Chyba jeszcze nigdy się tak nie
denerwowałam. Nie licząc startów podczas letnich igrzysk, to były najprawdopodobniej najbardziej stresujące chwile w moim życiu.
Siedziałam w samolocie, który za
niecałe pięć minut miał wystartować do Włoch i naprawdę bardzo powstrzymywałam
się przed obgryzaniem paznokci. Zacisnęłam ręce na podłokietnikach, chcąc w ten
sposób ukryć ich drżenie, chociaż tak naprawdę nikt mi się nie przyglądał.
Z władzami klubu już dawno
wszystko ustaliłam, podpisałam wszelkie papiery, których zdawały się napływać
tysiące, przeszłam wszelkie żądane ode mnie badania lekarskie i nie pozostawało
mi już nic innego, jak po prostu stawić się na miejscu i zacząć trenować. Ale w
sumie nie tym się denerwowałam. Klubowy zarząd był naprawdę w porządku i widać
było, że zależało im na podpisaniu ze mną tej umowy, dogadaliśmy się więc
bardzo szybko, a rozmowy były bardzo przyjemne. Właściwie nie mogłam się
doczekać aż wrócę do treningów.
Denerwowałam się tym, że miałam
tyle czasu spędzić w mieście z tym jednym Włochem, którego tyle nie
widziałam.
Długo zastanawiałam się nad tym,
czy zadzwonić do Vettoriego i oznajmić mu, że przyjeżdżałam tam na cały sezon.
W końcu stwierdziłam jednak, że pewnie i tak już dawno zapomniał o naszej
znajomości i nie znalazłam żadnego konkretnego powodu, dla którego miałabym mu
o tym powiedzieć, chociaż tak długo i nieprzerwanie o tym myślałam.
Całą podróż, chociaż brzmi to
tragicznie absurdalnie, spędziłam na błądzeniu gdzieś w świecie marzeń, w
którym Luca jednak o mnie pamiętał, jakimś cudem dowiadywał się o moim
przyjeździe i czekał na mnie na lotnisku, najlepiej z bukietem kwiatów w ręku i szerokim uśmiechem na ustach. Wiedziałam, że byłoby to piękne, może
nawet zbyt piękne, i nie miało racji bytu. Znałam go na tyle, żeby wiedzieć, iż bukiet kwiatów był o wiele bardziej prawdopodobny niż uśmiech, co nagle wydało się bardzo zabawne.
Zastanawiałam się, co mógł w
danej chwili robić. Może akurat spacerował gdzieś po mieście, może akurat
złożyłoby się tak, że wpadłabym na niego w jednej z uliczek? Nie. Takie rzeczy
się nie zdarzały. Jeśli chciałam się z nim spotkać, musiałam go o to po prostu
zapytać.
Po raz kolejny zerknęłam na
adres zapisany w telefonie. Jego adres. Co chwila otwierałam notatkę utworzoną
ostatniej nocy igrzysk, ale po kilkunastu sekundach ją zamykałam, stwierdzając,
że robiłam z siebie idiotkę. Przed samą sobą. Ale potem to uczucie mijało,
znowu chwytałam telefon i tak wszystko zaczynało się od nowa.
Nagle naszła mnie straszna myśl.
Jeśli nie mnie nie pamiętał, to trudno – przecież zawsze mogłam mu przypomnieć
o tym, jak zwykliśmy przesiadywać wieczorami na moim balkonie. Zabrałam nawet
jego niebieską bluzę, by przy najbliższej okazji postarać się mu ją oddać, to
by na pewno pomogło mu przywołać wyblakłe wspomnienia. Ale co jeśli już sobie kogoś znalazł? Co jeśli
zadzwonię, by się z nim spotkać, a on wytłumaczy mi, że nie może, bo jest
umówiony z narzeczoną? Było to tak prawdopodobne, że tylko sprawiło, że
poczułam się jeszcze gorzej. Trzeba było znaleźć jakiś zaciszny stadion
lekkoatletyczny w okolicach Krakowa i cieszyć się ojczyzną, a nie wyjeżdżać,
przemierzać tyle kilometrów, by znaleźć się nad innym morzem, w innym klimacie,
całkiem sama... Byłam mistrzynią podejmowania złych decyzji, ale w tej
sytuacji, nieważne, jak bardzo chciałam zawrócić samolot, już nic nie mogłam
zrobić. Zwłaszcza, że beznamiętny głos właśnie informował pasażerów o
zbliżającym się lądowaniu.
Modena okazała się uroczym
miastem. Od razu zakochałam się w krętych, wąskich uliczkach, które wiły się
jak węże pomiędzy starymi kamieniczkami z kolorowymi okiennicami. Zawsze
chciałam przylecieć do Włoch, by móc podziwiać właśnie tego typu widoki, ale
nigdy nie pomyślałabym, że będę tam pracować i spełniać swoje sportowe
marzenia.
Po opuszczeniu terminala ze
smutkiem przyjęłam do wiadomości fakt, iż nikt na mnie nie czekał. Zostałam
sama. Bez Anki, bez Darka, a Łukasz był teraz pewnie kilkaset kilometrów na
północ na hali sportowej i ćwiczył rozegranie. Zostałam sama i doszło do tego,
że nawet nie wiedziałam, dokąd się udać.
Zajęłam jedną z ławek w
niewielkim parku, który był zadziwiająco cichy i pusty. Położyłam walizkę i
wszystkie torby obok siebie i siedząc w samotności, powoli wdychałam i
wydychałam śródziemnomorskie powietrze, zastanawiając się, co robić dalej.
Powinnam poszukać jakiegoś hotelu, a potem i mieszkania, bo na razie nie miałam
gdzie się zatrzymać. Oczywiście, będąc jeszcze w Krakowie, w moim obecnie
pustym mieszkaniu, sprawdziłam wszystkie najtańsze i najlepiej wyglądające
hotele, hostele, pensjonaty. Wiedziałam, gdzie się znajdowały, bo
dokładnie przestudiowałam wszelkie mapy miasta. Nie zgubiłam się. Wiedziałam,
że powinnam skręcić w najbliższą uliczkę, wspiąć się nią na szczyt wzgórza,
dalej skręcić w lewo i stamtąd powinnam dostrzec już jeden z moich faworytów
pośród przeszukiwanych ofert.
Nie chciałam jednak na razie się
tam udawać. Wolałam jeszcze chwilę posiedzieć i zaaklimatyzować się, przyzwyczaić
się do innego powietrza. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam, chociaż to na
nic się nie zdawało. Wiedziałam dokładnie, jakie myśli staram się w sobie
zagłuszyć, zdusić w zalążku, póki jeszcze nie wyrosły i nie zaczęły krzyczeć,
bo wtedy już nie byłabym w stanie ich opanować.
Nie wiedziałam, ile czasu
zleciało mi na tej jednej ławce, ale nie chciałam tego sprawdzać. W końcu
zebrałam się w sobie, chwyciłam bagaże i ruszyłam w, o dziwo, dobrze już znanym
kierunku, chociaż był to kierunek przeciwny do wybranego przeze mnie hotelu.
Chodzenie po brukowanej nawierzchni nie było tak niewygodne, jak myślałam, że
będzie, co nie zmieniało faktu, iż prawdopodobnie zniszczyłam kółka swojej
walizki, nieprzerwanie targając ją po nierównościach. Uważnie rozglądałam się
na boki, napawając się każdym widokiem, niemal chłonąc panoramy i ciesząc się
piękną pogodą.
W końcu zatrzymałam się przed
drewnianymi drzwiami. Oto właśnie zaczynała się moja włoska przygoda. Zebrałam
się w sobie i starając się zatrzymać drżenie dłoni i drżenie serca, wyciągnęłam
rękę, aby zapukać. Rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie tabliczce przyczepionej do
ściany budynku i porównałam widniejący
na niej numer z nieustannie otwieraną i zamykaną notatką w telefonie. Nie
dotarłam pod hotel. Nogi zaprowadziły mnie w zupełnie inne miejsce, a ja
dziękowałam im, że podjęły tę decyzję za mnie.
Usłyszałam czyjeś kroki i
poczułam niesamowitą chęć ucieczki. Już chwytałam torby, by szybko ruszyć z
powrotem skąd przyszłam, ale nie zdążyłam. Klamka zapadła, o ironio. Drzwi
stanęły otworem, a w progu pojawiła się dwumetrowa postać siatkarza. Dopiero w
tym momencie zdałam sobie sprawę, jak bardzo za tym widokiem tęskniłam.
Upuściłam bagaże na ziemię, ale nie słyszałam, jak uderzały o bruk. Zakręciło
mi się w głowie, a ja nie mogłam oderwać wzroku od pełnych zdziwienia brązowych
oczu, które uważnie mnie obserwowały.
- Luca? – wyszeptałam, bo tylko
na tyle było mnie stać. Dlaczego byłam tak głupia i nie zadzwoniłam podczas
tych tygodni, kiedy się nie widzieliśmy? Dlaczego właściwie chciałam to
zakończyć bez konsultowania sprawy z
nim? Dlaczego, do cholery jasnej, do niego nie zadzwoniłam? To były obecnie
jedyne myśli, na jakie mógł zdobyć się mój mózg. Oprócz komentowania tego, jak
świetnie Luca wyglądał. Mężczyzna odsunął się, robiąc mi miejsce w przejściu.
Nadal nic nie mówił, co wydawało mi się bardzo niepokojące, bo może jednak
powinnam zawrócić?
Postawiłam torby gdzieś obok
drzwi, nie przywiązując do nich zbytniej uwagi. Mężczyzna zamknął drzwi
najciszej, jak tylko się dało, jakby nie chciał kogoś obudzić, po czym znowu
zwrócił się w moją stronę. Milczał. Milczeliśmy wspólnie i w tym momencie byłam
pewna, że mogłam tak milczeć z nim do końca świata. Jakiekolwiek myśli o tym,
że mógł mnie nie pamiętać natychmiast przestały istnieć. Nie miały racji bytu,
widziałam w jego oczach każdy z naszych wspólnych wieczorów.
Już otwierałam usta, żeby w
końcu coś powiedzieć, zacząć się tłumaczyć, przeprosić i wyjść, ale siatkarzy
był szybszy. Nagle przez jego twarz przemknął coś jakby wyraz niesamowitej
ulgi, a potem niemal natychmiast znalazł się tuż przy mnie, pochylił się i,
ująwszy moją twarz w dłonie, pocałował.
A potem wszystko zaczęło się
dziać bardzo szybko.
Chwyciłam jego koszulkę, która
dosłownie kilka sekund później leżała już na ziemi, chociaż nie do końca
wiedziałam dlaczego. Wszystko zaczęło rządzić się swoimi prawami, ale zaczynało
mi się to podobać, więc nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się buntować.
Chwilę później i ja zostałam pozbawiona t-shirtu, a my znaleźliśmy się w
zupełnie innym pomieszczeniu. Jak to się właściwie stało? W sumie, mógłby
oprowadzić mnie po mieszkaniu, ale to turnee odbywające się właśnie w tamtym
momencie chyba podobało mi się bardziej.
Nadepnęłam sobie na pięty
adidasów, żeby łatwiej zeszły z moich stóp, bez konieczności schylania się i
rozsznurowywania, która by wszystko
zniszczyła, takie odniosłam wrażenie. Moja misja zakończyła się sukcesem i
w końcu stałam boso, tak jak siatkarz.
Przez myśl przeszło mi wiele
najróżniejszych obaw i potencjalnych problemów związanych z tym, do czego
prawdopodobnie nasze zachowania zmierzały. Każdy kolejny pocałunek jednak je
wymazywał i w końcu przestałam się bać. Byłam z nim. Po takim czasie, chociaż
brzmiało to dla mnie całkowicie nie do wiary, byłam z nim. Jakby o mnie nigdy nie
zapomniał.
Jego dłonie zsunęły się z moich
policzków na ramiona, a później i niżej, błądząc po moim ciele. Na początku wszystkie
moje mięśnie spięły się pod jego dotykiem, ale po chwili wszystko wróciło do
normy, a opuszki jego palców zostawiały za sobą ślad w postaci gęsiej skórki i
promieniującego na resztę mojego ciała gorąca. W końcu i ja się odważyłam, a
kiedy moje dłonie przesunęły się po jego torsie i mięśniach brzucha, przeszedł
mnie przyjemny dreszcz.
Po chwili chyba znaleźliśmy się
w sypialni, bo kątem oka zauważyłam niepościelone łóżko, na widok którego
uśmiechnęłam się szeroko. Wszystko we mnie krzyczało i zaczęłam odczuwać
strach, tak na poważnie. To działo się zbyt szybko. Zbyt szybko. Zdecydowanie
zbyt szybko, bo mój umysł nie nadążał z rejestrowaniem kolejnych szczegółów, a
wszystko musiało być idealnie.
Kiedy poczułam pod sobą miękki
materac, który przesiąknięty był jego zapachem, wzięłam głęboki wdech i
przyciągnęłam mężczyznę do siebie. W tym momencie wszystko zwolniło,
przestaliśmy być tak łapczywi w swoich zachowaniach, a zaczęliśmy być
delikatni, wręcz czuli, co sprawiało, że czułam się jeszcze lepiej i chciałam
być jeszcze bliżej niego.
Jego rozgrzana skóra dotykała
mojej w tak wielu miejscach. Jego usta całowały mnie tam, gdzie wcześniej nikt
mnie nie pocałował. Jego oddech idealnie zgrywał się z moim. Pasowaliśmy do
siebie. Zdążyłam stwierdzić, że nasze ciała splatały się ze sobą idealnie,
tworząc coś, co mogło być starożytną rzeźbą stworzoną przez samego Michała Anioła
– dynamiczne, harmonijne, pełne pięknej nagości i artyzmu. Wyciągnął rękę w
moją stronę, by i nasze palce mogły się spleść, dopełniając dzieła.
Nigdy, przenigdy, nie
pomyślałabym, że tak zacznę swój pobyt we Włoszech. Jeśli wcześniej byłam zawiedziona
brakiem przywitania na lotnisku – teraz wszystko było w porządku. Ba! Więcej
niż w porządku. Czułam się wniebowzięta, kiedy, leżąc tuż obok siatkarza, w
jego łóżku, wodziłam opuszkami palców po wypukłościach mięśni jego brzucha.
Druga ręka trwała spleciona z palcami mężczyzny, który gładził moje ramię i co
jakiś czas przyciskał usta do mojego czoła.
Ta idealna chwila pełna pięknego
milczenia mogła trwać wieczność. Chciałam, żeby trwała wieczność, pragnęłam
tego, modliłam się o to, chociaż wiedziałam, że to nie było możliwe. W końcu
będziemy musieli się podnieść, w końcu będziemy musieli wrócić do codziennych
zajęć, co w obecnej chwili bardzo mi się nie podobało. Dziwne, bo jeszcze kilka
godzin wcześniej byłam tak zmotywowana i chętna do rozpoczęcia treningów, a w
tamtym momencie chciałam już nigdy nie ruszać się z tego jednego miejsca.
- Dlaczego nie zadzwoniłaś? –
zapytał, przerywając ciszę. Przesunęłam się, odrywając wzrok od jego nagiej
skóry i przenosząc go na twarz. Boże, czemu był taki idealny?
- Stwierdziłam, że wrócisz do
swojego życia, do swojej dziewczyny i zostawisz mnie jako część przygody z
igrzysk. Oj, nie wiem, chciałam dać ci spokój – przyznałam i zamknęłam oczy, czując się tak
głupio, że nie chciałam nawet patrzeć na te jego pełne ciepła, idealne brązowe
oczy.
Milczał. Chyba rozumiał, więc
nie było potrzeby wypowiadanie bezsensownych słów. Milczenie było o wiele
piękniejsze niż słowa, bo gdy milczeliśmy, mogliśmy usłyszeć więcej i
zdecydowanie więcej zobaczyć. Kiedy wypowiada się słowa, przestaje się czytać z
tego, co mówią oczy.
Mężczyzna uniósł nasze splecione
dłonie i złożył pocałunek na grzbiecie mojej, przez co otworzyłam oczy. Posłał
mi nieśmiały uśmiech, który sprawiał, że musiałam się zastanowić, jak się nazywałam.
- Na ile zostajesz? – spytał w
końcu, przyglądając mi się ze zmrużonymi oczami. Całkowicie zapomniałam o tym,
że jeszcze nie wiedział i uśmiechnęłam się, chociaż nie wiedziałam, czy
powinnam.
- Na razie do końca sezonu.
Załatwiłam sobie tutaj klub – powiedziałam szybko i cicho, mając nadzieję, że
nie zrozumie. Bałam się jego reakcji, tym bardziej, że nagle zapadła między
nami dziwna cisza. Po chwili jednak przyciągnął mnie do siebie z szerokim
uśmiechem na ustach.
- Meraviglioso! – wymruczał
pomiędzy pocałunkami.
__________________________
Przedstawiam wam mój ulubiony rozdział. Kiedy to pisałam dawno dawno temu, wydawało się dobre, teraz mam małe duże zastrzeżenia, ale mój ulubiony rozdział pozostaje moim ulubionym rozdziałem. Reakcje Gosi na widok Luci nadal przerażająco realne, opierane na faktach. Samego Lucę i jego zachowania też staram się opierać na faktach, ale skąd mam wiedzieć, jak się zachowuje w takich sytuacjach?
Jak już mówiłam, z tego, co sprawdziłam (a dokonałam tzw researchu) - w Modenie nie ma stadionu lekkoatletycznego (a przynajmniej nie ma go na mapach google) ani żadnego lekkoatletycznego klubu, ale że go tam potrzebowałam, to powstał w mojej głowie.
Jak już mówiłam, z tego, co sprawdziłam (a dokonałam tzw researchu) - w Modenie nie ma stadionu lekkoatletycznego (a przynajmniej nie ma go na mapach google) ani żadnego lekkoatletycznego klubu, ale że go tam potrzebowałam, to powstał w mojej głowie.
Do następnego w takim razie
D.
no Luca, niezłe powitanie. nie wiem, czemu masz zastrzeżenia, bo według mnie to jest baaardzo dobrze napisana scena.
OdpowiedzUsuńAWWW AWWWW AWWWWWW
OdpowiedzUsuń(tak, tylko tyle jestem w stanie wykrztusić)