niedziela, 19 października 2014

Rozdział 15

                 Nie spałam snem głębokim, bo dokładnie poczułam, gdy coś musnęło skórę mojej twarzy. Zareagowałam natychmiastowo i właściwie odruchowo – machnęłam szybko ręką, chcąc odgonić potencjalną muchę czy też innego owada, który postanowił przeszkodzić mi w odpoczynku. Bardzo się zdziwiłam, kiedy moja dłoń trafiła na coś o wiele większego niż jakikolwiek typowy szkodnik, którego zwykłam widywać w domu, od razu otworzyłam oczy i zobaczyłam parę brązowych tęczówek z szerokimi, czarnymi źrenicami, które przyglądały mi się z rozbawieniem.
                 - Co robisz? – zapytał, śmiejąc się, za co zarobił kuksańca w bok. Opadł na materac obok mnie z udawanym jękiem bólu. Dopiero wtedy zauważyłam, że był ubrany w ciemnoniebieski dres, więc posłałam mu spojrzenie pełne zdziwienia.
                 - Co ja robię? Co ty robisz? – przewróciłam się na bok, nadal nie mogąc uwierzyć w to, że naprawdę obok mnie leżał i że w każdej chwili mogłam go dotknąć. Wyciągnęłam dłoń, której grzbietem pogładziłam jego pokryty kilkudniowym zarostem policzek.
                 - Idę na trening – oznajmił z przepraszającym uśmiechem, po czym przysunął się, żeby mnie pocałować. Zdecydowanie zbyt dobrze wiedział, jak wykorzystywać to, jak na mnie działał. – Jak wrócę, oprowadzę cię po mieście, co ty na to?
                 - Pewnie – odparłam cicho i przyciągnęłam go jeszcze raz do siebie, jakby bojąc się, że do mnie nie wróci.
                 Po chwili z westchnieniem wstał, uśmiechnął się do mnie w progu, a potem usłyszałam tylko dźwięk zamykanych drzwi frontowych. I zostałam sama. Co prawda, tylko na kilka godzin, ale sama. Chyba nawet mu za to w myślach podziękowałam, bo miałam czas, żeby ochłonąć i przywyknąć do tego, że byłam właśnie tam. Zaaklimatyzować się.
                 Zrzuciłam z siebie cienką kołdrę i narzuciwszy na siebie jego koszulkę, która akurat leżała najbliżej łóżka, ruszyłam w stronę wejścia, gdzie poprzedniego dnia zostawiłam wszystkie swoje bagaże. Chwyciłam torby, postawiłam walizkę na kółka i przeszłam z powrotem do sypialni, by postawić je w kącie tak, żeby nie zawadzały. Otworzyłam po kolei każdy z zamków i wpatrywałam się w zawartość, nie wiedząc, co wybrać. Nagle pożałowałam, że zabrałam ze sobą tylko jedną sukienkę, ale przecież nie spodziewałam się, że wszystko potoczy się właśnie tak.
                 Wybór garderoby nie był więc trudny, ale obiecałam sobie, że przy najbliższej okazji pójdę na zakupy. Wygląd wyglądem, ale nie wyobrażałam sobie, jak przy takiej temperaturze miałam wytrzymać w spodniach.
                 Po kilku minutach znalazłam łazienkę, do której weszłam, żeby skorzystać z prysznica. Zasunęłam drzwi kabiny i dokładnie umyłam się gorącą wodą, a potem pozwoliłam, by zimna ochłodziła moje ciało i przyniosła ulgę.
                 Kiedy w końcu się ubrałam i usiadłam na kanapie przed telewizorem, cała sytuacja tak jakby mnie uderzyła. Zdałam sobie sprawę ze wszystkiego, co stało się po tym, jak mój samolot wylądował, po tym, jak wysiadłam, po tym, jak znalazłam się przed tym budynkiem...
                 Jak to się właściwie stało? Dlaczego się stało?
                 To, że ja rzuciłam się na niego, było całkiem oczywiste. Będąc w Polsce mogłam sobie wmawiać, że niespełna dwa tygodnie na igrzyskach nic dla mnie nie znaczyły, że ta znajomość była kompletnie niczym, ale w momencie, w którym poczułam jego bliskość, było po mnie. Wszystkie moje zarzekania, wszystkie słowa wypowiedziane w Krakowie nagle straciły sens. Jak mogłam w ogóle tak pomyśleć? Jak mogłam być kiedyś na tyle silna, by z niego zrezygnować, tak po prostu? W obecnym położeniu było to kompletnie nie do pomyślenia. Może dlatego, że w końcu był rzeczywisty, w końcu był z krwi i kości, w końcu nie był tylko wspomnieniem w mojej głowie.
                 Jego reakcja zastanawiała mnie o wiele bardziej. Nie odepchnął mnie, a wręcz przyciągnął bliżej do siebie. Tęsknił za mną? Czuł coś do mnie? Czy po prostu... miał ochotę, a ja akurat się napatoczyłam? Nie rozumiałam mężczyzn, teraz było mi jeszcze trudniej zrozumieć jego. Chyba jednak nie proponowałby mi spacerów po Modenie w tym trzecim przypadku, tylko pożegnałby się i kazał szukać hotelu. Czy coś do mnie czuł? Szczerze mówiąc, miałam ogromną nadzieję, że tak właśnie było, bo po tym wszystkim, co przeżyłam z nim i przez niego... to chyba ja zaczynałam rozwijać w sobie głębsze uczucia w stosunku do niego. Więc skoro prawdopodobnie było coś między nami, mogłam sądzić, że za mną tęsknił? Że myślał o mnie wtedy, kiedy ja myślałam o nim?
                 - Nie – wyszeptałam, patrząc gdzieś przed siebie.
                 Nie chciałam robić sobie zbędnych nadziei na to, co prawdopodobnie nie miało miejsca. Może pamiętał to, co działo się między nami podczas lata, potem zapomniał, a gdy nagle stanęłam w jego progu... przypomniał sobie i postanowił spróbować? Obstawiałam to za najbardziej możliwą ze wszystkich wersji, ale i tak niczego nie mogłam być pewna, chociaż tak bardzo chciałam. Naprawdę chciałam, żeby wrócił z treningu, stanął przede mną i powiedział mi wprost, jak to wyglądało jego oczami.
                 - Marne szanse – odpowiedziałam sama sobie, co naprawdę napawało mnie niepokojem.
                 Mimo wszystko, byłam naprawdę, naprawdę szczęśliwa z tego, jak sprawy się potoczyły. Mógł mnie przecież kompletnie olać i zostawić na bruku. To, że na tę noc przygarnął mnie do siebie mogłoby być oznaką grzeczności, ale to, co się stało... Czy to była grzeczność w wykonaniu Włocha? Miałam nadzieję, że nie, bo dobrze czułam się z myślą, że był mi tak bliski. To chyba było to, czego chciałam. To on był tym, czego pragnęłam.
                 W pewnym momencie swoich wewnętrznych rozterek moje wnętrze naprawdę się odezwało i zażądało jedzenia. Całkiem zapomniałam, że przez stres związany z dokładnie wszystkim, poprzedniego dnia nic nie zjadłam, nie dałam rady nic przełknąć.
                 Miałam nadzieję, że Luca nie pogniewa się za bardzo, jeśli się rozgoszczę i zajrzę do jego lodówki, w której, jak się okazało, świeciło pustkami. Westchnęłam, nieco rozbawiona tym widokiem i stwierdziłam, że przyszedł czas na pierwsze wydatki w europejskiej walucie.
                 Nie miałam klucza, więc tylko zamknęłam za sobą drzwi, modląc się, żeby w tamtym momencie nikt nie postanowił napaść na jego mieszkanie. Musiałam przejść kilkaset metrów, żeby w końcu znaleźć spożywczak, któremu na pierwszy rzut oka mogłam niejako zaufać. Taką przynajmniej miałam nadzieję. Poza tym, nie ukrywałam, że szukałam raczej sklepu samoobsługowego, jako że mój włoski na razie oscylował w okolicach niczego. Dobrze wiedziałam, że byłam w stanie wydukać zaledwie kilka wyrazów i nie chciałam jeszcze sprawdzać swojej wiedzy w praktyce.
                 W końcu moja misja zakończyła się powodzeniem i stałam z powrotem w niewielkiej kuchni, odgryzając kolejny kęs kanapki z pomidorem. Musiałam przyznać, że wszystko we Włoszech smakowało inaczej – chleb zupełnie różnił się smakiem od tego polskiego, a pomidory tak bardzo mi zasmakowały, że stwierdziłam, że będę mogła je jeść do końca życia.

                 Leżałam na kanapie, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić i zastanawiając się, czy nie pozwalałam sobie na nieco zbyt wiele w jego mieszkaniu. Bo w końcu było jego.
                 Nagle usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi i zerwałam się natychmiast na równe nogi, poprawiając na sobie sukienkę. W tym momencie żałowałam, że nie wykorzystałam tego wolnego czasu lepiej. Mogłam się przecież ładnie pomalować, ładnie związać włosy, które teraz opadały mi na ramiona, mogłam się przecież postarać i ładnie wyglądać, a tymczasem wyglądałam... tak jak zawsze.
                 O wszystkim jednak zapomniałam niemal natychmiast, kiedy w progu pojawił się uśmiechnięty Vettori. Podszedł do mnie, a ja z każdym jego krokiem czułam, jak moje serce przyspiesza. W końcu się przez ciebie wykończę, zbeształam go w myślach, jednocześnie dziękując mu za to, że nie przestawał się cieszyć, bo był to widok naprawdę piękny.
                 - Ciao bella – wyszeptał, kiedy nasze usta znajdowały się tuż przy sobie, po czym mnie pocałował, co nadal wzbudzało we mnie niemałe zdziwienie. Za każdym razem miałam ochotę zapytać go dlaczego, ale bałam się, że po tym przestanie, a to była ostatnia rzecz na ziemi, o jakiej chciałam wtedy myśleć.
                 - Ciao – odparłam, nie za bardzo wiedząc co dodać. Zanotować, podszkolić włoski.
                 - Spacer, tak jak obiecałem? – zapytał już po angielsku, co jednocześnie sprawiło, że odetchnęłam z ulgą i się zdenerwowałam. Chciałam rozumieć, co do mnie mówił, ale chciałam też, by mógł rozmawiać ze mną w swoim ojczystym języku. Podszkolić włoski, to jedyne wyjście.
                 Przytaknęłam z uśmiechem, nagle onieśmielona jego obecnością. O dziwo, po ostatnich wydarzeniach naprawdę czułam się przy nim niezręcznie.
                 Mężczyzna chwycił moją dłoń i wyprowadził przez drzwi frontowe, abym mogła z nim poznać Modenę.
                 Prowadził mnie krętymi ulicami, które z asfaltowych przechodziły w brukowe, potem znowu w asfaltowe i tak w kółko. Pokazywał co ciekawsze miejsca i opowiadał mi o nich z wielką radością, przez co moja niepewność w stosunku to jego prawdopodobnych uczuć zniknęła. Co będzie, to ma być, wmówiłam sobie, najważniejsze, że teraz jest dobrze.
                 Próbowałam nawet porównać to miejsce z Krakowem, ale nie miałam pojęcia, jak mogłabym się za to zabrać. Miasta te bowiem wyglądały jak z zupełnie innej bajki, nie byłam w stanie powiedzieć, które podobało mi się bardziej, bo każde z nich miało w sobie to coś, co sprawiało, że trafiało na pierwsze miejsca list wyjątkowych w swoim rodzaju i najpiękniejszych w swoim rodzaju.
                 Kiedy zajęliśmy jedną z wielu ławek w jednym z wielu parków, całkowicie zmieniliśmy tematy rozmów, a ja ponownie poczułam się tak, jakbym znała go całe wieki. Przez chwilę wydawało mi się nawet, że igrzyska ciągle trwały, a my ciągle siedzieliśmy na moim balkonie w Wiosce Olimpijskiej. Zacisnęłam nieco palce na jego dłoni, aby mieć pewność, że nie był wymyślony, że naprawdę byłam we Włoszech.
                 Luca był moim najlepszym przyjacielem (nie umniejszając Ance, Darkowi czy Łukaszowi – kochałam ich, ale to właśnie przy Włochu najczęściej czułam się swobodnie) mogłam mu opowiedzieć wszystko, mogłam mu powiedzieć, że marzę o miłości jak z głupiego romansidła, tylko ze szczęśliwym zakończeniem, że chcę kiedyś pocałować ukochanego w deszczu, że chcę zatańczyć w nocy na pustej ulicy jak bohaterowie Pamiętnika, mogłam mu opowiedzieć, co mi się śniło, mogłam mu opowiedzieć o tym, co chciałabym, żeby mi się przyśniło. Uwielbiałam go za to, że mogłam powiedzieć mu wszystko. Z jednym wyjątkiem.
                 Nie byłam w stanie ubrać w słowa tego, jak się przy nim czułam. Nie miałam pojęcia, jak powiedzieć mu o tym, co do niego czułam – tak właściwie, to do tego nie potrafiłam przyznać się nawet przed samą sobą.
                 Zwiedzanie Modeny musiało zająć nam kilka dobrych godzin, bo kiedy stwierdziliśmy, że najlepiej wracać już do domu, zauważyłam, że zaczęło się ściemniać. Słońce powoli chowało się za horyzontem, gotowe na zmianę warty z Księżycem. Ulice powoli pustoszały, ludzie wracali do swoich czterech ścian po całym dniu pracy, by w końcu móc spędzić czas z rodziną i odpocząć. Po zmroku miasto to stawało się jeszcze piękniejsze, a jego urok stawał się jeszcze bardziej odczuwalny. Same budynki sprawiały, że klimat był niesamowity, a kiedy z góry spoglądały na nas gwiazdy, a ulice oświetlone były tylko przytłumionym światłem latarni, chyba naprawdę się zakochałam.
Kompletnie nic nie zapowiadało tego, że kiedy będziemy kilkaset metrów od jego mieszkania, nagle lunie na nas ulewny deszcz. Zareagowałam śmiechem, przez co siatkarz pomyślał pewnie, że całkiem mi odbiło. Ruszyłam biegiem przed siebie, ciągnąc go za sobą za rękę. Bez jakichkolwiek trudności dotrzymał mi kroku, a tuż przed samymi drzwiami zwolnił i zatrzymał się, jednak nie sięgnął do klamki.
                 - Co robisz? – zapytałam, unosząc brew. – Zmokniesz i się rozchorujesz! – wykrzyknęłam, starając się brzmieć opiekuńczo, na co ten się zaśmiał.
                 - Przecież i tak jesteśmy mokrzy – odparł, nadal się śmiejąc, po czym objął mnie w talii, przyciągnął do siebie i pocałował, a ja w duchu podziękowałam mu za to, że mnie trzymał, chociaż było mi naprawdę z tego powodu głupio. Po chwili odsunął się ode mnie na kilka centymetrów tak, aby nasze czoła się o siebie opierały. – Jedno z listy odhaczone – wyszeptał z szerokim uśmiechem, a w jego oczach dostrzegałam iskierki pełne zadowolenia i... czułości? – pocałunek w deszczu – wyjaśnił po chwili, na co to ja się uśmiechnęłam.
                 - Mam nadzieję, że nie ostatni – odrzekłam zgodnie z prawdą.

                 - O nie – zaśmiał się, a nasze usta ponownie spotkały się w pocałunku.



__________________________
sama słodycz, tyle bym rzekła. słodycz, słodycz, słodycz, słodycz, wszyscy dostaniemy cukrzycy, przykro mi

2 komentarze:

  1. okej, nie przeszkadza mi tyle cukru :)

    OdpowiedzUsuń
  2. mam dzisiaj jakiś wyprany mózg i przychodzą mi do głowy skojarzenia tego rozdziału z pewnymi rzeczami, ale nie chcę nic mówić, bo to byłoby niewłaściwe. w każdym razie ja się zupełnie godzę na taką słodycz, tylko żeby oni jeszcze sobie szczerze porozmawiali między pocałunkiem w deszczu a zwiedzaniem Modeny, tak żeby wszystko było jasne.

    OdpowiedzUsuń