poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 9

                Ania od razu wiedziała, że coś się stało. W sumie jej się nie dziwiłam, bo było to widoczne zaraz na pierwszy rzut oka. Siatkarz siedział kilka stolików dalej, ale to nie przeszkadzało mi w spoglądaniu co chwila w jego stronę. On zdawał się robić to samo, co niezwykle mnie zadziwiło. Chciał sprawdzić, jaka była moja reakcja na jego widok? Niedoczekanie! Nie miałam zamiaru pokazać, że zdenerwował mnie w choć niewielkim stopniu.
                A może właśnie powinnam zrobić na odwrót? Może powinnam dać mu do zrozumienia, że wymagałam co najmniej wyjaśnienia sytuacji z poprzedniego wieczoru? Nie chodziło mi nawet o przeprosiny, czy o to, żeby miał ze mną spędzać czas, czy cokolwiek takiego – nie potrzebowałam tego. Chciałam tylko wiedzieć, o co mu chodziło.
                Po chwili stwierdziłam, że jednak nie warto było zawracać sobie tym głowy, on nie był już moim problemem. Zajęłam się rozmową ze swoją chyba-już-przyjaciółką-choć-nie-byłam-tego-pewna o jej konkursie finałowym i o tym, dlaczego akurat tak się to ułożyło.
                Kobieta podeszła do tematu z dystansem, bardzo spokojnie. Miała cały poprzedni wieczór (i zapewne noc) by się nad tym zastanowić, bo przeżyć te wydarzenia w samotności i teraz zachowywała się z klasą. Nawet zażartowała, że wiatr zawiał w przeciwną stronę i dlatego nie udało jej się wskoczyć na podium. Byłam z niej naprawdę dumna, bo ja nie zdobyłam się na to, by z kimkolwiek porozmawiać o swoich finałach i chyba nie miałam zamiaru tego zmieniać.
                W końcu stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać do pokojów, chociaż tak naprawdę zaledwie garstka naszych reprezentantów utrzymała się w konkursach, a oni i tak dawno już wrócili do Wioski. Ilość osób na stołówce konsekwentnie malała, a i zauważyłam, że Włoch zniknął – był to idealny moment, żeby opuścić to miejsce. Nie wiedziałam, czemu tak bardzo nie chciałam, aby doszło do konfrontacji z nim – chyba po prostu było to dla mnie zbyt niezręczne.
                Zaoferowałam Ani pomoc w odniesieniu jej tacy, co przyjęła z uśmiechem i oznajmiła, że zaczeka na mnie przy wyjściu.
                Wypełniłam swoje zadanie – doszłam z dwoma kompletami nie tłukąc ich! – i odwróciłam się, by ruszyć w stronę czegoś na kształt drzwi namiotu, kiedy napotkałam przeszkodę. I to nie byle jaką, bo dwumetrową. Na początku nie wiedziałam, co się działo, bo przecież w tym miejscu nigdy nie było ściany. Po chwili jednak powoli podniosłam wzrok i doszło do mnie, że miałam rację – ściany tam nie było. Był za to siatkarz. W momencie, w którym sobie to uświadomiłam, poczułam jednocześnie przypływ niezwykłej radości, gniewu, niepokoju i jeszcze jakiejś mieszanki całkowicie sprzecznych emocji, których nie potrafiłam zdefiniować. Poczułam za to, jak wnętrzności wywracają mi się na lewą stronę, a serce wali jak szalone. Nienawidziłam tego, ale jednocześnie uwielbiałam.
                - Gosia... – zaczął mężczyzna patrząc na mnie takim łagodnym wzrokiem, który przepełniony był do tego czymś, co można by było określić jako czułość. I może mogłam dać mu powiedzieć, co miał do powiedzenie. Tak pewnie byłoby rozsądniej, ale ten obraz Vettoriego nie zgadzał się ani trochę z tym, który aktualnie znajdował się w mojej głowie – totalny dupek, który się nie wytłumaczył. W sumie, w tym momencie próbował coś wydukać, ale tylko pokręciłam głową.
                - Daj se siana – odburknęłam, nie fatygując się, żeby przetłumaczyć mu to na angielski i ruszyłam przed siebie, by chwilę później dołączyć do mojej przyjaciółki.
                Czemu to zrobiłam? Czemu nie dałam mu dojść do słowa? Nadal tego nie wiedziałam. Przecież mogliśmy sobie to wszystko na spokojnie wyjaśnić i, kto wie, może miałoby to bardzo korzystne dla nas obojga skutki. Ale nie, ja nie mogłam dać za wygraną, musiałam mu pokazać, jak bardzo byłam zła (chociaż, nie oszukujmy się, nie byłam ani trochę) i jak bardzo będzie się musiał postarać, żebym znowu zechciała z nim porozmawiać. W skrócie: zachowałam się jak głupia krowa, która nie potrafi sobie radzić z facetami, bo za dużo naoglądała się komedii romantycznych i myślała, że facet za nią pobiegnie, najlepiej z kwiatami i na białym koniu. Dokładny opis Gosi, tak.
