piątek, 28 listopada 2014

Rozdział 21

                   Obudziły mnie znajomo brzmiące głosy należące do dwójki moich przyjaciół, którzy akurat ze sobą rozmawiali. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po dziwnie jasnym pomieszczeniu, które już na pierwszy rzut oka raziło sterylnością.
                   - Gośka, dzięki Bogu – Ania poderwała się ze swojego krzesła i sekundę później stała już przy łóżku, w którym leżałam. – Lekarze mówią, że to nic poważnego, ale potrzebujesz chyba poważnej rozmowy. Podobno omdlałaś z wycieńczenia, tak powiedział nam twój doktor. Teraz mam wyrzuty sumienia, bo nawet nie sprawdzałam, czy coś jadłaś od kiedy...
                   Nie musiała kończyć, bo właśnie wszystko, co do tej pory nie dawało mi spać, wróciło i uderzyło mnie z takim impetem, że podskoczyłam na łóżku.
                   - Kochana, nie, nie rozklejaj mi się tutaj, to wszystko już minęło, przeszło, słyszysz? Przecież już o nim nie pamiętałaś.
                   - Tak – wyszeptałam cicho. Kłamałam, to było oczywiste, widziałam to w oczach przyjaciółki.
                   - No widzisz – uśmiechnęła się sztucznie, ciągnąc kłamstwa dalej. – Skoro już był ci obojętny, to nie ma co płakać. Musisz teraz szybko wrócić do zdrowia, chcesz przecież dalej startować, prawda?
                   - Nie wiem – odparłam ponownie szeptem, skupiając wzrok na niewielkiej plamce na prawie nieskazitelnie białym suficie.
                   - Nie ma się co poddawać. Przeszkody są po to, żeby je pokonywać, pamiętasz, kochana?
                   - Anka, daj jej już spokój, dopiero się obudziła – powiedział cicho jej mąż, zbliżając się do łóżka. – Pewnie chce sobie odpocząć.
                   Byłam mu naprawdę za to wdzięczna. Chyba. Nie do końca jeszcze wiedziałam, co czułam, na razie wszystko działo się o wiele za szybko.
                   - Zapomniałam o jedzeniu – powiedziałam bardziej do siebie niż do nich. – Kiedy wracam do domu? – Przeniosłam wzrok na parę przede mną.
                   - Pozostanie pani na obserwacji jeszcze dzień czy dwa, a potem panią wypiszemy. Nic poważnego nie miało miejsca, wszystkie kości, wszystkie stawy mają się bardzo dobrze, jest pani za to wygłodzona i za pewne to było przyczyną utraty przytomności. – W progu Sali pojawił się niski, krępy mężczyzna w białym fartuchu, który był na niego zdecydowanie za ciasny.
                   W odpowiedzi tylko pokiwałam głową.
                   - Powinniśmy skierować panią do psychologa, bo zaburzenia odżywiania to bardzo poważna sprawa.
                   - To nie są zaburzenia odżywiania, proszę mi uwierzyć – odparłam cicho. – Po prostu byłam bardzo zajęta i nie było sposobności...
                   - Tak to się zaczyna, proszę pani, i nie wolno tego bagatelizować.
                   Dostałam bardzo długi i bardzo staranny wykład o tym, jak bardzo ważne jest racjonalne żywienie, zwłaszcza, kiedy wyczynowo uprawia się sport. Wszystko to od dawna wiedziałam, a poza tym miałam ochotę mu przerwać i oznajmić, że w jego kompetencjach, jako mojego lekarza, nie leżała edukacja żywieniowa, ale postanowiłam być miła. Poza tym, nie miałam siły się odezwać i nie miałam ochoty tego robić.
                   - Teraz proszę odpoczywać. W kroplówce znajdują się najpotrzebniejsze substancje odżywcze, które pomogą pani stanąć na nogi. To wszystko z mojej strony – oznajmił mężczyzna, po czym opuścił pomieszczenie.
                   Przez dłuższą chwilę panowała cisza i już chciałam się odezwać, kiedy zorientowałam się, że byłam całkiem sama. Nie zauważyłam nawet, kiedy moi przyjaciele wyszli – czy zrobili to zaraz, kiedy doktor wszedł, czy kiedy jego wykład zrobił się tragicznie nudny. A może wyszli na długo po nim, a ja nawet nie zdałam sobie z tego sprawy? Przestraszyłam się i musiałam wziąć kilka długich i głębokich wdechów, żeby się uspokoić.


                   Następnego dnia mogłam już wrócić do mojego krakowskiego mieszkania z zaleceniami (bardziej dla moich przyjaciół niż dla mnie), żeby pilnować ilości przyjmowanych przeze mnie pokarmów i płynów, chociaż zapewniałam wszystkich, że przecież pamiętałam, że przecież byłam sportowcem i nie w głowie mi były wybryki związane z żywieniem. Dosyć miałam problemów na głowie.
                   Wszystkie te dni spędzałam sama, głównie na rozmyślaniu i rozpamiętywaniu przeszłości. Przestałam się tak często ruszać z domu, bo straciłam do tego wszelką ochotę. Najczęściej po prostu siedziałam, czy też leżałam na kanapie otulona kocami i patrzyłam intensywnym wzrokiem w ekran telewizora, którego często zapominałam włączać. Mało się ruszałam, niewiele jadłam, rzadko kiedy przesypiałam noc.
                   Rzeczywistość nieco nabierała kolorów, kiedy odwiedzali mnie przyjaciele. Miło spędzaliśmy czas, ale kiedy tylko zamykali za sobą drzwi, cała wesołość odchodziła razem z nimi. Przez chwilę przeszło mi nawet przez myśl, że mogłam przez tego jednego jedynego człowieka nabawić się poważnej depresji, ale przecież to było niemożliwe. Depresja spowodowana jest poważnymi problemami, a nie niezdecydowanymi idiotami.
                   Któregoś z kolejnych dni usłyszałam ciche pukanie do drzwi, bez namysłu więc podniosłam się by otworzyć, będąc pewną, że było to któreś z dwójki przyjaciół, którzy postanowili wpaść po popołudniowym treningu. Uśmiechnęłam się więc tak pogodnie, jak tylko potrafiłam i tuż po tym, jak nacisnęłam klamkę, uniosłam wzrok, by się przywitać.
                   Atak serca. To była moja pierwsza myśl. Na widok bardzo dobrze znanej mi twarzy moje serce najpierw na chwilę całkowicie się zatrzymało, a potem ruszyło ze zdwojoną prędkością. Poczułam suchość w ustach i chyba nawet nie byłam w stanie mrugnąć.
                   Widok Luci Vettoriego stojącego tuż przede mną był ostatnią rzeczą, której w tamtym momencie bym się spodziewała.
                   Mężczyzna uważnie mi się przyglądał, wydawało mi się nawet, że i on przeżywa swój atak serca, ale przecież to nie było możliwe. Przecież on nie miał serca.
                   - Nie – powiedziałam cicho, nie odrywając od niego wzroku. – Nie – powtórzyłam.
                   - Gosia, chciałem ci coś powiedzieć – zaczął siatkarz, nie odrywając ode mnie wzroku i unosząc dłonie, jakby chciał pokazać, że był bezbronny.
                   - A ja nie mam ochoty cię słuchać – odparłam cicho, czując, że do oczu napływały mi łzy. Bałam się tego, co widziałam. Co, jeśli przyjechał tu specjalnie dla mnie? Przebył tyle kilometrów, żeby ze mną porozmawiać, wydał tyle pieniędzy i to na marne, bo nie miałam zamiaru go wpuszczać. Ale co, jeśli w ogóle go tutaj nie było i właśnie rozmawiałam z powietrzem? Może było ze mną na tyle źle, że mój mózg postanowił wymyślić sobie jego obecność, żeby urozmaicić mój dzień. Ujawniały się właśnie moje największe pragnienia. I największe obawy jednocześnie. Tak bardzo chciałam, żeby był prawdziwy, podszedł, przytulił, powiedział, że tak naprawdę nigdy nie mnie zranił, że to był tylko dziwny sen i wszystko było dobrze. W tym samym czasie miałam wielką nadzieję, że siedział właśnie wtedy w tej swojej zimnej zasranej Rosji i cierpiał bardziej ode mnie.
                   - Daj mi dojść do słowa – dodał błagalnym tonem. Dostrzegłam łzy w jego oczach. Prawie płakał. Było mu przykro, widziałam to i nawet przez chwilę się zawahałam. Chciał mnie przeprosić, wiedziałam to bardzo dobrze.
                   Nie mogłam mu na to pozwolić. Nie zważając na to, jak bardzo chciałam do niego wrócić, nie mogłam tego zrobić. Dosyć złego przez niego mi się przytrafiło. Nie mogłam być taka łatwa do zdobycia. Poza tym, rósł we mnie poziom gniewu. Nigdy bym nie przypuszczała, że wścieknę się tak na widok kogokolwiek kiedykolwiek, a tym bardziej, że będzie nim młody siatkarz o takiej aparycji.
                   - Nie chcę – wyszeptałam. – Proszę cię, wyjdź.
                   - Gosia...
                   - Wyjdź – powtórzyłam. Bałam się, że jeśli zaraz tego nie zrobi, zmienię zdanie. Musiałam się trzymać swojego. A on musiał mnie posłuchać. Bałam się również tego, że jeśli tego nie zrobi, rzucę się na niego z gołymi pięściami i zatłukę na miejscu.

                   Mężczyzna zwiesił głowę, odwrócił się i opuścił pomieszczenie. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, już niczego nie widziałam. Cały świat przesłoniły mi łzy.

________________
za tydzień ostatni

4 komentarze:

  1. OSTATNI? ale... boże, jak ty to skończysz? i ej, Gosia, jedz. no i zanim pobijesz Lucę to daj mu coś powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to ostatni? Już? Szkoda...Ale mam nadzieję, że mimo wszystko Gosia porozmawia z Lucą. Nie wiem po co, ale chciałabym by to zrobiła.

    OdpowiedzUsuń
  3. powiedz mi, że źle przeczytałam i to wcale nie będzie ostatni. nie może być.
    i w ogóle oni muszą to sobie wyjaśnić. ja tak chcę. no bo jak to tak, że niby koniec między nimi? nie zgadzam się.

    OdpowiedzUsuń
  4. i bardzo dobrze, że dała mu kopa w dupę, niech spada. skoro wcześniej nie umiał docenić jej obecności to niech teraz nie wtranżala się w jej życie, skoro z nią i tak nie jest za dobrze.

    OdpowiedzUsuń