poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 2.

          Jak co dzień (odkąd tam przyjechałam), zaraz po przebudzeniu chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do tego, że nie byłam w swoim domu, nie znajdywałam się na trzecim piętrze budynku mieszkalnego na obrzeżach Krakowa. Byłam w Wiosce Olimpijskiej na najprawdziwszych igrzyskach. Zastanawiało mnie, czy inni uczestnicy, którzy są tu po raz któryś, również czują te emocje, nawet za tym kolejnym razem. Czy codziennie budzą się pełni energii i czują, jak adrenalina podnosi im ciśnienie w krwi i sprawia, że mają ochotę przebiec cały świat? Nie wiedziałam.
          Po porannej toalecie założyłam na siebie dres reprezentacyjny i usiadłam na łóżku. Było dosyć wcześnie, miałam więc jeszcze trochę czasu, zanim moja olimpijska towarzyszka powinna wparować i wyciągnąć mnie na śniadanie. Postanowiłam więc skorzystać z wyposażenia pokoju i zaparzyłam sobie herbatę w kubku, który następnie chwyciłam przez rękawy bluzy i wyszłam na balkon.
          Usiadłam na zimnych kafelkach i wbiłam wzrok w budynek przed sobą. Przypomniały mi się wydarzenia dnia poprzedniego i naprawdę straciłam ochotę na wychodzenie z domu, a już w ogóle nie chciałam wejść na tę stołówkę. A może tylko tak sobie wmawiałam?
          Zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać. Chcąc nie chcąc, musiałam przyznać, że Udręka Mojego Życia jawiła się pod postacią bardzo, onieśmielająco wręcz, przystojną. Jego brązowe oczy jednocześnie sprawiały, że miałam ochotę uciekać i podejść bliżej. Kilkudniowy zarost tylko dodawał mu uroku. Nie miałam zielonego pojęcia, co się ze mną działo, kiedy rażona byłam jego spojrzeniem, ale chyba mi się to podobało. I zaczęłam dochodzić do wniosku, że chęć ucieczki jest pewnego typu odruchem obronnym. Najwidoczniej podświadomie nie chciałam się w nic mieszać, bo i tak wiedziałam, że przecież nic z tego wyjść nie mogło.
          Ale czy świadomie było tak samo? No właśnie chyba nie.
          - Czy ja codziennie muszę przychodzić cię budzi... – usłyszałam głos kobiecy z wnętrza mieszkania. Wstałam więc i weszłam z powrotem do środka, zamykając za sobą drzwi balkonowe. – Ach, nie śpisz! Cudnie. – Nie miałam zielonego pojęcia czemu przychodziła, czasami traktowała mnie jak dziecko. Stwierdziłam jednak, że lepiej mieć taką koleżankę, niż siedzieć w samotności, no nie?
          - Dzień dobry – odparłam tylko i dopiłam herbatę, po czym odstawiłam kubek i ponownie ruszyłam za Anią w stronę stołówki.
          Kiedy tylko minęliśmy prób namiotu, zaraz skierowałam się w stronę stolika, który zajmowaliśmy wczoraj, tak po prostu – sama nie wiem, czemu. Pewnie po prostu moja podświadomość, która chciała ponownie spotkać się z brązowooką Udręką, przejęła nade mną kontrolę i takie były tego skutki. Naprawdę przejęłam się tym, że ów stolik był już zajęty. Przez myśl przeszło mi, że może moja podświadomość jest wspierana przez świadomość, ale szybko to odrzuciłam i skupiłam się na szukaniu wolnego miejsca.
          Po kilku minutach akurat zwolniły się krzesła niedaleko bufetu greckiego. Stwierdziłam więc, że w sumie i dziś mogę zjeść jakąś sałatkę. Może z fetą?
          Ania zajęła miejsce obok mnie, a reszta naszej grupy porozsiadała się po tej samej stronie blatu. Połowa siedzeń przy stole nadal pozostawała wolna, więc oczywiste było, że ktoś z czasem się dosiądzie.
          Po sałatkę nawet nie musiałam za długo męczyć się w kolejkach, zatem szybko wróciłam na swoje miejsce. Jak to miałam w zwyczaju, najpierw wydziobałam cały ser feta, który, według mnie, był obowiązkowym składnikiem absolutnie każdej sałatki. Najlepiej, żeby dodawać go po trochu do wszystkiego. Ser feta był całym moim światem.
          Kiedy tak rozkładałam swoją sałatkę na czynniki pierwsze, do stolika podeszła grupa sportowców z innego kraju. Jeden z nich łamaną angielszczyzną zapytał, czy miejsca są wolne, potaknęłam więc nawet nie unosząc wzroku na nowo przybyłych.
          - Może dziś się polenimy i pooglądamy w telewizji, co ciekawego się dzieje na stadionie? – Zwróciłam się do Anki i zamarłam. Pewnie gdyby mnie nie naszło na to, żeby o cokolwiek ją zapytać, nie odwróciłabym wzroku od swojego talerza i nie zobaczyłabym, że dokładnie przede mną siedzi Brązowooka Udręka Mego Życia. Jestem pewna, że moja towarzyszka coś mi odpowiedziała (miałam nadzieję, że to była odpowiedź twierdząca), ale kompletnie nic nie słyszałam. Nie miałam pojęcia, co się działo, ale świat zdawał się całkiem zwolnić. Nagle wszystkie głosy, śmiechy, nawet brzęczenie sztućców o talerze, wszystko to umilkło i zapanowała kompletna cisza. Dawno nie czułam się tak spłoszona. Mój odruch ucieczki już się uruchomił, ale postanowiłam z nim walczyć.
          Jak? Odwróciłam wzrok niemal natychmiast, a świat wrócił do normalności. Nie wiem, ile to mogło trwać, pięć sekund, pięć minut? Dla mnie była to cała wieczność. Czułam delikatny dreszczyk na plecach i próbowałam wymyślić, czym może on być spowodowany. Nie doszłam do żadnego logicznego wytłumaczenia.
          Mój wzrok ponownie przykuła sałatka i z niezwykłą zawziętością zabrałam się za oddzielanie pomidora od ogórka. Starałam się robić wszystko, byle nie patrzeć przed siebie, żeby tylko znowu nie wpaść w pułapkę jego oczu, bo wiedziałam, że drugi raz wyplątanie się z niej nie pójdzie tak łatwo.
          Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, żeby nie wyglądało to co najmniej bardzo dziwnie. Czułam na sobie nie tylko wzrok brązowookiego siatkarza, ale i Ani, i Darka i wszystkich wokoło. Jakby nagle cała stołówka się odwróciła, żeby popatrzeć. Wzięłam głęboki wdech i postarałam się odepchnąć te myśli. W rzeczywistości wcale tak nie było. Patrzyła się na mnie Anka, zerknęłam więc w jej stronę kątem oka – miała uniesioną brew i na tyle, na ile już ją znałam, mogłam być pewna, że czekała nas rozmowa. Pokręciłam przecząco głową, dając znać, że to nie pora i miejsce na takie rzeczy. Ta wzruszyła ramionami, jakby mówiąc, że on przecież i tak nic z tego nie zrozumie. Ja natomiast byłam pewna, że widział nasze pełne porozumienia spojrzenia i dobrze wiedział, że chodzi nam o niego właśnie. Przecież to było oczywiste.
          Ponownie podniosłam wzrok – nie wiem, czemu, po prostu to zrobiłam – i na własne życzenie znów napotkałam spojrzenie Włocha. Tym razem wytrzymałam nieco dłużej i patrzyliśmy się tak na siebie dobre dziesięć sekund, po czym zrobiło się tak niezręcznie, że nie dałam rady i znowu wbiłam wzrok w resztkę sałatki. Spojrzenie Włocha przez cały czas było twarde, takie, że zupełnie nie mogłam rozszyfrować, o co mu chodziło. Nigdy w życiu się z czymś takim nie spotkałam i zaczęłam się cieszyć, że po igrzyskach pewnie już nie będę musiała tego znosić.
          - Czas na nas – szepnęłam do Ani, ponownie zerkając na mężczyznę na przeciwko, ale natychmiast odwracając wzrok.
          - Jasne, złotko, już lecimy – odrzekła. Chwyciłyśmy swoje talerze i ruszyłyśmy w stronę wyjścia, po drodze zostawiając je w miejscu do tego przeznaczonym.


          Przez całą drogę powrotną czułam, jak tyczkarka próbuje nie wybuchnąć. Widziałam, jak walczyła ze sobą, żeby nie zacząć przepytywać mnie na środku ulicy. Chyba wiedziała, że i tak bym jej nie odpowiedziała przy tych wszystkich ludziach. Byłam jej za to wdzięczna, ale jednocześnie próbowałam się nie roześmiać. Jej przyspieszony krok i ciągłe spojrzenia w moją stronę mówiły wszystko.
          Widziałam też wyraz ulgi na jej twarzy, kiedy zamknęła za sobą drzwi mojego mieszkania. Nie zdążyłam nawet usiąść, kiedy zaczęła wyrzucać z siebie słowa.
          - Co. To. Miało. Być. Czy ty to widziałaś? Oczywiście, że to widziałaś. Dobrze wiesz, co się stało. Matko, kobieto. Kto to był? Czemu on...
          - Uspokój się – przerwałam jej unosząc dłoń.
          - ... się tak na ciebie patrzył? Znasz go? Od kiedy? Co was łączy? – Kobieta wzięła głęboki oddech. Wpatrywałam się w nią z uniesionymi brwiami i czekałam, aż skończy. Kiwnęła głową. Ania była bardzo pozytywną osobą, często o tym myślałam. O kimkolwiek innym powiedziałabym, że wtyka nos w nie swoje sprawy, ale ona nawet wykrzykując te pytanie wyglądała, jakby to miało zapewnić pokój na świecie. Ciekawe, czy potrafiła się na kogoś złościć, bo wyglądało na to, że nie za bardzo. Tak czy tak, wolałam nie próbować.
          - Nie mam pojęcia, co się dzieje, serio. To jakiś siatkarz, był wczoraj na tym meczu i pewnie mnie wczoraj widział, dlatego się przysiadł – odparłam zgodnie ze swoimi przekonaniami (albo ich częścią) i wzruszyłam ramionami.
          - Kobieto – odrzekła atletka przeciągając samogłoski. – Ty chyba nie widziałaś, jaki on miał wzrok. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak się na kogoś patrzył, tym bardziej mężczyzna na kobietę, tym bardziej mężczyzna na kobietę, którą widzi pierwszy raz w życiu.
          - Widział mnie prawdopodobnie drugi raz w życiu, to coś zmienia?
          - Absolutnie, stanowczo, definitywnie nie. Gdyby na mnie się tak spojrzał...
          - Nie wiedziałabyś co zrobić i gapiła się jak głupia w sałatkę na talerzu?
          - Mniej więcej – odparła z promiennym uśmiechem.
          - Tylko tyle chciałaś wiedzieć? – dopytałam pełna niedowierzania, że to koniec przesłuchania.
          - Nie, coś ty. Skoro ten Włoch tak ci się przyglądał, to na pewno coś znaczyło, wiesz? – W odpowiedzi uniosłam brew. – Ahhh, dziecko, nic nie wiesz o tym wielkim świecie. Najprawdopodobniej nie może od ciebie oderwać wzroku, bo jesteś taka śliczna. Masz zamiar coś z tym robić?
          - Czemu miałabym mieć zamiar, żeby coś z tym robić? – odpowiedziałam i poczułam, że się czerwienię. Ania na pewno to zauważyła, bo uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
          - Oj, już ty dobrze wiesz, czemu. Przez chwilę tak na siebie patrzyliście, że myślałam, że się na siebie rzucicie, a stół nie byłby żadną przeszkodą.
          Byłam w szoku. Naprawdę tak odebrali to wszyscy wokoło? Nie wiedziałam, co powiedzieć. Było mi wtedy po prostu okropnie niezręcznie, wcale nie wydawało mi się, że chciałam się na niego rzucić. A on na mnie? Zaczęłam się bać. Tyczkarka chyba to wyczuła.
          - Spokojnie, kochana. Nie jest źle. Ale jeśli przy pierwszym... drugim, tak, drugim spotkaniu tak między wami iskrzy, to nie wiem, co będzie później.
          Później? Iskrzy? Chyba mówiłyśmy o dwóch różnych przypadkach. O dwóch różnych miejscach, o dwóch różnych Włochach i o dwóch różnych Gosiach, bo według mnie było zupełnie inaczej. Nie było żadnej chemii i ani jednej iskry – po prostu niezręczność. Tak właśnie.
          Chociaż, gdy zastanawiałam się nad tym później (a muszę przyznać, że się zastanawiałam), doszłam do wniosku, że zdecydowanie bardziej podobała mi się wersja mojej towarzyszki. Cała ta sytuacja byłaby całkowicie filmowo-książkowo-bajkowa, ale takie sytuacje nie mają miejsca i każdy normalny dorosły człowiek, który swoją życiową drogę walczył ze słabościami na treningach, dobrze o tym wie. W tym przypadku to byłam ja. Chciałam podejść do sprawy tak racjonalnie, jak tylko się dało, ale wszystko to samo w sobie nie wyglądało na racjonalne. Jak w takim wypadku należało postąpić? Miałam się zachowywać jak głupiutka bohaterka komedii romantycznych, wpadać na niego na korytarzach, przepraszać i czekać, aż się zakocha? Nie, to nie brzmiało ani trochę jak Małgorzata Korczyńska.
          Mimo wszystko, nadal żywiłam nadzieję... na coś. Nadal nie wiedziałam do końca na co.



_________________________________
Ah, kolejny z głowy. Przykro mi, że jeszcze nic się nie dzieje. Powoli się rozkręcam. :)
D.

2 komentarze:

  1. miałam nadzieję, że w tym rozdziale się już dowiem, kim on jest : c

    OdpowiedzUsuń
  2. stawiam, że najpierw to ona rzuci mu się do gardła :D

    OdpowiedzUsuń