poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 8

                Ten dzień miał być dniem Ani.
                Popołudniu na stadionie, wśród innych konkurencji, miał się odbyć także finał skoku o tyczce, próbowałam więc zrobić wszystko, żeby pozytywnie ją nastawić. Właściwie, akurat ona była tak optymistyczną osobą, że nie potrzebowała w dziedzinie zagrzewania do walki pomocy od nikogo. Wpadłam do niej więc z rana i podrzuciłam swój telefon z muzyką, bo poprosiła mnie wcześniej o moją playlistę.
Dosłownie wpadłam, bo nadal miałam trochę problemów z mięśniem i przejście nawet takiego kawałka było dosyć męczące. Całe szczęście, ból powoli mijał, a maści, które zostały mi zapisane przez lekarza, naprawdę zaczynały działać. Tego dnia dałam radę nawet dojść na stołówkę i w końcu zjeść porządny posiłek. Po drodze wparowałam też do sklepu na małe zakupy, żeby na wszelki wypadek mieć co jeść w pokoju.
                Konkurs skoku o tyczce mogłam obejrzeć tylko w pokoju, ponieważ dostanie się na stadion graniczyłoby z cudem - był zdecydowanie za daleko, a nie chciałam już nikomu sprawiać problemów. Najlepszym rozwiązaniem było więc przeżywanie wszystkich tych emocji w samotności, na swoim łóżku. Oczywiście, to, że byłam sama absolutnie nie przeszkadzało mi w komentowaniu na głos z dodatkiem krzyczenia i śpiewania polskich przyśpiewek.
                Miałam dość dziwny charakter, naprawdę. Byłam niesamowicie zamknięta w sobie i nieśmiała – tego byłam pewna. Kiedy natomiast przychodziło co do czego i miałam kibicować komuś, kogo naprawdę lubiłam, albo drużynie, za którą przepadałam, albo generalnie mówiąc Polakom, budziło się we mnie jakieś alter ego. I to drugie ja było całkowitym przeciwieństwem tego pierwszego ja. Zaklinałam wszystkich na wszystko, rzucałam, krzyczałam, klaskałam, jakbym była na stadionie. Nieważne, że mnie tam nie było. Może po prostu za bardzo wszystko przeżywałam. Tak, zdecydowanie, byłam po prostu przewrażliwiona.
                W przerwie między seriami skoków zebrałam się z łóżka, żeby zrobić sobie kubek gorącej herbaty, od której najprawdopodobniej się już uzależniłam. Zalewałam właśnie wrzątkiem woreczek z liśćmi i czym tam jeszcze, kiedy czajnik nieco wyślizgnął mi się z rąk. Zdążyłam go chwycić, nim upadł na ziemię, więc nic mu się nie stało. I całe szczęście, bo gdybym popsuła coś, co przygotowano specjalnie dla mnie w Wiosce Olimpijskiej, do końca życia nie pozbyłabym się wyrzutów sumienia.
                Dziwny miałam charakter, już o tym wspominałam. Teraz coraz częściej sama zauważałam, jak dziwny.
                Uratowałam czajnik przed prawdopodobnym roztrzaskaniem się o podłogę (plastik jednak chyba nie jest na tyle wytrzymały, żeby nie ugiąć się pod dwoma litrami wody, gdyby spadł na ziemię), ale dopiero gdy odstawiłam go na swoje miejsce, zauważyłam, że oblałam się gorącą wodą. Właściwie, prędzej poczułam niż zauważyłam.
                Tak bardzo zajęło mnie chwytanie czajnika, że nie zauważyłam, kiedy jego wieczko się otworzyło i niemal cała jego zawartość wylała się, parząc nie tylko ręce, ale i dekolt.  Była jedna osoba na całym świecie, która mogła zrobić coś takiego. Ja. Tylko ja. Każdy normalny człowiek ratowałby siebie przed oparzeniem pierwszego stopnia, a w dupie miałby kawałek plastiku z grzałką. Ja nie byłam normalna, to już wiedziałam.
                Odstawiłam czajnik na swoje miejsce, po czym, nie zwlekając ani chwili dłużej, pognałam jak poparzona do łazienki, gdzie bez zastanowienia weszłam pod prysznic i odkręciłam zimną wodę. Nie przejmowałam się tym, że stałam tam w ubraniach. W tamtym momencie jedynym, czego pragnęłam było złagodzenie bólu.
                Wraz z upływem czasu pojawiła się ulga. Nie wiedziałam, czy właśnie tak trzeba było postępować w razie tego typu obrażeń, ale mój instynkt nie wdawał się w żadne dyskusje z rozumem i nawet nie zdążyłam mojej decyzji przemyśleć. Nie żałowałam tego, bo skoro pomogło, to pomogło i tyle w temacie.
