poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 7

               Lekarz wraz z fizjoterapeutą przyszli z samego rana i bardzo dobrze się mną zajęli. Z ulgą przyjęłam wiadomość, że moja dolegliwość nie była poważna i mogłam spokojnie zostać w Wiosce Olimpijskiej do końca imprezy.  Po powrocie do kraju miałam udać się na rehabilitację i później mogłam spokojnie przygotowywać się do nowego sezonu. Niesamowitą radość sprawił mi fakt, iż już mogłam zaczynać chodzić.
                Mężczyźni kilkadziesiąt minut przygotowywali specjalne tape’y, którymi następnie okleili pół mojej nogi. Dosłownie. Nie było to uciążliwe, wręcz przeciwnie – czułam się, jakby jakaś wielka ręka trzymała moje mięśnie w kupie.
               Po wyjściu specjalistów, koniecznie musiałam sprawdzić, jak to działało, więc wstałam i wyszłam na balkon. Chodzenie nadal sprawiało mi nieco bólu, ale już nie miałam wrażenia, że zaraz moja noga się rozpadnie.
               Nie miałam jak udać się na śniadanie, więc wyjadłam wszystkie batoniki musli, które jeszcze jakimś cudem się uchowały. Nie było ich wiele, ale wystarczyło, żebym nie głodowała. Miałam cichą nadzieję, że Anka sobie o mnie przypomni i przyniesie mi coś dobrego do zjedzenia, jednak wiedziałam, że następnego dnia miała swoje finały w skoku o tyczce, więc na pewno była bardzo zajęta. Szybko więc zdusiłam w sobie te marzenia i stwierdziłam, że przecież przeżyję do następnego dnia.
               Vettori powiedział poprzedniego dnia, że przyjdzie poinformować mnie o wyniku. Wybór stacji telewizyjnej nie był w tej sytuacji trudny – zamiast siatkówki wybrałam skoki do wody. Skoro chciał sam powiedzieć mi o tym, że (mam nadzieję) zdobył brąz, to nie chciałam odbierać mu tej radości.
               A skoki do wody? Ludzie, to była jedna z najlepszych konkurencji olimpijskich do oglądania w telewizji. Nie mówię tu o ewolucjach w powietrzu, które same w sobie robiły niesamowite wrażenie i sprawiały, że czułam się jak kompletne beztalencie. Jako że byłam kobietą, nic chyba dziwnego w tym, że zwracałam uwagę na to, kto skakał. Nie można było nie zauważyć umięśnionych ciał atletów, chociaż nie wiem jak by się starało. Nieważne.
               Dzień niesamowicie mi się dłużył. Pewnie dlatego, że wszyscy moi znajomi mieli swoje zawody, a   ja nie miałam już niczego do jedzenia, więc popijałam herbatę, po której non-stop biegałam do łazienki. Zawsze było to jakieś zajęcie i urozmaicenie, nie byłam bardzo wybredna.
               W końcu, gdy nawet łóżko stało się zbyt miękkie, chwyciłam koc, który przywiozłam ze sobą i rozłożyłam na balkonie, gdzie przesiedziałam całkiem długi czas. Zaczęłam nawet żałować, że nie wróciłam do domu, bo tam prawdopodobnie przynajmniej aż tak bym się nie nudziła.
               Już kilkadziesiąt minut później Włoch swoją obecnością przypomniał mi, że jednak dobrze postąpiłam, zostając tam, a cały dzień umierania z nudy został obficie wynagrodzony.
               Siatkarz zapukał do moich drzwi koło ósmej wieczorem. Uśmiech, jaki pojawił się na jego ustach zaraz po przekroczeniu progu (oprócz tego, że prawie przyprawił mnie o zawał) od razu powiedział mi wszystko. Nie musiał nic powiedzieć i nawet nie zdążył, bo natychmiast uśmiechnęłam się równie szeroko i klasnęłam w dłonie.
               - Congratulazione! – wykrzyknęłam uradowana i podbiegłam (a raczej podkuśtykałam) do niego, ignorując całkowicie nagły ból w nodze. Przez chwilę miałam ochotę go wyściskać, a wchodząc w szczegóły, właściwie miałam ochotę rzucić mu się na szyję pod pretekstem radości z włoskiego brązu. Nie wiem, czy mężczyzna wyczuł moje zamiary (chociaż w tym przypadku mowa była raczej o zamiarach dotyczących zamiarów – przecież nie byłam na tyle głupia, żeby się na niego rzucać), bo nagle, już któryś raz, wyczułam między nami dziwne napięcie, które przechodziło z niego na mnie, jakbyśmy obydwoje byli podłączeni do słupów wysokiego napięcia, a między nami tworzyło się pole magnetyczne (tak chyba działał prąd zmienny, czyż nie?), które jednocześnie paradoksalnie nas do siebie przyciągało i odpychało.
               - Congratulazioni – poprawił mnie z uśmiechem, wyraźnie akcentując ostatnią sylabę – e grazie!
               - Mówiłam, że wygracie, mówiłam! – powiedziałam, tym razem już po angielsku. – Nie mów, że nie wziąłeś medalu.
               Mężczyzna pokręcił głową, po czym wzruszył ramionami z miną zbitego psa. Starałam się udawać zgniewaną tak długo, jak tylko mogłam, ale szybko porzuciłam wszelkie starania i uśmiechnęłam się, po czym odwróciłam się i przeszłam na drugi koniec pokoju. Nie wiem czemu, robiłam to całkiem wbrew sobie i tej niekontrolowanej chęci bycia blisko niego.
               - Co z twoją nogą? – zapytał, unosząc brew.
               - Nie jest źle. Prawie chodzę, po powrocie do domu pójdę na rehabilitację i jeszcze im wszystkim pokażę – odpowiedziałam z nieco wymuszonym uśmiechem. – Zostaję do końca igrzysk – dodałam szybko, jakby to miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Odpowiedział tylko skinieniem głowy, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w moim przekonaniu.
               - To dobrze – powiedział w końcu i ruszył w moją stronę. Taką przynajmniej miałam nadzieję. Z każdym kolejnym stawianym powoli przez niego krokiem wydawało mi się, że serce podchodzi mi coraz wyżej do gardła. Jego bliskość, nawet w tak bardzo tylko koleżeńskiej odsłonie, działała na mnie okropnie. Nie mogłam się opanować. Myślałam, że po tym, jak już pierwszy raz rozmawialiśmy, przywyknę do tego, co się ze mną dzieje, ale przecież nigdy nie byłam pewna, czy następna rozmowa w ogóle będzie miała miejsce. Pewnie więc moje nazbyt intensywne reakcje były oznaką dzikiej radości, że Luca poświęcił mi kilka minut ze swojego życia.
               - Siedzisz tutaj cały dzień? – zapytał wielce zdziwiony, na co odpowiedziałam skinieniem głowy. – Tragedia! – Wykrzyknął z prawdziwym włoskim akcentem, od którego dreszcze przebiegły mi po plecach. – Muszę cię stąd wyprowadzić na jakiś spacer.
               - Jestem za, bo niedługo tutaj skisnę. Ostatnio siedzę na balkonie. Prawie się tam przeprowadziłam – uśmiechnęłam się.
               - Trzeba będzie to zmienić – odparł, również z uśmiechem i wydawało mi się przez moment, że wyczułam w tym jakąś propozycję. Czy mogłam mieć co do niej pewność? Absolutnie nie. Nie chodziło o to, że myślałam, że siatkarz miałby mnie okłamać. Po prostu, w tym przypadku chodziło o mnie i to ja miałam jakieś dziwne problemy z zaufaniem ludziom. Chyba bałam się odrzucenia i rozczarowania, jeśli nagle przyszedłby jutro i powiedział, że przecież nic mi nie obiecywał i to po prostu znaczyło, że powinnam częściej wychodzić z domu.
               Mniejsza o to. Mężczyzna otworzył drzwi balkonowe i ruchem ręki wskazał mi, abym weszła (a raczej wyszła) przed nim. Podziękowałam mu skinieniem głowy, po czym pokuśtykałam na balkon, na którym już po chwili staliśmy we dwójkę.
               - I co robisz tutaj całymi dniami? – zapytał z wyraźnym zainteresowaniem, jakbym spędziła tam co najmniej tydzień, a nie zaledwie dzisiejszy dzień. Mnie także dziwiłoby to, że ktoś potrafi przesiedzieć tyle godzin w jednym miejscu, z tym że tym kimś byłam ja i dla mnie nie było to tajemnicą.
               - Obserwuję. Na samym początku też nie widziałam tutaj niczego interesującego, ale tak naprawdę, to całkiem sporo się tu dzieje. Rankiem widzę masę ludzi, którzy najpierw zmierzają na śniadanie, a potem rozjeżdżają się na te wszystkie hale i stadion, żeby spełnić swoje sportowe marzenia. Przez południe zazwyczaj nic tu się nie dzieje. Później wszyscy ci sportowcy wracają do domów: niektórzy są bardzo weseli, inni idą bardzo przygnębieni. Gdy robi się ciemno – skinęłam głową w stronę nieba – tak jak teraz, siadam i czekam, aż przejdą chmury i oglądam gwiazdy. Nic niezwykłego – zakończyłam.
               Siatkarz, który oparł się o barierkę obok mnie, nie odezwał się, więc rzuciłam mu krótkie spojrzenie. Jego brązowe oczy, o zgrozo, były skupione na mnie, a wzrok, jakim patrzyły, sprawił, że po moich plecach przebiegł dreszcz. Byłam naprawdę kiepska w czytaniu mowy ciała, ale postawiłabym wszystko na to, że gdybym teraz spróbowała go pocałować, nie opierałby się. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, ale takie odniosłam wrażenie. Nie miałam też zielonego pojęcia, skąd w mojej głowie wzięła się myśl o całowaniu go. Wzięłam głęboki wdech, a potem wydech. Nie, nie mogłam tego zrobić. Nic dobrego i tak z tego by nie wyszło. Nie.
               Mimowolnie powtórnie odwróciłam się w jego stronę, a kiedy doszło do mnie, że Moja Udręka powróciła, poczułam nie tylko ogromną chęć pocałowania go, ale i wyrzucenia za drzwi. Pola magnetyczne, które jednocześnie się przyciągają i odpychają. Niemożliwe. Paradoksalne. Tragiczne.
               Mężczyzna odchrząknął i rozejrzał się na boki.
               - Spójrz – wskazał ręką w lewą stronę na ledwo widoczny budynek, który znajdował się jakieś sto metrów dalej. – Widać stąd mój pokój – uśmiechnął się, ale czułam, że było to tylko po to, żeby powiedzieć cokolwiek. Chyba i on poczuł to dziwne napięcie. W sumie mnie to cieszyło, bo może i on w końcu dojdzie do wniosku, że na niego już czas.
               Chyba czytaliśmy sobie w myślach.
               - Robi się późno – wymruczał, na co odpowiedziałam twierdząco. – Pójdę już.
               Odprowadziłam go do wyjścia, kulejąc przy tym nieco, grzecznie się pożegnałam, po czym zamknęłam za nim drzwi i odetchnęłam z ulgą. Pokręciłam głową.
               - Źle się dzieje.



___________________

Coś się zaczyna dziać?
Nie za bardzo wiem, co by tu jeszcze wyjaśniać, więc życzę miłego czytania i czekam na komentarze.
Widzimy się za tydzień. :)
D.

3 komentarze:

  1. Dlaczego źle się dzieje? Bardzo dobrze się dzieje! (chociaż potrzebuję tu kogoś, z kim mogłaby się pokłócić lub coś)

    OdpowiedzUsuń
  2. czekam tylko, aż z tego napięcia coś eksploduje i albo się na siebie rzucą albo bardzo pokłócą (wspaniale mi się zrymowało)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, nie, nie! To nie tak ma być! Nie to, żebym była jakąś napaloną hotką na Lucę i tylko czekam, aż to napięcie pomiędzy nimi zostanie rozładowane za pomocą niewinnego pocałunku, ale no nie! Do końca rozdziału trzymałaś mnie w takim napięciu, że rozbolały mnie mięśnie brzucha. To bardzo dobrze! I, jak już ci powiedziałam, jesteś Mistrzem Końcówek. A jako że jesteś tym Mistrzem, to ja wyobraziłam sobie, że po słowach "Źle się dzieje", Luca ponownie zapuka do drzwi i też powie, że źle się dzieje (specjalnie po włosku, żeby go nie zrozumiała). Ale widać, że muszę czekać kolejny tydzień, żeby znowu cichutko liczyć na więcej TAKICH jego spojrzeń :) I w sumie wcale mi to nie przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń