku, po prostu coś tam rozumiałam, a w większości po prostu przeczytałam tekst w internecie. Zaczęłam nawet nucić pod nosem, kiedy przez głos Stormae usłyszałam piski i jakieś okrzyki. Przestraszyłam się, że coś się stało, więc szybko się rozejrzałam.
Po drugiej ulicy stała włoska reprezentacja siatkarzy - niemal w komplecie, całkiem oblegana przez przedstawicielki płci przeciwnej. Wszyscy uśmiechali się do kibicek, ale widać było, że byli zmęczeni. Telepatycznie przesłałam im wyrazy współczucia i zapewniłam, że dadzą radę i zaraz będą w domu. Mimo że nie byłam mentalistką, jeden czy dwóch odwróciło się w moją stronę, na co odpowiedziałam skinieniem głowy.
                Pośród siatkarzy nie było Mojej Udręki, co nawet sprawiło mi ulgę. Przynajmniej miałam nie zrobić z siebie kompletnej idiotki na środku ulicy.
                Po chwili ruszyłam dalej w stronę Wioski, zostawiając Włochów z niezwykle głośnymi dziewczynami. Wiedziałam, że ich powrót do pokoi nie będzie tak łatwy i przyjemny jak mój, ale musieli się z tym liczyć, skoro nie jechali autokarem. Trudno, stwierdziłam w myślach. Nie moja sprawa.


                Brązowooki Włoch znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, w którym go wczoraj spotkałam. Z tym tylko szczegółem, że tym razem siedział na ławce, nie stał obok niej. Poczułam się naprawdę dziwnie i naprawdę miałam nadzieję, że jednak od wczoraj się stamtąd ruszył. Przecież niedawno grali mecz, na pewno na nim był.
                Zwolniłam kroku. Co miałam robić? Zatrzymać się i przywitać? A co jeśli nie czekał na mnie, tylko na swoich kolegów, co było wielce prawdopodobne, a na pewno bardziej prawdopodobne niż to, że chodziło mu o mnie? Jeśli się zatrzymam, a on zupełnie zapomniał o tym, że się wczoraj spotkaliśmy, wyjdę na kompletną debilkę.
                Wzięłam więc głęboki wdech i z uniesioną głową ruszyłam przed siebie. Przecież minięcie ławki nie było trudnym zadaniem, po prostu wyobraź sobie, że jest pusta.
                - Hej – odezwała się Udręka, a ja natychmiast się zatrzymałam. Co robić, co robić? Powoli odwróciłam się na pięcie i wymusiłam uśmiech tak naturalny, jak było to możliwe.
                - Hej – odparłam starając się unikać jego wzroku jak ognia. Na tym skończyła się nasza rozmowa poprzedniego dnia. Czy dzisiaj miało nam pójść lepiej? Znowu byłam w tej kwestii bardzo niezdecydowana. Ponownie zapadła między nami cisza. Nie wiedziałam, czy ta cisza była przyzwoleniem na moje oddalenie się, czy nie, więc po prostu stałam dalej nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.
                Siatkarz przesunął się, robiąc mi miejsce na ławce obok siebie.
                - Masz wolne? – zapytał po angielsku, wyraźnie zaciągając z włoskiego. Nie potrafiłam zinterpretować intencji mężczyzny, ale stwierdziłam, że taka szansa może się już nie powtórzyć, a miałam okazję rozszyfrować w końcu, o co od samego początku mu chodziło.
                Skinęłam głową i usiadłam na drewnianej ławeczce pomalowanej kolorami flagi olimpijskiej, utrzymując w miarę bezpieczny odstęp od nieznajomego.
                - Luca Vettori – rzucił w moją stronę i wyciągnął rękę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że tak melodyjnie wypowiedziane przez niego głoski tworzyły imię i nazwisko. Kiedy ocknęłam się z krótkiej chwili odrętwienia, uścisnęłam jego dłoń.
                - Małgorzata Korczyńska,  – przedstawiłam się, po czym kontynuowałam po angielsku – ale wszyscy raczej mówią do mnie Gosia. – Musiałam dodać po pierwsze dlatego, że nie za bardzo lubiłam swoje pełne imię – brzmiało trochę zbyt poważnie. Po drugie dlatego, że pewnie dla Włocha wymówienie mojej godności graniczyłoby z cudem. Cóż, w sumie nieźle bym się uśmiała.
                Siatkarz odpowiedział mi skinieniem głowy, po czym znowu zapadła kompletna cisza. Chyba ani on, ani ja nie wiedzieliśmy za bardzo co powiedzieć, jak się w tej sytuacji zachować. Znowu zaczęło się robić niezręcznie, jednak wydawało mi się, że robimy jakieś postępy. Nie czułam się do końca zawstydzona, tak jak było to wcześniej. Na razie po prostu siedziałam i chyba cieszyłam się jego obecnością. O ile było to możliwe. Jak mogłam cieszyć się obecnością kogoś, kogo nie znałam? Chyba nie chciałam się nad tym zastanawiać, czułam po prostu to, co czułam i próbowałam się z tymi uczuciami uporać.
                Siedzieliśmy tak i siedzieliśmy, aż w końcu Vettori odwrócił się w moim kierunku i odchrząknął.
                - Co tutaj robisz? – Nie do końca rozumiałam, o co mu chodziło, uniosłam więc pytająco brew. Miałam nadzieję, że pytająco. – Mam na myśli, w jakiej konkurencji startujesz?
                - Lekkoatletyka – odparłam zwięźle. – Znaczy, biegam. Sprint – próbowałam się nieco rozwinąć, ale, jako że należałam do osób niezbyt wylewnych i prawie całkowicie aspołecznych, nie do końca mi to rozwinięcie wychodziło. Ucichłam więc i spojrzałam w stronę siatkarza. Teraz on mógłby coś powiedzieć, ale przecież spotkaliśmy się wcześniej i dobrze wiedziałam, czym się zajmował. Byłam więc w niezłych opresjach, bo podtrzymywanie rozmów nie należało do moich uzdolnień.
                Westchnęłam. Denerwowało mnie to, że nie umiałam najzwyczajniej w świecie pociągnąć gadki dalej. Pewnie mężczyzna odnosił wrażenie, że nie miałam ochoty z nim rozmawiać, ale było wręcz przeciwnie. Chyba na tyle się przejmowałam (choć naprawdę starałam się tego nie okazywać), że po prostu nie mogłam wymyślić czegoś, co nie sprawiałoby, że wyszłabym na kompletną idiotkę.
                - Znasz Włoski? – Ponownie zagadnął siatkarz, przerywając ciszę, która znowu mnie dręczyła.
