Jak co dzień (odkąd tam przyjechałam), zaraz po przebudzeniu chwilę zajęło mi
przyzwyczajenie się do tego, że nie byłam w swoim domu, nie znajdywałam się na
trzecim piętrze budynku mieszkalnego na obrzeżach Krakowa. Byłam w Wiosce
Olimpijskiej na najprawdziwszych igrzyskach. Zastanawiało mnie, czy inni
uczestnicy, którzy są tu po raz któryś, również czują te emocje, nawet za tym
kolejnym razem. Czy codziennie budzą się pełni energii i czują, jak adrenalina
podnosi im ciśnienie w krwi i sprawia, że mają ochotę przebiec cały świat? Nie
wiedziałam.
Po porannej toalecie założyłam na siebie dres
reprezentacyjny i usiadłam na łóżku. Było dosyć wcześnie, miałam więc jeszcze
trochę czasu, zanim moja olimpijska towarzyszka powinna wparować i wyciągnąć
mnie na śniadanie. Postanowiłam więc skorzystać z wyposażenia pokoju i
zaparzyłam sobie herbatę w kubku, który następnie chwyciłam przez rękawy bluzy
i wyszłam na balkon.
Usiadłam na zimnych kafelkach i wbiłam wzrok w budynek przed
sobą. Przypomniały mi się wydarzenia dnia poprzedniego i naprawdę straciłam
ochotę na wychodzenie z domu, a już w ogóle nie chciałam wejść na tę stołówkę.
A może tylko tak sobie wmawiałam?
Zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać. Chcąc
nie chcąc, musiałam przyznać, że Udręka Mojego Życia jawiła się pod postacią
bardzo, onieśmielająco wręcz, przystojną. Jego brązowe oczy jednocześnie
sprawiały, że miałam ochotę uciekać i podejść bliżej. Kilkudniowy zarost tylko
dodawał mu uroku. Nie miałam zielonego pojęcia, co się ze mną działo, kiedy
rażona byłam jego spojrzeniem, ale chyba mi się to podobało. I zaczęłam
dochodzić do wniosku, że chęć ucieczki jest pewnego typu odruchem obronnym.
Najwidoczniej podświadomie nie chciałam się w nic mieszać, bo i tak wiedziałam,
że przecież nic z tego wyjść nie mogło.
Ale czy świadomie było tak samo? No właśnie chyba nie.
- Czy ja codziennie muszę przychodzić cię budzi... –
usłyszałam głos kobiecy z wnętrza mieszkania. Wstałam więc i weszłam z powrotem
do środka, zamykając za sobą drzwi balkonowe. – Ach, nie śpisz! Cudnie. – Nie
miałam zielonego pojęcia czemu przychodziła, czasami traktowała mnie jak
dziecko. Stwierdziłam jednak, że lepiej mieć taką koleżankę, niż siedzieć w
samotności, no nie?
- Dzień dobry – odparłam tylko i dopiłam herbatę, po czym
odstawiłam kubek i ponownie ruszyłam za Anią w stronę stołówki.
Kiedy tylko minęliśmy prób namiotu, zaraz skierowałam się w
stronę stolika, który zajmowaliśmy wczoraj, tak po prostu – sama nie wiem,
czemu. Pewnie po prostu moja podświadomość, która chciała ponownie spotkać się
z brązowooką Udręką, przejęła nade mną kontrolę i takie były tego skutki.
Naprawdę przejęłam się tym, że ów stolik był już zajęty. Przez myśl przeszło
mi, że może moja podświadomość jest wspierana przez świadomość, ale szybko to
odrzuciłam i skupiłam się na szukaniu wolnego miejsca.
Po kilku minutach akurat zwolniły się krzesła niedaleko
bufetu greckiego. Stwierdziłam więc, że w sumie i dziś mogę zjeść jakąś
sałatkę. Może z fetą?
Ania zajęła miejsce obok mnie, a reszta naszej grupy
porozsiadała się po tej samej stronie blatu. Połowa siedzeń przy stole nadal
pozostawała wolna, więc oczywiste było, że ktoś z czasem się dosiądzie.
Po sałatkę nawet nie musiałam za długo męczyć się w
kolejkach, zatem szybko wróciłam na swoje miejsce. Jak to miałam w zwyczaju,
najpierw wydziobałam cały ser feta, który, według mnie, był obowiązkowym
składnikiem absolutnie każdej sałatki. Najlepiej, żeby dodawać go po trochu do
wszystkiego. Ser feta był całym moim światem.
Kiedy tak rozkładałam swoją sałatkę na czynniki pierwsze, do
stolika podeszła grupa sportowców z innego kraju. Jeden z nich łamaną
angielszczyzną zapytał, czy miejsca są wolne, potaknęłam więc nawet nie unosząc
wzroku na nowo przybyłych.
- Może dziś się polenimy i pooglądamy w telewizji, co
ciekawego się dzieje na stadionie? – Zwróciłam się do Anki i zamarłam. Pewnie
gdyby mnie nie naszło na to, żeby o cokolwiek ją zapytać, nie odwróciłabym
wzroku od swojego talerza i nie zobaczyłabym, że dokładnie przede mną siedzi Brązowooka
Udręka Mego Życia. Jestem pewna, że moja towarzyszka coś mi odpowiedziała
(miałam nadzieję, że to była odpowiedź twierdząca), ale kompletnie nic nie
słyszałam. Nie miałam pojęcia, co się działo, ale świat zdawał się całkiem
zwolnić. Nagle wszystkie głosy, śmiechy, nawet brzęczenie sztućców o talerze,
wszystko to umilkło i zapanowała kompletna cisza. Dawno nie czułam się tak
spłoszona. Mój odruch ucieczki już się uruchomił, ale postanowiłam z nim
walczyć.
Jak? Odwróciłam wzrok niemal natychmiast, a świat wrócił do
normalności. Nie wiem, ile to mogło trwać, pięć sekund, pięć minut? Dla mnie
była to cała wieczność. Czułam delikatny dreszczyk na plecach i próbowałam
wymyślić, czym może on być spowodowany. Nie doszłam do żadnego logicznego
wytłumaczenia.
Mój wzrok ponownie przykuła sałatka i z niezwykłą
zawziętością zabrałam się za oddzielanie pomidora od ogórka. Starałam się robić
wszystko, byle nie patrzeć przed siebie, żeby tylko znowu nie wpaść w pułapkę
jego oczu, bo wiedziałam, że drugi raz wyplątanie się z niej nie pójdzie tak
łatwo.
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, żeby nie wyglądało to co
najmniej bardzo dziwnie. Czułam na sobie nie tylko wzrok brązowookiego
siatkarza, ale i Ani, i Darka i wszystkich wokoło. Jakby nagle cała stołówka
się odwróciła, żeby popatrzeć. Wzięłam głęboki wdech i postarałam się odepchnąć
te myśli. W rzeczywistości wcale tak nie było. Patrzyła się na mnie Anka,
zerknęłam więc w jej stronę kątem oka – miała uniesioną brew i na tyle, na ile
już ją znałam, mogłam być pewna, że czekała nas rozmowa. Pokręciłam przecząco
głową, dając znać, że to nie pora i miejsce na takie rzeczy. Ta wzruszyła
ramionami, jakby mówiąc, że on przecież i tak nic z tego nie zrozumie. Ja
natomiast byłam pewna, że widział nasze pełne porozumienia spojrzenia i dobrze
wiedział, że chodzi nam o niego właśnie. Przecież to było oczywiste.
Ponownie podniosłam wzrok – nie wiem, czemu, po prostu to
zrobiłam – i na własne życzenie znów napotkałam spojrzenie Włocha. Tym razem
wytrzymałam nieco dłużej i patrzyliśmy się tak na siebie dobre dziesięć sekund,
po czym zrobiło się tak niezręcznie, że nie dałam rady i znowu wbiłam wzrok w
resztkę sałatki. Spojrzenie Włocha przez cały czas było twarde, takie, że
zupełnie nie mogłam rozszyfrować, o co mu chodziło. Nigdy w życiu się z czymś
takim nie spotkałam i zaczęłam się cieszyć, że po igrzyskach pewnie już nie
będę musiała tego znosić.
- Czas na nas – szepnęłam do Ani, ponownie zerkając na
mężczyznę na przeciwko, ale natychmiast odwracając wzrok.
- Jasne, złotko, już lecimy – odrzekła. Chwyciłyśmy swoje
talerze i ruszyłyśmy w stronę wyjścia, po drodze zostawiając je w miejscu do
tego przeznaczonym.
Przez całą drogę powrotną czułam, jak tyczkarka próbuje nie
wybuchnąć. Widziałam, jak walczyła ze sobą, żeby nie zacząć przepytywać mnie na
środku ulicy. Chyba wiedziała, że i tak bym jej nie odpowiedziała przy tych
wszystkich ludziach. Byłam jej za to wdzięczna, ale jednocześnie próbowałam się
nie roześmiać. Jej przyspieszony krok i ciągłe spojrzenia w moją stronę mówiły
wszystko.
Widziałam też wyraz ulgi na jej twarzy, kiedy zamknęła za
sobą drzwi mojego mieszkania. Nie zdążyłam nawet usiąść, kiedy zaczęła wyrzucać
z siebie słowa.
- Co. To. Miało. Być. Czy ty to widziałaś? Oczywiście, że to
widziałaś. Dobrze wiesz, co się stało. Matko, kobieto. Kto to był? Czemu on...
- Uspokój się – przerwałam jej unosząc dłoń.
- ... się tak na ciebie patrzył? Znasz go? Od kiedy? Co was
łączy? – Kobieta wzięła głęboki oddech. Wpatrywałam się w nią z uniesionymi
brwiami i czekałam, aż skończy. Kiwnęła głową. Ania była bardzo pozytywną osobą, często o tym myślałam. O kimkolwiek innym
powiedziałabym, że wtyka nos w nie swoje sprawy, ale ona nawet wykrzykując te
pytanie wyglądała, jakby to miało zapewnić pokój na świecie. Ciekawe, czy
potrafiła się na kogoś złościć, bo wyglądało na to, że nie za bardzo. Tak czy
tak, wolałam nie próbować.
- Nie mam pojęcia, co się dzieje, serio. To jakiś siatkarz,
był wczoraj na tym meczu i pewnie mnie wczoraj widział, dlatego się przysiadł –
odparłam zgodnie ze swoimi przekonaniami (albo ich częścią) i wzruszyłam
ramionami.
- Kobieto – odrzekła atletka przeciągając samogłoski. – Ty
chyba nie widziałaś, jaki on miał wzrok. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak się
na kogoś patrzył, tym bardziej mężczyzna na kobietę, tym bardziej mężczyzna na
kobietę, którą widzi pierwszy raz w życiu.
- Widział mnie prawdopodobnie drugi raz w życiu, to coś
zmienia?
- Absolutnie, stanowczo, definitywnie nie. Gdyby na mnie się
tak spojrzał...
- Nie wiedziałabyś co zrobić i gapiła się jak głupia w
sałatkę na talerzu?
- Mniej więcej – odparła z promiennym uśmiechem.
- Tylko tyle chciałaś wiedzieć? – dopytałam pełna
niedowierzania, że to koniec przesłuchania.
- Nie, coś ty. Skoro ten Włoch tak ci się przyglądał, to na
pewno coś znaczyło, wiesz? – W odpowiedzi uniosłam brew. – Ahhh, dziecko, nic
nie wiesz o tym wielkim świecie. Najprawdopodobniej nie może od ciebie oderwać
wzroku, bo jesteś taka śliczna. Masz zamiar coś z tym robić?
- Czemu miałabym mieć zamiar, żeby coś z tym robić? –
odpowiedziałam i poczułam, że się czerwienię. Ania na pewno to zauważyła, bo
uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Oj, już ty dobrze wiesz, czemu. Przez chwilę tak na siebie
patrzyliście, że myślałam, że się na siebie rzucicie, a stół nie byłby żadną
przeszkodą.
Byłam w szoku. Naprawdę tak odebrali to wszyscy wokoło? Nie
wiedziałam, co powiedzieć. Było mi wtedy po prostu okropnie niezręcznie, wcale
nie wydawało mi się, że chciałam się na niego rzucić. A on na mnie? Zaczęłam
się bać. Tyczkarka chyba to wyczuła.
- Spokojnie, kochana. Nie jest źle. Ale jeśli przy
pierwszym... drugim, tak, drugim spotkaniu tak między wami iskrzy, to nie wiem,
co będzie później.
Później? Iskrzy? Chyba mówiłyśmy o dwóch różnych
przypadkach. O dwóch różnych miejscach, o dwóch różnych Włochach i o dwóch
różnych Gosiach, bo według mnie było zupełnie inaczej. Nie było żadnej chemii i
ani jednej iskry – po prostu niezręczność. Tak właśnie.
Chociaż, gdy zastanawiałam się nad tym później (a muszę przyznać,
że się zastanawiałam), doszłam do wniosku, że zdecydowanie bardziej podobała mi
się wersja mojej towarzyszki. Cała ta sytuacja byłaby całkowicie
filmowo-książkowo-bajkowa, ale takie sytuacje nie mają miejsca i każdy normalny
dorosły człowiek, który swoją życiową drogę walczył ze słabościami na
treningach, dobrze o tym wie. W tym przypadku to byłam ja. Chciałam podejść do
sprawy tak racjonalnie, jak tylko się dało, ale wszystko to samo w sobie nie
wyglądało na racjonalne. Jak w takim wypadku należało postąpić? Miałam się
zachowywać jak głupiutka bohaterka komedii romantycznych, wpadać na niego na
korytarzach, przepraszać i czekać, aż się zakocha? Nie, to nie brzmiało ani
trochę jak Małgorzata Korczyńska.
Mimo wszystko, nadal żywiłam nadzieję... na coś. Nadal nie
wiedziałam do końca na co.
miałam nadzieję, że w tym rozdziale się już dowiem, kim on jest : c
OdpowiedzUsuństawiam, że najpierw to ona rzuci mu się do gardła :D
OdpowiedzUsuń