                Kiedy już stwierdziłam, że nic mnie nie boli (no może, że nie boli za bardzo), wyszłam spod prysznica i zrzuciłam z siebie mokre ubrania, które niesamowicie mi ciążyły. Owinęłam się ręcznikiem i przeszłam do pokoju, gdzie stały moje walizki i wygrzebałam suche jeansy i sweterek. Mimo że było lato, po takim lodowatym prysznicu każdemu zrobiłoby się zimno, nie zastanawiałam się więc długo nad tym, czy sweter był wyborem właściwym. Zresztą, czy to było ważne? I tak cały dzień miałam spędzić w zaciszu tych czterech ścian, co to mnie obchodziło?
                Konkurs! Przypomniałam sobie i natychmiast wróciłam przed telewizor. Trwała akurat krótka przerwa przed kolejnymi skokami i transmisja przeniosła się na bieżnię do skoku w dal. Odetchnęłam z ulgą, bo nie ominęłam całej końcówki.
                Wróciłam do kibicowania, rzucając się na łóżku i komentując na głos wszystko, co działo się na stadionie wraz ze słowami komentatorów.
                - Słychać cię pod budynkiem. – Nie. Ten rozbawiony głos na pewno nie należał do Vettoriego. W żadnym wypadku, bo przecież go tam nie było. Przecież usłyszałabym, gdyby drzwi się otworzyły, a na pewno zauważyłabym dwumetrową włoską wieżę stojącą w moim pokoju!
                Powoli odwróciłam się w stronę, jak mi się wydawało, omamów słuchowych, a kiedy doszło do mnie, że siatkarz naprawdę tam stał, zaniemówiłam.
                - Jezu, czy ty nie umiesz pukać do drzwi, człowieku? – specjalnie użyłam języka polskiego, żeby Luca nie zrozumiał o co mi chodziło. W sumie, mógł się domyślić po tonie mojego głosu, ale niesamowitą radość sprawiał mi fakt, iż mogłam powiedzieć co tylko chciałam, a on nie miał zielonego pojęcia, o czym mówiłam.
                W odpowiedzi Włoch uniósł brwi.
                - Nieważne, cześć – tym razem odezwałam się po angielsku – w języku, którym posługiwaliśmy się obydwoje.
                - Hej – odpowiedział, ale niezbyt pewnie. Ucieszyłam się, że nie tylko on potrafi sprawić, że ja nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić, ale działa to w dwie strony. Co prawda, nie onieśmielałam go swoim wyglądem czy uśmiechem, ale chyba nadal się liczyło? – Co robisz? – skinął głową w stronę telewizora, a ja starałam się za wszelką cenę uniknąć jego spojrzenia, bo wiedziałam, że jeśli się ugnę, to przegram ze swoją słabością, a on nadal będzie bezkarnie wchodził do mojego pokoju bez pukania.
                - Skok o tyczce – wytłumaczyłam – moja znajoma startuje w finale, więc jej kibicuję.
                Robiłam wszystko, co tylko mogłam, żeby nie rzucić mu chociażby krótkiego spojrzenia. Po tych dziwnych rzeczach, które działy się poprzedniego dnia, w sumie nie wiedziałam, czego mogłam się spodziewać. Twardo więc gapiłam się w ekran telewizora. Doszłam jednak do wniosku, że jestem nieuprzejma w stosunku do gościa (gościa, który sam się wprosił, ale jednak gościa), więc przesunęłam się, robiąc mu miejsce na łóżku. Żadnych dziwnych sugestii, przynajmniej taką miałam nadzieję.
                Siatkarz po chwili wahania dosiadł się do mnie i słuchał, co miałam do powiedzenia na temat wszystkich tych zawodników i sędziów i tyczek. Czasem się zaśmiał, za co natychmiast zostawał ukarany ciosem poduszką, co tylko jeszcze bardziej go bawiło.
                Ania zajęła czwarte miejsce – zaraz za podium. Wiedziałam, że było to najbardziej nielubiane przez sportowców miejsce, bo było tak blisko nagrody, a jednocześnie niesamowicie od niej daleko. Od razu zauważyłam, że kobieta nie była zadowolona ze swojej pozycji, a kamerzyści zadbali o to, by dokładnie pokazać jej reakcję po skokach przeciwniczek. W pewnym momencie nawet prowadziła, ale w sporcie tak naprawdę do ostatniego gwizdka nic nie jest pewne. I tutaj to się sprawdziło. Było mi jej naprawdę żal, ale wiedziałam, że to w niczym nie pomoże. Postanowiłam też nie przychodzić do niej od razu po konkursie. Tak, jak ja pragnęłam być sama po moim finale, tak pewnie i ona chciała przeżyć wszystko w samotności.

                Dzień chylił się ku końcowi, a ja wraz z Lucą Vettorim drugi wieczór z rzędu stałam na balkonie i  rozmawiałam o głupotach. Później te głupoty zaczęły przechodzić w sprawy coraz poważniejsze. Próbowałam nie dać tego po sobie poznać, ale byłam w prawdziwym szoku. Jeszcze kilka, kilkanaście, dni temu bałam się spojrzeć w jego stronę (w sumie nadal tak było), ale teraz rozmawialiśmy ze sobą jak dobrzy znajomi i to o sprawach wagi niemalże państwowej. Było to dla mnie jednocześnie bardzo dziwne i bardzo przyjemne. Mężczyzna wydawał się bardzo skrytym w sobie, poważnym, niemalże aspołecznym człowiekiem, stąd nasze pierwsze rozmowy kończyły się po przywitaniu. W miarę upływu czasu jednak wyraźnie zauważałam, jak bardzo się zmienił i w końcu zaczął przypominać prawdziwego stereotypowego Włocha – wesołego i bardzo towarzyskiego człowieka.
                - Zimno mi, chodź do środka – oznajmiłam po pewnym czasie, kiedy już nie mogłam znieść gęsiej skórki, która pojawiła się chyba na całym moim ciele.
                Nie odwracając się, żeby sprawdzić, czy Włoch poszedł za mną, wróciłam do pomieszczenia, gdzie było ciepło i przytulnie. Rozejrzałam się w poszukiwaniu bluzy, a kiedy jej nie znalazłam, przypomniałam sobie, że przecież pewnie leżała pod prysznicem, gdzie brała tego dnia udział w akcji ratunkowej. Pokręciłam głową z dezaprobatą.
                - Mogę coś ci pokazać? – zapytał Vettori, który jednak wszedł za mną do pokoju.
                - Zależy od tego, jak to daleko i jak tam zimno – odpowiedziałam natychmiast. Stwierdziłam, że kiedy nie patrzyłam na niego i nie widziałam tych brązowych oczu, które zdawały się przewiercać mnie swoim spojrzeniem na wylot, mogłam wdawać się z nim w dyskusje i nawet wygrywać kłótnie. Zastanawiało mnie tylko, czy nie czuł się dziwnie z tym, że nie podnosiłam na niego wzroku.
                - Niedaleko – odparł niemal natychmiast i ruszył w stronę drzwi. – No chodź – nalegał, a ja, najgłupsza osoba na świecie, postanowiłam spojrzeć mu w twarz i odmówić, co zakończyło się oczywistą akceptacją propozycji.
                Wyszłam za Włochem z budynku mieszkalnego numer 12 i ruszyliśmy w stronę wyjścia z Wioski. Przypomniałam mu, że miało być niedaleko, na co odpowiedział westchnieniem i zapewnieniem, żebym mu zaufała. Było naprawdę ciężko, ale jego brązowe oczy działały na mnie na tyle hipnotycznie, że nie miałam nic do powiedzenia.
                Po kilkunastu minutach marszu, od którego ponownie zaczęłam odczuwać tępy ból w udzie, znaleźliśmy się w ciemnym parku, może lesie. W każdym razie, było tam całkiem sporo drzew. Szliśmy wydeptaną w trawie ścieżką, a cała sceneria wywoływała u mnie poczucie niepokoju.
                Przez myśl przeszło mi, że dałam się nabrać i właśnie podążałam do lasu za seryjnym mordercą, który nie będzie miał problemu w zabiciu i poćwiartowaniu mnie w całkowicie odludnym miejscu. Sama za nim poszłam, więc sama byłam winna swojej śmierci. Genialnie, właśnie swoją głupotą pobiłam wszystkich na świecie. Do tego jeszcze świetnie wyczuł moment – przecież nie dałabym rady uciec. Pokręciłam głową odpychając od siebie te myśli i idąc dalej w nadziei, że to tylko najczarniejszy scenariusz, który i tak nie okaże się prawdziwy.
                Minęła nieskończoność, a my dalej szliśmy. Cwaniak mnie okłamał – byłam zmęczona i było mi zimno. Nerwowo pocierałam ramiona w celu ogrzania się. Czemu tak mu zależało na tym, żeby mnie wyciągnąć aż tutaj?
                Powróciły myśli o zabójcy w skórze Vettoriego i naprawdę zaczęłam się obawiać.
                - Zimno ci – stwierdził wspaniałomyślnie siatkarz, a ja nie miałam ochoty mu odpowiadać. Byłam zła. Mężczyzna na chwilę przystanął – ja nie miałam zamiaru na niego czekać, bo i tak wiedziałam, że mnie dogoni. Tak też się stało i nagle poczułam na ramionach coś niesamowicie ciepłego. Kiedy spróbowałam w ciemnościach dojrzeć, czym to było, okazało się, że zostałam okryta niebieską włoską bluzą reprezentacyjną.
                - Dzięki – odburknęłam, nadal zła, że nie mogliśmy po prostu zostać w pokoju. Przecież jeśli się kogoś lubiło, sceneria nie miała znaczenia – o co więc mu chodziło?
                W końcu Luca przystanął w miejscu, gdzie las się przerzedził, a przed nami rozlegały się pola. W każdym razie, tyle widziałam po ciemku.
                - Co chciałeś mi pokazać? – zapytałam, nie odwracając się w jego kierunku, gdyż w tych ciemnościach to mogło być dla mnie zgubne.
                - Ciszę i spokój, z dala od komercji i telewizji i dziennikarzy. Miejsce, gdzie będzie można odetchnąć czystym powietrzem – powiedział i ponownie między nami zapadła cisza.
                Muszę przyznać, że doceniłam jego starania, naprawdę. Z drugiej jednak strony chciało mi się śmiać, i to jak! Przypomniałam sobie wszystkie te komedie romantyczne, w których taka scena jest odgrywana i niemal siłą powstrzymywałam się od parsknięcia śmiechem.
                - Dziękuję za fatygę – odparłam, kiedy miałam już pewność, że otwarcie ust nie zakończy się wybuchem śmiechu. – Gdyby to był film, pewnie dawno byśmy się całowali na tej brudnej trawie – dodałam, po czym się zaśmiałam, a Włoch odpowiedział tym samym. Dopiero później dotarło do mnie, jak głupio musiało to zabrzmieć. I jak bardzo chciałam go wtedy pocałować.
                Ponownie zapanowała między nami cisza. Musiałam przyznać, że za nią tęskniłam. Towarzyszyła nam ona od samego początku naszej znajomości i naprawdę lubiłam jej dźwięk. Chyba o wiele bardziej niż czas, kiedy rozmawialiśmy, bo wtedy zachowywaliśmy się jak dobrzy znajomi. Kiedy natomiast się nie odzywaliśmy, a wszelkie emocje wymienialiśmy spojrzeniami , wszystko przybierało wydźwięk o wiele bardziej intymny, o wiele przyjemniejszy. Żadna osoba postronna nie wiedziała wtedy, o co nam chodzi, a przecież słowa przez nas wymawiane tak łatwo było usłyszeć. Spojrzenia były tylko nasze. I chyba właśnie to tak w nich uwielbiałam.
                W drodze powrotnej dalej się do siebie nie odzywaliśmy, żadne z nas nie naciskało na rozmowę, co naprawdę mnie ucieszyło. Mogłam się po prostu cieszyć jego obecnością.

                Siatkarz odprowadził mnie pod same drzwi mojego pokoju, musiał być już środek nocy.
                Staliśmy chwilę w milczeniu i w tamtym momencie postanowiłam dać za wygraną. Podniosłam wzrok z moich butów na Lucę, który intensywnie mi się przyglądał. Na chwilę zmrużył oczy, po czym podrapał się po karku.
                - No to... dobranoc? – postanowiłam coś, cokolwiek, powiedzieć, żeby ta niezręczność minęła. Nie pomogło. Nadal nie wiedziałam, co mam robić. Czy ja na coś czekałam? Chyba podświadomie tak. Na co? Chyba na to, co stało się później.
                Nawet nie wiem jak, nie zauważyłam kiedy, mężczyzna pochylił się, a nasze twarze dzieliła odległość zaledwie kilka centymetrów. Nawet w tamtym momencie nie domyślałam się, co zamierzał – jakaż byłam głupia! Poprzedniego dnia szybko rozstaliśmy się, szybko opuścił mój pokój, bo czułam dziwną potrzebę, żeby go pocałować. Tego dnia siła przyciągania, z jaką na mnie działał, była jeszcze silniejsza. I tak nasze usta po raz pierwszy się zetknęły.
                Wydawało mi się, ze włosy stanęły mi dęba. Poczułam, jakby przez całe moje ciało przepłynął prąd i to pod bardzo wysokim napięciem. Całkowicie znieruchomiałam, zupełnie nie wiedząc, co mam zrobić. Czułam jego oddech, słyszałam jego oddech, co sprawiało, że jego bliskość była dla mnie jeszcze bardziej niesamowita. W końcu, odsunął się ode mnie, ale, na szczęście, tylko na kilka centymetrów. Powoli odzyskiwałam czucie w całym ciele, które do tej pory było jakby sparaliżowane. W mojej głowie pojawiła się myśl, że dla przechodniów wyglądalibyśmy po prostu komicznie. Ale w sumie mnie to nie obchodziło. Obchodziło mnie tylko to, że był tak blisko, a chciałam, żeby był jeszcze bliżej.

                Nagle, ni z tego, ni z owego, wyprostował się, odwrócił i odszedł, a ja zostałam sama na korytarzu – zaskoczona, zdezorientowana i chyba zła.


______________________________
cały ten rozdział jest jakiś dziwny, ale już trudno

3 komentarze:

  1. szczerze powiedziawszy to po tym oparzeniu i swetrze spodziewałam się jakiejś akcji typu "o cholera, gryzie mnie sweter w poparzone miejsce, chyba muszę go zdjąć" ale nie, to tylko ja jestem dziwna :x
    no ale w końcu, w końcu się pocałowali! tylko czemu on tak nagle odszedł, przestraszył się?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak długo czekałam na ten moment! Pamiętasz, jak mówiłam ci o tym spięciu w brzuchu, kiedy czytam twoje rozdziały? No to wyobraź sobie, jak teraz byłam spięta. Co więcej, wyobraź sobie, jak teraz się czuję, kiedy to spięcie odpuściło. Wreszcie, wreszcie, wreszcie! Luca nawet tajemniczo całuje, co jest świetne! I nawet nie jestem na niego zła, że po prostu sobie poszedł. Bo wiem, że wróci. Bo te spojrzenia są tak bardzo ich.
    Co do poparzenia - rada dla Gosi, najpierw należy oblać się ciepłą wodą, a potem stopniowo ją chłodzić, bo inaczej powstaną bąble! #potwierdzoneinfo

    OdpowiedzUsuń
  3. dlaczego on sobie poszedł, czy mogę nazywać go pajacem?

    OdpowiedzUsuń