                - Odrobinę, kilka wyrazów – odparłam. – Niezbyt komunikatywnie – wytłumaczyłam, kiedy zobaczyłam jego uniesione brwi. – W sumie, mówienie po Włosku musi być fajne, może kiedyś zapiszę się na jakiś kurs, czy coś w tym stylu – dodałam, ale zaraz gdy skończyłam zdanie, uświadomiłam sobie, jak głupio to zabrzmiało. Miałam ochotę pacnąć się w czoło, ale zdołałam się opanować i miałam nadzieję, że odbierze to stwierdzenie lepiej niż  ja.
                - Ah, jesteś z Polski – odkrył Vettori, wskazując na orzełka na mojej bluzie. – Polski jest trudny, tak słyszałem. Samo twoje nazwisko brzmi tragicznie.
                W odpowiedzi zaśmiałam się i pokiwałam głową.
                - Racja, tragiczne – powtórzyłam po nim.
                - Nie chciałem cię urazić ani nic takiego – zerwał się zaraz do usprawiedliwień. – Po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie wymawiającego całość.
                - Przecież rozumiem – odparłam z szerokim uśmiechem.
                - To dobrze. – Po raz pierwszy zobaczyłam, jak Luca Vettori się uśmiecha. Nie potrafię powiedzieć, jak wtedy wyglądał, tego nie dało się opisać.
                Całe moje ciało przeszedł prąd, takie miałam wrażenie. Poczułam go, przepływającego od czubków najmniejszych palców u stóp aż po koniuszki włosów i pozostawiającego po sobie bardzo przyjemne uczucie ciepła, które ogarnęło mnie całą. Miałam wrażenie, że absolutnie każdy włosek na moim ciele staje dęba. I naprawdę, naprawdę, starałam się zachować w miarę neutralny wyraz twarzy, ale byłam pewna, że wyglądam jak Kolumb, kiedy odkrył Amerykę. Moim największym osiągnięciem było utrzymanie zamkniętych ust. Postanowiłam nie dać po sobie nic znać, że poczułam cokolwiek i odpowiedziałam mu uśmiechem, którym na pewno mu nie dorównałam.
                - Kiedy biegasz? – zmienił temat siatkarz, przypatrując mi się tym razem bez uśmiechu. Podziękowałam mu za to w myślach.
                - Zaczynam jutro – odrzekłam i wbiłam wzrok w swoje splecione palce. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że już następnego dnia miałam zacząć spełniać swoje największe marzenia. Uśmiechnęłam się na tę myśl. Kątem oka zauważyłam, że mi się przyglądał, przez co znowu poczułam się dziwnie.
                - To twoje pierwsze igrzyska, prawda? – W odpowiedzi kiwnęłam głową. – Moje też – odparł.
                - Dobrze sobie radzicie – rzuciłam, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć.
                - To w sumie dopiero początek, więc nic nie jest pewne – stwierdził.
                Przyznałam mu rację, po czym znów zapadła cisza. Musiałam jednak przyznać, że szło nam coraz lepiej. Co prawda, wypowiedzi nasze nie były zbyt rozbudowane, ale jeszcze kilka godzin wcześniej nigdy bym nie pomyślała, że moglibyśmy kiedykolwiek zamienić ze sobą więcej niż to jedno „hej” poprzedniego dnia. I prawdę mówiąc, byłam tym faktem uradowana. I może nie była to nasza ostatnia rozmowa? Nadal przecież nie odgadłam jego wzroku: co tak naprawdę wyrażał?
                Prawie w ogóle nie czułam już skrępowania, znaczy, nadal bałam się, że powiem coś głupiego, że zrobię coś nie tak, że zbyt intensywnie zareaguję, że nie ukryję przed nim tego, co się ze mną działo, kiedy nasze spojrzenia się spotykały. Zaszła jedna zmiana – Vettori był człowiekiem. Może zabrzmi to absurdalnie, ale przynajmniej uświadomiłam sobie, że on także jest osobą z krwi i kości. Że nie jest odległą parą oczu na jadalni, której spojrzenie sprawia, że mam ochotę schować się pod stołem i stamtąd nie wychodzić. Był czymś ponadto. Rozmawiał ze mną, jakbyśmy się znali od dawna, tylko po prostu długo nie widzieli. Jego naturalność mi imponowała. Nie miał problemów z rozmową ze mną. Ach, ci towarzyscy Włosi, prawda?
                - Czas na mnie – oznajmiłam, gdy milczenie trwało już kilka minut. - Miło było cię poznać.

                - Wzajemnie, Gosia – odrzekł, zwracając się do mnie tak, jak o to prosiłam i posłał mi na pożegnanie jeszcze jeden uśmiech, który wystarczył, bym miała wieczorem problemy z zaśnięciem, chociaż miałam nadzieję, że były one spowodowane zdenerwowaniem przed biegiem.




___________________
Rozdział co prawda krótki, ale, ach, w końcu odkrywam karty, najciekawszy aspekt tegoż tworu zostaje rozwiązany - Brązowooka Udręka to nie kto inny jak Luca Vettori (kto by się spodziewał?). Igrzyska na dobre się rozpoczynają, mam nadzieję, że nie przynudzam.

2 komentarze:

  1. wiedziałam, wiedziałam, że to będzie on! :D on przyjdzie ją oglądać, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. STROMAE!!!!!!
    2. LUCA!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń