Nie mogłam doczekać się wesela Ani i Darka. Po części dlatego, że po prostu
bardzo cieszyłam się ich szczęściem, a po części dlatego, że w końcu miałam
okazję pokazać się wśród znajomych olimpijczyków z Lucą.
Przylecieliśmy
do Krakowa wczesnym rankiem w dzień, w który miał odbyć się ślub. Od razu
zaprowadziłam siatkarza do swojego obecnie nieużywanego mieszkania, w którym
każda półka i każdy zakamarek był już pokryty kurzem. Dobrze, że przed wyjazdem
zdążyłam chociaż przykryć czerwoną kanapę starym prześcieradłem, dzięki czemu
można było z niej korzystać bez potrzeby odkurzania i bez zbędnego kichania.
Zaraz
na wejściu obiecałam mu, że od razu zabiorę się za sprzątanie, bo wcześniej nie
miałam okazji, ale ten złapał mnie za nadgarstek, przyciągnął do siebie, a chwilę
później leżeliśmy na sofie. Dokładniej rzecz ujmując, on leżał na sofie, a ja
leżałam na nim.
-
Naprawdę muszę tu ogarnąć, zaraz będziemy musieli zbierać się do kościoła, a ja
przecież spędzę tydzień w łazience – oznajmiłam mu, chociaż tak naprawdę miałam
wielką nadzieję, że każe mi zostać na miejscu i nawet nie myśleć o sprzątaniu.
Siatkarz
nic nie powiedział, tylko pogładził dłonią mój policzek, co było wystarczającym
argumentem, żeby jednak się nie ruszyć.
Nie
miałam pojęcia, jak szybko czas mijał w jego objęciach.
Zasnęliśmy.
Obydwoje zasnęliśmy na tej starej kanapie, nawet nie wiedziałam do końca
dlaczego. Nie byliśmy zmęczeni po podróży, przecież nawet zdrzemnęliśmy się w
samolocie. Myślałam, że jak znajdziemy się już w moim mieszkaniu, to szybko je
ogarnę, żeby dało się w nim żyć przez te kilka dni, a potem zabiorę się za
przygotowywania, bo wiedziałam, że nie potrwają krótko. Tymczasem kiedy
otworzyłam oczy, leniwie sięgnęłam po telefon, schowany w tylnej kieszeni moich
spodni i zobaczyłam, która była godzina, zerwałam się na równe nogi, budząc
przy tym siatkarza, który spojrzał na mnie spod przymkniętych powiek i
przeciągnął się.
-
Luca, zasnęliśmy! – uświadomiłam go wspaniałomyślnie, na co ten wzruszył
ramionami. No tak, mężczyznom wszystko musiało zajmować mniej czasu, cudownie.
– Luca, za godzinę musimy wychodzić – dodałam wystraszona.
-
Zdążysz, jak przestaniesz krzyczeć – wymruczał ten, po czym przewrócił się na
bok.
-
Brak treningów ci nie służy – rzuciłam w jego stronę, idąc w stronę łazienki.
Wzięłam
tak szybki prysznic, na jaki było mnie w tamtej chwili stać. Zakręciłam na
głowie ręcznik, układając go w charakterystyczny turban i zabrałam się za
malowanie paznokci, które po kilku minutach i kilku tysiącach przekleństw także
były gotowe.
Przyjrzałam
się sobie w lustrze i podziękowałam wszechświatowi, że fazę cery trądzikowej
miałam już za sobą i zrobienie lekkiego, ale odświętnego makijażu nie wymagało godzin gimnastyki przed lustrem, po czym
wybiegłam z łazienki w poszukiwaniu walizki, w które znajdowała się moja
sukienka. W tym czasie Luca przemknął obok mnie i usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi, a po
chwili i wody odkręconej pod prysznicem.
Tymczasem
ja założyłam na siebie jasnoniebieską sukienkę koktajlową bez rękawów, którą
kupiłam jeszcze w Modenie. Była prosta, bez zbędnych ozdób i świecidełek, i
chyba właśnie tą prostotą mnie w sobie rozkochała. Zerknęłam w lustro w
przedpokoju i zorientowałam się, że nadal chodziłam z ręcznikiem na głowie.
Podeszłam do drzwi łazienkowych i zapukałam mocno trzy razy.
-
Wyłaź! – krzyknęłam. Po kilkunastu sekundach mężczyzna zakręcił wodę i wyszedł,
przepasany w biodrach ręcznikiem. Postarałam się zachować zimną krew i pokerową
twarz, nie okazując, że ten widok w jakikolwiek sposób mnie ruszył.
-
Tylko przestań krzyczeć – odpowiedział rozbawiony, po czym zabrał się za
wyjmowanie garnituru z walizki.
Ironia
losu polega na tym, że gdy masz zamiar cały dzień przesiedzieć w domu, twoje
włosy układają się idealnie, ale gdy chcesz już wyjść gdzieś ze znajomymi albo
idziesz na wesele, jak było w moim przypadku, absolutnie nic nie idzie z nimi
zrobić. Dlatego też nawet nie próbowałam żadnej z wymyślnych fryzur, tylko
upewniłam się, że nie wyglądam tragicznie z rozpuszczonymi włosami.
Przeczesałam je palcami i cicho westchnęłam. Mogłam się przygotować lepiej, ale
to nie była moja wina. To nie była moja wina.
Opuściłam
pomieszczenie, żeby oznajmić Vettoriemu, że musimy wychodzić, ale kiedy
zobaczyłam go w czarnymi garniturze, przez chwilę zapomniałam, o co mi
chodziło. Czy było możliwe, żeby wyglądał jeszcze lepiej?
-
Wychodzimy? – Uniósł brew, przyglądając mi się i tylko czekałam aż wybuchnie
śmiechem na widok mojej, zapewne przezabawnej, twarzy. Pokiwałam tylko głową i
spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do niewielkiej torebki. – Czemuś taka
małomówna? – Zapytał, po czym zaśmiał się cicho, kiedy nie otrzymał odpowiedzi.
– Przed chwilą przecież na mnie krzyczałaś.
-
Będziesz mi to wypominał do końca życia? – rzuciłam w jego stronę. Stałam już
przy drzwiach i zakładałam czarne buty na niezbyt wysokim obcasie. Nosiłam je
już wiele razy i wiedziałam, że byłam w stanie wytrzymać w nich całą noc.
-
Mam nadzieję – odparł zadowolony, opierając się o ścianę tuż obok mnie, przez
co naprawdę nie pomagał mi w moim obecnym napadzie nieśmiałości i niepewności.
Wyprostowałam
się, posłałam mu kolejne krótkie spojrzenie i dochodząc do wniosku, że
przyzwyczajałam się do tego widoku, że on naprawdę tam był i naprawdę był ze
mną.
A
po chwili wychodziliśmy już, zostawiając mieszkanie za sobą, a ruszając w stronę
kościoła, gdzie odbyć miała się ceremonia zaślubin.
Zawsze
zastanawiało mnie, dlaczego wszystkie kobiety płaczą na ślubach. Gdzie byś nie
spojrzał, czy to filmy, czy to książki – same płaczące bohaterki. Nie
rozumiałam tego aż to tego popołudnia. W sumie, nadal nie rozumiałam, dlaczego
przy wysłuchiwaniu wypowiadanych przez parę młodą słów przysięgi do moich
oczu napłynęły łzy wzruszenia, ale nie dałam im spłynąć na policzki, szybko
mrugając oczami. Luca przez cały czas przyglądał mi się z rozbawieniem w
oczach, za co za każdym razem dostawał kuksańca w bok, którego starałam się mu
wypłacać na tyle subtelnie, ale jednocześnie jak najmocniej, żeby nikt nie
zauważył.
Młoda
para prezentowała się oszałamiająco. Ania wybrała prześliczną suknię, która na
górze była bardzo dopasowana, podkreślając jej szczupłą sylwetkę, a od pasa
rozchodziła się we wszystkich kierunkach w postaci tiulowego klosza. Darek
natomiast prezentował się bardzo przystojnie w czarnym smokingu, ale nie mogłam
wyrzucić z głowy myśli, że dla mnie to jednak siatkarz siedzący obok wyglądał
lepiej.
Podeszłam
z życzeniami i prezentem kiedy tylko dostaliśmy się na salę bankietową przy
jednym z lepszych krakowskich hoteli, a Luca poszedł w moje ślady. Wyściskałam
parę, życzyłam im wszystkiego najlepszego, po czym przedstawiłam im Lucę.
-
Przyjaciele Gosi są naszymi przyjaciółmi – skomentowała wesoło Ania i puściła
do mnie oko, po czym musiała nas przeprosić i udać się przyjmować gratulacje od
innych gości.
Zajęłam
z siatkarzem przydzielone nam miejsca wśród innych przyjaciół i znajomych
sportowców pary, z którymi jednak nie miałam zbyt wielkiej ochoty rozmawiać.
Pochyliłam się więc odrobinę i ułożyłam głowę na ramieniu siatkarza, który był
na tyle wysoki, że pozycja była dla mnie bardzo wygodna. Mężczyzna chwycił moją
dłoń i delikatnie zacisnął na niej swoje palce. Mogliśmy przesiedzieć tak cały
wieczór, wiedziałam o tym i chyba o niczym innym tamtym momencie nie marzyłam.
Przyszedł
czas na pierwszy taniec pary młodej. Wszyscy zaproszeni zgromadzili się więc
przy parkiecie, robiąc miejsce na środku i patrzyli ze wzruszeniem na to, jak
Darek prowadził Anię i jak pięknie jej suknia błyszczała, kiedy światło
odpowiednio na nią padało. Przyszło mi nawet do głowy, że wyglądali jak książę i
księżniczka prosto z bajki Disney’a – piękni, wręcz nierealni.
W
pewnym momencie poczułam na szyi oddech Vettoriego, który pochylił się, by powiedzieć
mi coś do ucha. Byłam pewna, że znowu będzie się nabijał z tego, jacy wszyscy
byli tym momentem poruszeni i już szykowałam się do kolejnego ciosu w żebra,
kiedy dotarło do mnie, co tak naprawdę powiedział.
-
Nasz pierwszy taniec będzie o wiele lepszy. Możemy pomyśleć o nieco weselszym układzie choreograficznym – wyszeptał i bez słowa wyjaśnienia
wyprostował się, jakby nigdy nic wracając do obserwowania ruchów pary na
parkiecie.
Dzięki, miałam ochotę
powiedzieć, teraz nie będę się mogła na
niczym skupić oprócz tego, co właśnie powiedziałeś. Bo o co mu chodziło?
Czy przez te słowa chciał powiedzieć, że widzi nas za jakiś czas w miejscu Ani
i Darka? Czy chodziło mu o to, że dla niego nasza znajomość była na tyle
poważna, by w przyszłości myśleć o ślubie? Czy było zupełnie odwrotnie i miał
na myśli nasz pierwszy taniec zaraz po walcu angielskim młodej pary? Nie miałam
pojęcia i to mnie tak bardzo denerwowało. Miałam ochotę go do siebie przyciągnąć
i poprosić, żeby rozwinął tę myśl, bo zaczynałam czuć się bardzo niezręcznie,
ale właśnie w tamtym momencie kapela przestała grać walca i zabrała się za
bardziej współczesny kawałek, żeby goście mogli dołączyć do tańczących.
Nie
wiem, czego spodziewałam się po ruchach tanecznych siatkarza, ale jedno było
oczywiste – na dyskotekach bywał prawdopodobnie tak często jak ja, czyli nigdy,
i pozostawały nam najgłupsze i najdziwniejsze ruchy, jakie przyszły nam do
głowy. Przynajmniej mieliśmy niezły ubaw, a potem do naszego kółka zaczęły
dołączać coraz to nowe osoby, aż doszliśmy do wniosku, że chyba zaczęliśmy
wytyczać nowe trendy w świecie tańca.
W
sumie, nawet nie wypiliśmy dużo, a z początku odrobinę obawiałam się, że nie
będę potrafiła pijanego dwumetrowego olbrzyma odprowadzić po polskim weselu do domu.
Kilka kolejek, które później i tak wytańczyliśmy, w zupełności wystarczyło
(chociaż lepiej, żeby trenerzy się nie dowiedzieli), a do tego widok miny
siatkarza, kiedy chyba po raz pierwszy posmakował polskiej wódki, był
niezapomniany i naprawdę żałowałam, że nikt nie uwiecznił tego na zdjęciu, bo
przynajmniej miałabym czym go dręczyć.
Nie
rozmawialiśmy wiele z innymi ludźmi, raczej tylko między sobą. Czasem udało się
nam zagadnąć Anię, czasem Darka, ale obydwoje zaraz musieli gdzieś biec, bo
byli rozchwytywani przez rodzinę i przyjaciół, taki był los pary młodej.
Większość
wieczoru, potem także i nocy, spędziliśmy tańcząc, pokazując tym samym
wszystkim, jaką mieliśmy świetną kondycję przed sezonem.
Nad
ranem, kiedy większość gości już postanowiła pójść odpocząć, my nadal dzielnie
trzymaliśmy się na parkiecie. Wydawało mi się, że przetańczyliśmy więcej
piosenek niż nowożeńcy, co było sytuacją naprawdę kuriozalną. Kapela grała już
zdecydowanie spokojniejsze kawałki, jako że duża część pozostałych chyba
zaczynała trzeźwieć.
Usłyszałam
dziwnie znaną melodię, której nie mogłam podpasować pod żaden z tytułów, ale
nie zdążyłam nic powiedzieć, nijak zareagować, bo Luca już ponownie ciągnął
mnie do tańca, co było przezabawne i jednocześnie przeurocze.
-
Znam tę piosenkę – oznajmił, patrząc mi w oczy – śpiewałaś ją, kiedy byłem w
twoim pokoju na igrzyskach.
Nie
rozumiałam, o co mu chodziło, dopóki wykonawca nie przeszedł do refrenu.
-
Zostań, potrzebuję cię tu –
zaśpiewałam z uśmiechem po raz drugi w jego obecności, zastanawiając się, czy naprawdę to
miałam na myśli. Wychodziło na to, że tak, bo kontynuowałam, mimo że na pewno
nie rozumiał tekstu. – Zostań, poukładaj
mi sny, jeden z nich na pewno to ty.
-
O czym...? – chciał zapytać, ale nie musiał kończyć.
-
O miłości – odparłam krótko, nie siląc się na rozbudowane wypowiedzi i
wzruszyłam ramionami. Mało było na tym świecie piosenek o miłości?
-
To mogłaby być nasza piosenka, jest z nami prawie od samego początku naszej
znajomości – powiedział nieśmiało, a ja odpowiedziałam promiennym uśmiechem.
Zamilkliśmy
i tańczyliśmy dalej. Do naszej piosenki.
_________________________
Aw, aw, aw, słodycz zabija. Trzeba coś z tym zrobić.
ej! co to znaczy "trzeba coś z tym zrobić"? są bardzo uroczy razem.
OdpowiedzUsuń