                Po części było mi głupio, ze się tak zachowałam. Dziecinnie. Na pewno niedojrzale. W równoległym wszechświecie postąpiłam na pewno odpowiednio i zostało mi to wynagrodzone.
Z drugiej jednak strony nie obchodziło mnie to wszystko. Jeśli miał zamiar z jakichś niewyjaśnionych przyczyn tak właśnie się zachowywać – miałam go gdzieś. Wokół palca mógł sobie owijać inne naiwne zawodniczki – na pewno nie mnie. Nie.
                W sumie, nad czym ja tak dramatyzowałam? Pocałunek, jeden pocałunek był niczym. Nie ważne, jak bardzo był on elektryzujący i jak bardzo na mnie działał, to był nadal tylko jeden zwykły pocałunek. Żadna obietnica, żadne dane mi słowo, po prostu się stało – zdarza się i tak, nie miałam na to żadnego wpływu. Może po prostu był jakiś niewyżyty i musiał spróbować czegokolwiek, może brakowało mu wrażeń w życiu. Nieważne, to już nie był mój problem.
                Może głupio postępowałam, przekreślając go po jednym pocałunku. Głos w mojej głowie podpowiadał mi, że na pewno źle robiłam i będę tego żałowała. Przecież powinnam pozostać niewzruszona. Powinnam nie okazywać słabości i po prostu następnym razem się odsunąć. Albo nie pozwolić mu uciec.
Ugh, nie podobało mi się to, w jakim kierunku zaczęły podążać moje myśli. Chociaż tak naprawdę po prostu bałam się przyznać, że właściwie to bardzo mi się podobało.
                Całe szczęście, nie musiałam się nad tym dłużej zastanawiać, bo znalazłam się w bardzo uporządkowanym i jasnym pokoju Ani w Wiosce Olimpijskiej. Teraz to ona miała zacząć mnie przesłuchiwać, ale ja chciałam to jak najbardziej opóźnić. Podeszłam do tyczkarki i mocno ją przytuliłam, co w moim przypadku było niezwykłym osiągnięciem.
                - Jestem z ciebie dumna! Czwarte miejsce na igrzyskach olimpijskich to niesamowite osiągnięcie! – wypiszczałam z szerokim uśmiechem na ustach.
                - Dziękuję – odpowiedziała spokojnie, ale widziałam, że delikatnie się uśmiecha. – Ale ty mi tu no tematu nie zmieniaj. Mów, o co chodzi z tym przystojniakiem.
                I tak po raz kolejny (przynajmniej wydawało mi się, że po raz kolejny – tak naprawdę po raz pierwszy na głos) opowiedziałam historię mojej znajomości z Włochem. Miałam wrażenie, że opowiedziałam ją już całemu światu i to trzy razy, ale tak naprawdę po prostu tyle razy ją trawiłam w myślach. Tyle razy opowiadałam ją sobie w myślach, przygotowując ją jakby przed wygłoszeniem jej przed kimś ważnym, chociaż i tak wiedziałam, że zachowam ją prawie tylko i wyłącznie dla siebie, bo interesowała ona, oprócz mnie, tylko jedną osobę, którą była właśnie Ania.
                Swoją historię zakończyłam stwierdzeniem, że pewnie ten cały pocałunek był tylko przypadkowy i dlatego pewnie zwiał, ale to mnie już przecież nie obchodziło, bo bardzo dokładnie sobie to przemyślałam.
I wtedy zaczął się wykład wprost od czwartej najlepszej tyczkarki tych igrzysk olimpijskich.
                - Jaki przypadek? Oszalałaś – oj tak, była oburzona. – Nikt nie całuje nikogo przez przypadek, naoglądałaś się filmów?
                No tak, w sumie często wpadałam na różnego typu radosną twórczość w internecie, gdzie przypadkowe pocałunki były niczym w porównaniu z przypadkowym seksem. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak to musiało wyglądać, ale chyba nawet nie chciałam.
                - Przecież mówiłam ci już, że ja po prostu widzę, jak między wami przeskakują wręcz iskry, kiedy tylko na siebie spojrzycie. O matko, jak to musiało wyglądać, kiedy się całowaliście! Nie wysadziliście elektryki w budynku? – Czy ona się nabijała? Wydawało mi się, że mój problem jest dosyć poważny, ale pewnie gdybym była w skórze Ani, też chciałoby mi się śmiać. Musiałam wyglądać jak gimnazjalistka, która pierwszy raz pocałowała chłopaka i nie wiedziała co z tym zrobić. Zdecydowanie zaczęłam rozumieć, dlaczego dla niej to było takie zabawne. – Przestań się tak przejmować, bo on najwidoczniej się przejął i patrz, co z tego wyszło. A skoro się przejął, to znaczyłoby, że jednak coś to dla niego znaczyło, czyli nie powinnaś się zastanawiać, tylko biegać do jego pokoju i się z nim dobrze pogodzić.
                - O matko, nie wierzę, że to właśnie usłyszałam! – wykrzyknęłam ze śmiechem.



                Na ten wieczór miałam jeszcze jedno zaplanowane spotkanie – z trenerem.
                Niesamowicie martwiło mnie, i dziwiło jednocześnie, że osoba, z którą przez całe igrzyska spędziłam najmniej czasu był właśnie mój trener i o tym miałam zamiar z nim bardzo poważnie porozmawiać.
                Pamiętałam, jak pierwszego dnia powiedział mi, gdzie zawsze mogłam go znaleźć i tam też się udałam. Chwilę błądziłam między budynkami Wioski Olimpijskiej, ale w końcu udało mi się dotrzeć pod jego drzwi. Zapukałam, a kiedy usłyszałam jego odpowiedź, nacisnęłam klamkę i weszłam do środka.
                - Chciałam z tobą porozmawiać na temat tego, co miało miejsce na tych igrzyskach – powiedziałam od razu. Nie chciałam owijać w bawełnę, tylko po prostu powiedzieć mu, co mi siedziało na wątrobie.
                - Gosia, nie masz się o to obwiniać, jesteś młoda i niejedne igrzyska przed tobą! – wykrzyknął uradowany.
                - Kiedy ja się nie obwiniam – odparłam krótko. – Obwiniam ciebie – dodałam. Zapanowała kompletna cisza, a mężczyzna patrzył na mnie z wybałuszonymi oczami. W sumie, satysfakcjonował mnie ten widok i satysfakcjonowało mnie to, że w końcu zdobyłam się na to, żeby komuś powiedzieć o tym, co myślałam prosto w twarz.
                - Rozwiń, proszę – trener starał się być spokojny, widziałam to, ale widziałam też tę jedną małą żyłkę, która pulsując na jego skroni zdradzała jego emocje.
                - Uważam, że moja kontuzja i wykluczenie z finału, kiedy miałam naprawdę duże szanse na uplasowanie się w czołówce, może nawet na medal, jest skutkiem złego przeszkolenia, złego trybu treningów. Poza tym, wcale się mną nie interesujesz, nie wiesz, czy dobrze jem, nie wiesz, czy ćwiczę, a przecież mieliśmy współpracować. Do tego treningi na igrzyskach nie były treningami, a planowane przez ciebie rozgrzewki wcale nie rozgrzewały.
                - Zaraz, zaraz – trener uniósł dłoń. – Jesteś dorosła i dobrze się odżywiasz, chyba nie muszę tego pilnować, prawda? Poza tym, nie mam zarzutów do twojego trybu treningów i nie powinnaś swojej goryczy po porażce przelewać na mnie.
                - Zaraz, zaraz – teraz to ja mu przerwałam. – Po porażce jestem zła tylko na siebie, bo mogłam te ostatnie piętnaście metrów przebiec, ale niestety się przewróciłam, bo zerwałam mięsień. Mięsień zerwałam dlatego, że był niedoćwiczony, a to dlatego, że treningi były za słabe. Mnie naprawdę stać na więcej, a twoje pomysły mnie ograniczają.
                - Po prostu nie chciałem cię przeciążać przed igrzyskami, bo to zbyt ważna impreza, żeby ją stracić.
                - No to się zapędziłeś w drugą stronę. Jestem przyzwyczajona do tego, że po treningach jedyne, czego pragnę, to łóżko. Zawsze wylewałam z siebie hektolitry potu, a tymczasem z tobą prawie wcale się nie męczę. To za mało, zdecydowanie.
                - I co w związku z tym? – mężczyzna uniósł brew.
                - Nie tego oczekiwałam po naszej współpracy, zdecydowanie nie tego. Obawiam się, że nie jesteś w stanie spełnić moich oczekiwań.
                - Trenerze nie są po to, aby spełniać oczekiwania zawodników, tylko po to, żeby ich szkolić.
                - Dokładnie. Pracowaliśmy razem po to, żebyś mnie wyszkolił, a ty dawałeś mi zbyt dużo luzu. Jeśli zawsze mam już mieć takie lekkie treningi, to wolę ich nie mieć wcale, bo nic a nic nie dają – nie poprawisz przez to mojej kondycji czy wytrzymałości, a na pewno nie szybkości, więc to na nic.
                - Czego więc ode mnie teraz oczekujesz? – zapytał, chyba nieco zagubiony.
                - Powiedziałeś sam, że nie jesteś od spełniania moich oczekiwań. A ja oczekuję, że trener da mi porządny wycisk, który potem sprawi, że podczas zawodów będę coraz lepsza. Jeśli tego nie rozumiesz, to nasza współpraca w takim razie nie może trwać dalej. – Oznajmiłam. Byłam dumna z siebie i z tego, na jaką zdecydowaną musiałam wyglądać. Udało mi się, w końcu powiedziałam mu, jak bardzo nie podoba mi się jego trenowanie mnie. Przez cały ten czas myślałam, że po prostu będzie zwiększał intensywność, że będzie mnie bardziej pilnował i będzie lepszym trenerem. Tymczasem, jeśli myślał, że jest tak świetnym trenerem, że nawet nie musiał nic robić, aby mnie przygotowywać do zawodów – nasze drogi musiały się rozejść. Szkoda, że zdałam sobie z tego sprawę dopiero po tak fatalnie zakończonych zawodów podczas igrzysk, najważniejszej imprezy docelowej.
                - Czy to oznacza, że...
                - To oznacza, że ty nie masz zawodniczki, a ja nie mam trenera. Od tej chwili. Po powrocie do domu załatwimy sprawy papierkowe i tyle. Dziękuję za te kilka miesięcy, mam nadzieję, że twoja kariera dalej potoczy się świetnie. Żegnam.
                - Również dziękuję – odrzekł, a ja przybiłam sobie w myślach piątkę, kiedy usłyszałam jak był zszokowany.
                Opuściłam jego olimpijskie mieszkanie tak szybko, jak było to tylko możliwe, a w głowie kotliła mi się tylko jedna myśl.

                Potrzebuję nowego trenera.


3 komentarze:

  1. Pierwszą myślą po tym rozdziale było 'Vettori na trenera!'. Kolejną w sumie też. Ale nie bierz tego na poważnie, chociaż...

    OdpowiedzUsuń
  2. podsumowując moje odczucia
    pierwsza część: Gosia, ty głuptasie
    druga część: yea, brawo Gosia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Po pierwsze, czekam aż Luca zacznie chodzić za Gosią, żeby porozmawiać, a ona go będzie odtrącać. Po drugie, smutno mi się zrobiło, że trener już nie ma zawodniczki, bo to dla niego pewnie ogromny cios. Po trzecie, ciągle słyszę szept Vettoriego, mówiącego "Gosia".

    OdpowiedzUsuń