niedziela, 2 listopada 2014

Rozdział 17

                 Nie mogłam doczekać się wesela Ani i Darka. Po części dlatego, że po prostu bardzo cieszyłam się ich szczęściem, a po części dlatego, że w końcu miałam okazję pokazać się wśród znajomych olimpijczyków z Lucą.
                 Przylecieliśmy do Krakowa wczesnym rankiem w dzień, w który miał odbyć się ślub. Od razu zaprowadziłam siatkarza do swojego obecnie nieużywanego mieszkania, w którym każda półka i każdy zakamarek był już pokryty kurzem. Dobrze, że przed wyjazdem zdążyłam chociaż przykryć czerwoną kanapę starym prześcieradłem, dzięki czemu można było z niej korzystać bez potrzeby odkurzania i bez zbędnego kichania.
                 Zaraz na wejściu obiecałam mu, że od razu zabiorę się za sprzątanie, bo wcześniej nie miałam okazji, ale ten złapał mnie za nadgarstek, przyciągnął do siebie, a chwilę później leżeliśmy na sofie. Dokładniej rzecz ujmując, on leżał na sofie, a ja leżałam na nim.
                 - Naprawdę muszę tu ogarnąć, zaraz będziemy musieli zbierać się do kościoła, a ja przecież spędzę tydzień w łazience – oznajmiłam mu, chociaż tak naprawdę miałam wielką nadzieję, że każe mi zostać na miejscu i nawet nie myśleć o sprzątaniu.
                 Siatkarz nic nie powiedział, tylko pogładził dłonią mój policzek, co było wystarczającym argumentem, żeby jednak się nie ruszyć.
                 Nie miałam pojęcia, jak szybko czas mijał w jego objęciach.
                 Zasnęliśmy. Obydwoje zasnęliśmy na tej starej kanapie, nawet nie wiedziałam do końca dlaczego. Nie byliśmy zmęczeni po podróży, przecież nawet zdrzemnęliśmy się w samolocie. Myślałam, że jak znajdziemy się już w moim mieszkaniu, to szybko je ogarnę, żeby dało się w nim żyć przez te kilka dni, a potem zabiorę się za przygotowywania, bo wiedziałam, że nie potrwają krótko. Tymczasem kiedy otworzyłam oczy, leniwie sięgnęłam po telefon, schowany w tylnej kieszeni moich spodni i zobaczyłam, która była godzina, zerwałam się na równe nogi, budząc przy tym siatkarza, który spojrzał na mnie spod przymkniętych powiek i przeciągnął się.
                 - Luca, zasnęliśmy! – uświadomiłam go wspaniałomyślnie, na co ten wzruszył ramionami. No tak, mężczyznom wszystko musiało zajmować mniej czasu, cudownie. – Luca, za godzinę musimy wychodzić – dodałam wystraszona.
                 - Zdążysz, jak przestaniesz krzyczeć – wymruczał ten, po czym przewrócił się na bok.
                 - Brak treningów ci nie służy – rzuciłam w jego stronę, idąc w stronę łazienki.
                 Wzięłam tak szybki prysznic, na jaki było mnie w tamtej chwili stać. Zakręciłam na głowie ręcznik, układając go w charakterystyczny turban i zabrałam się za malowanie paznokci, które po kilku minutach i kilku tysiącach przekleństw także były gotowe.
                 Przyjrzałam się sobie w lustrze i podziękowałam wszechświatowi, że fazę cery trądzikowej miałam już za sobą i zrobienie lekkiego, ale odświętnego makijażu nie wymagało godzin gimnastyki przed lustrem, po czym wybiegłam z łazienki w poszukiwaniu walizki, w które znajdowała się moja sukienka. W tym czasie Luca przemknął obok mnie i  usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi, a po chwili i wody odkręconej pod prysznicem.
                 Tymczasem ja założyłam na siebie jasnoniebieską sukienkę koktajlową bez rękawów, którą kupiłam jeszcze w Modenie. Była prosta, bez zbędnych ozdób i świecidełek, i chyba właśnie tą prostotą mnie w sobie rozkochała. Zerknęłam w lustro w przedpokoju i zorientowałam się, że nadal chodziłam z ręcznikiem na głowie. Podeszłam do drzwi łazienkowych i zapukałam mocno trzy razy.
                 - Wyłaź! – krzyknęłam. Po kilkunastu sekundach mężczyzna zakręcił wodę i wyszedł, przepasany w biodrach ręcznikiem. Postarałam się zachować zimną krew i pokerową twarz, nie okazując, że ten widok w jakikolwiek sposób mnie ruszył.
                 - Tylko przestań krzyczeć – odpowiedział rozbawiony, po czym zabrał się za wyjmowanie garnituru z walizki.
                 Ironia losu polega na tym, że gdy masz zamiar cały dzień przesiedzieć w domu, twoje włosy układają się idealnie, ale gdy chcesz już wyjść gdzieś ze znajomymi albo idziesz na wesele, jak było w moim przypadku, absolutnie nic nie idzie z nimi zrobić. Dlatego też nawet nie próbowałam żadnej z wymyślnych fryzur, tylko upewniłam się, że nie wyglądam tragicznie z rozpuszczonymi włosami. Przeczesałam je palcami i cicho westchnęłam. Mogłam się przygotować lepiej, ale to nie była moja wina. To nie była moja wina.
                 Opuściłam pomieszczenie, żeby oznajmić Vettoriemu, że musimy wychodzić, ale kiedy zobaczyłam go w czarnymi garniturze, przez chwilę zapomniałam, o co mi chodziło. Czy było możliwe, żeby wyglądał jeszcze lepiej?
                 - Wychodzimy? – Uniósł brew, przyglądając mi się i tylko czekałam aż wybuchnie śmiechem na widok mojej, zapewne przezabawnej, twarzy. Pokiwałam tylko głową i spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do niewielkiej torebki. – Czemuś taka małomówna? – Zapytał, po czym zaśmiał się cicho, kiedy nie otrzymał odpowiedzi. – Przed chwilą przecież na mnie krzyczałaś.
                 - Będziesz mi to wypominał do końca życia? – rzuciłam w jego stronę. Stałam już przy drzwiach i zakładałam czarne buty na niezbyt wysokim obcasie. Nosiłam je już wiele razy i wiedziałam, że byłam w stanie wytrzymać w nich całą noc.
                 - Mam nadzieję – odparł zadowolony, opierając się o ścianę tuż obok mnie, przez co naprawdę nie pomagał mi w moim obecnym napadzie nieśmiałości i niepewności.
                 Wyprostowałam się, posłałam mu kolejne krótkie spojrzenie i dochodząc do wniosku, że przyzwyczajałam się do tego widoku, że on naprawdę tam był i naprawdę był ze mną.
                 A po chwili wychodziliśmy już, zostawiając mieszkanie za sobą, a ruszając w stronę kościoła, gdzie odbyć miała się ceremonia zaślubin.


                 Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego wszystkie kobiety płaczą na ślubach. Gdzie byś nie spojrzał, czy to filmy, czy to książki – same płaczące bohaterki. Nie rozumiałam tego aż to tego popołudnia. W sumie, nadal nie rozumiałam, dlaczego przy wysłuchiwaniu wypowiadanych przez parę młodą słów przysięgi do moich oczu napłynęły łzy wzruszenia, ale nie dałam im spłynąć na policzki, szybko mrugając oczami. Luca przez cały czas przyglądał mi się z rozbawieniem w oczach, za co za każdym razem dostawał kuksańca w bok, którego starałam się mu wypłacać na tyle subtelnie, ale jednocześnie jak najmocniej, żeby nikt nie zauważył.
                 Młoda para prezentowała się oszałamiająco. Ania wybrała prześliczną suknię, która na górze była bardzo dopasowana, podkreślając jej szczupłą sylwetkę, a od pasa rozchodziła się we wszystkich kierunkach w postaci tiulowego klosza. Darek natomiast prezentował się bardzo przystojnie w czarnym smokingu, ale nie mogłam wyrzucić z głowy myśli, że dla mnie to jednak siatkarz siedzący obok wyglądał lepiej.
                 Podeszłam z życzeniami i prezentem kiedy tylko dostaliśmy się na salę bankietową przy jednym z lepszych krakowskich hoteli, a Luca poszedł w moje ślady. Wyściskałam parę, życzyłam im wszystkiego najlepszego, po czym przedstawiłam im Lucę.
                 - Przyjaciele Gosi są naszymi przyjaciółmi – skomentowała wesoło Ania i puściła do mnie oko, po czym musiała nas przeprosić i udać się przyjmować gratulacje od innych gości.
                 Zajęłam z siatkarzem przydzielone nam miejsca wśród innych przyjaciół i znajomych sportowców pary, z którymi jednak nie miałam zbyt wielkiej ochoty rozmawiać. Pochyliłam się więc odrobinę i ułożyłam głowę na ramieniu siatkarza, który był na tyle wysoki, że pozycja była dla mnie bardzo wygodna. Mężczyzna chwycił moją dłoń i delikatnie zacisnął na niej swoje palce. Mogliśmy przesiedzieć tak cały wieczór, wiedziałam o tym i chyba o niczym innym  tamtym momencie nie marzyłam.
                 Przyszedł czas na pierwszy taniec pary młodej. Wszyscy zaproszeni zgromadzili się więc przy parkiecie, robiąc miejsce na środku i patrzyli ze wzruszeniem na to, jak Darek prowadził Anię i jak pięknie jej suknia błyszczała, kiedy światło odpowiednio na nią padało. Przyszło mi nawet do głowy, że wyglądali jak książę i księżniczka prosto z bajki Disney’a – piękni, wręcz nierealni.
                 W pewnym momencie poczułam na szyi oddech Vettoriego, który pochylił się, by powiedzieć mi coś do ucha. Byłam pewna, że znowu będzie się nabijał z tego, jacy wszyscy byli tym momentem poruszeni i już szykowałam się do kolejnego ciosu w żebra, kiedy dotarło do mnie, co tak naprawdę powiedział.
                 - Nasz pierwszy taniec będzie o wiele lepszy. Możemy pomyśleć o nieco weselszym układzie choreograficznym – wyszeptał i bez słowa wyjaśnienia wyprostował się, jakby nigdy nic wracając do obserwowania ruchów pary na parkiecie.
                 Dzięki, miałam ochotę powiedzieć, teraz nie będę się mogła na niczym skupić oprócz tego, co właśnie powiedziałeś. Bo o co mu chodziło? Czy przez te słowa chciał powiedzieć, że widzi nas za jakiś czas w miejscu Ani i Darka? Czy chodziło mu o to, że dla niego nasza znajomość była na tyle poważna, by w przyszłości myśleć o ślubie? Czy było zupełnie odwrotnie i miał na myśli nasz pierwszy taniec zaraz po walcu angielskim młodej pary? Nie miałam pojęcia i to mnie tak bardzo denerwowało. Miałam ochotę go do siebie przyciągnąć i poprosić, żeby rozwinął tę myśl, bo zaczynałam czuć się bardzo niezręcznie, ale właśnie w tamtym momencie kapela przestała grać walca i zabrała się za bardziej współczesny kawałek, żeby goście mogli dołączyć do tańczących.
                 Nie wiem, czego spodziewałam się po ruchach tanecznych siatkarza, ale jedno było oczywiste – na dyskotekach bywał prawdopodobnie tak często jak ja, czyli nigdy, i pozostawały nam najgłupsze i najdziwniejsze ruchy, jakie przyszły nam do głowy. Przynajmniej mieliśmy niezły ubaw, a potem do naszego kółka zaczęły dołączać coraz to nowe osoby, aż doszliśmy do wniosku, że chyba zaczęliśmy wytyczać nowe trendy w świecie tańca.
                 W sumie, nawet nie wypiliśmy dużo, a z początku odrobinę obawiałam się, że nie będę potrafiła pijanego dwumetrowego olbrzyma odprowadzić po polskim weselu do domu. Kilka kolejek, które później i tak wytańczyliśmy, w zupełności wystarczyło (chociaż lepiej, żeby trenerzy się nie dowiedzieli), a do tego widok miny siatkarza, kiedy chyba po raz pierwszy posmakował polskiej wódki, był niezapomniany i naprawdę żałowałam, że nikt nie uwiecznił tego na zdjęciu, bo przynajmniej miałabym czym go dręczyć.
                 Nie rozmawialiśmy wiele z innymi ludźmi, raczej tylko między sobą. Czasem udało się nam zagadnąć Anię, czasem Darka, ale obydwoje zaraz musieli gdzieś biec, bo byli rozchwytywani przez rodzinę i przyjaciół, taki był los pary młodej.
                 Większość wieczoru, potem także i nocy, spędziliśmy tańcząc, pokazując tym samym wszystkim, jaką mieliśmy świetną kondycję przed sezonem.
                 Nad ranem, kiedy większość gości już postanowiła pójść odpocząć, my nadal dzielnie trzymaliśmy się na parkiecie. Wydawało mi się, że przetańczyliśmy więcej piosenek niż nowożeńcy, co było sytuacją naprawdę kuriozalną. Kapela grała już zdecydowanie spokojniejsze kawałki, jako że duża część pozostałych chyba zaczynała trzeźwieć.
                 Usłyszałam dziwnie znaną melodię, której nie mogłam podpasować pod żaden z tytułów, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, nijak zareagować, bo Luca już ponownie ciągnął mnie do tańca, co było przezabawne i jednocześnie przeurocze.
                 - Znam tę piosenkę – oznajmił, patrząc mi w oczy – śpiewałaś ją, kiedy byłem w twoim pokoju na igrzyskach.
                 Nie rozumiałam, o co mu chodziło, dopóki wykonawca nie przeszedł do refrenu.
                 - Zostań, potrzebuję cię tu – zaśpiewałam z uśmiechem po raz drugi w jego obecności, zastanawiając się, czy naprawdę to miałam na myśli. Wychodziło na to, że tak, bo kontynuowałam, mimo że na pewno nie rozumiał tekstu. – Zostań, poukładaj mi sny, jeden z nich na pewno to ty.
                 - O czym...? – chciał zapytać, ale nie musiał kończyć.
                 - O miłości – odparłam krótko, nie siląc się na rozbudowane wypowiedzi i wzruszyłam ramionami. Mało było na tym świecie piosenek o miłości?
                 - To mogłaby być nasza piosenka, jest z nami prawie od samego początku naszej znajomości – powiedział nieśmiało, a ja odpowiedziałam promiennym uśmiechem.
                 Zamilkliśmy i tańczyliśmy dalej. Do naszej piosenki.



_________________________
Aw, aw, aw, słodycz zabija. Trzeba coś z tym zrobić.

1 komentarz:

  1. ej! co to znaczy "trzeba coś z tym zrobić"? są bardzo uroczy razem.

    OdpowiedzUsuń