piątek, 21 listopada 2014

Rozdział 20

                 Minęło trochę czasu i w sumie chyba mi przeszło.
                 Rozpoczął się kolejny sezon, podczas którego postanowiłam skupić się tylko i wyłącznie na trenowaniu i startach w zawodach i nie przejmować się za bardzo niczym poza sportową stroną mojego życia. Czasami wieczorami, kiedy nie miałam co robić i nachodziło mnie dziwne uczucie samotności, wydawało mi się, że zmieniałam się w automat. Zaczynałam żyć jak robot, który pracował, spał, bez czasu na uczucia, rodzinę, która dawno o mnie zapomniała i przyjaciół. Tego ostatniego chyba żałowałam najbardziej i nie miałam pojęcia, jak to naprawić, chociaż tak bardzo chciałam móc znowu porozmawiać z Anią i Darkiem. Potem jednak zasypiałam, przychodził nowy dzień, przychodził kolejny trening i wracałam do rutyny.
                 Luca Vettori nie odezwał się do mnie słowem odkąd postanowił naszą znajomość zakończyć kilka miesięcy wcześniej. Nie przeszkadzało mi to, chociaż gdy czasem mijałam jego stare mieszkanie w Modenie, w której nadal trenowałam, czułam coś jakby ukłucie tuż pod sercem, szybko więc odwracałam wtedy wzrok i szłam przed siebie. Później omijałam dobrze znaną mi uliczkę, by nie musieć patrzeć na znajome drewniane drzwi frontowe.
                 Żyłam rutyną, która w sumie przestawała mi przeszkadzać. Spać, jeść, trenować. Spać, jeść, trenować. I tak w kółko, takie miałam wrażenie.
                 Pewnego dnia jednak w końcu uderzyło mnie to, jakim robotem bez duszy się stałam. Rutyna, owszem, była mi nawet potrzebna w życiu, bo była jedyną rzeczą, która sprawiała, że czułam się bezpiecznie i stabilnie. Ale czy i przyjaciele nie powinni zapewniać poczucia stabilności i bezpieczeństwa?
                 Tego samego dnia zadzwoniłam do Ani, by oznajmić, że kiedy tylko znajdę kilka wolnych dni, przylatuję do Krakowa. Przeprosiłam ją za to, że się nie odzywałam, za co najpierw nieźle dostałam po głowie, ale potem wszystko wróciło do normy.



                 Moje krakowskie mieszkanie wydawało się jeszcze bardziej puste niż poprzednim razem. Naprawdę miałam wrażenie, że nie zostało w nim już nic więcej oprócz starej kanapy, stolika do kawy i telewizora, który był włączony właściwie non stop, kiedy nigdzie nie wychodziłam.
                 Słuchałam muzyki, ale kiedy nagle wszystkie muzyczne stacje zasypywały widzów reklamami, postanowiłam poszukać jakiegoś ciekawego i może nawet ambitnego programu na wieczór. Naciskałam guzik pilota i patrzyłam, jak obrazy na ekranie zmieniają się z sekundy na sekundę. W końcu, jakby odruchowo, mój wzrok przyciągnął jeden ze sportowych kanałów transmitujący siatkarska ligę mistrzów, tak mi się przynajmniej wydawało. Nie przełączyłam więc na kolejną stację, uważnie przyglądając się zawodnikom na boisku.
                 I wtedy go zobaczyłam.
                 - Och, cześć, co słychać? – rzuciłam w stronę telewizora, czując, jak w gardle rośnie mi gula.
                 Spod zmrużonych powiek obserwowałam, jak Vettori w koszulce swojego nowego klubu pewnym krokiem zmierza za dziewiąty metr, żeby wykonać zagrywkę. Widziałam dokładnie, jak wyrzuca sobie piłkę do góry, wykonuje kilka kroków nabiegu, wysoko wyskakuje i uderza żółto-granatowy obiekt, trafiając idealnie. Przeciwnik nie miał szans poradzić sobie z tak wykonanym serwisem, więc skończyło się to punktem dla drużyny Włocha.
                 - Pamiętasz, jak powiedziałeś mi kiedyś, że moja obecność na hali dodaje ci skrzydeł? – zadałam pytanie nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. – Myślę, że kłamałeś – dodałam po chwili.
                 Zespoły rozgrywały kolejne akcje. Wyciszyłam telewizor, bo nie miałam ochoty słuchać komentatorów wykrzykujących znane mi nazwiska, w tym to jedno szczególne. Nie miałam ochoty słuchać dopingującej publiczności, która w tamtym momencie była dla mnie zbyt głośna. Chciałam posłuchać ciszy, która zawsze była dla mnie czymś przyjemnym i kojarzyła mi się z pięknymi chwilami spędzonymi właśnie z nim w Modenie.
                 Cisza.
                 Cisza, tylko ty i ja.
                 I dzielące nas szkło, które sprawiało, że przez chwilę myślałam, że wcale nie dzieliły nas tysiące kilometrów.
                 Zacisnęłam powieki i pokręciłam głową. Chyba jednak nie było ze mną tak dobrze, jak myślałam, że było. A przynajmniej było dobrze dopóki go ponownie nie zobaczyłam.
                 - Wariuję – wyszeptałam.
                 Chyba właśnie dlatego przed tamtymi igrzyskami byłam taką zdecydowaną singielką, stanowczo odmawiającą wszelkim zalotom ze strony płci męskiej. Moim zdaniem zakochani zawsze byli ludźmi szalonymi i kompletnie nieprzewidywalnymi, a ja tego nie potrzebowałam. Wtedy pojawił się on i sprawił, że o moich poglądach całkiem zapomniałam, a teraz żałowałam. Najbardziej chyba żałowałam tego, że bycie częścią czegoś tak niezwykłego tak bardzo mi się spodobało, że bez niego zaczynałam wariować. A chciałam być silna. Musiałam być silna, bo nic innego mi już nie pozostało.
                 Kolorowy ekran ponownie przyciągnął mój wzrok, a odnalezienie na boisku Vettoriego nie było dla mnie trudnym zadaniem.
                 - Przecież gdybym dodawała ci skrzydeł, teraz byś tak nie grał – powiedziałam cicho po jego kolejnym już świetnie wykonanym ataku. – Gdybym wiedziała, że ci przeszkadzam, nie przychodziłabym na twoje mecze, kretynie – kontynuowałam swój wywód w stronę telewizora.
                 Nawet nie miałabym mu za złe, gdybym usłyszała coś takiego z jego ust. Zawsze chciałam, żeby grał jak najlepiej, żeby był coraz lepszy w swoim fachu i nie chciałam mu zawadzać. Nie chciałam nikomu zawadzać. Dobrze więc, że uprawiałam dyscyplinę tak indywidualną, że nikogo nie musiałam przepraszać za swoje błędy. Nikogo oprócz siebie, ale lepiej mieć na sumieniu tylko swoją porażkę, nie całej drużyny. Tak było łatwiej.
                 Westchnęłam głęboko i wstałam. Chwilę pochodziłam po pokoju, co jakiś czas zerkając kątem oka w stronę telewizora. Nie trwało to długo, bo po kilkunastu sekundach ponownie usiadłam.
                 Kilka westchnięć później znów się odezwałam.
                 - Tęsknisz za mną chociaż troszeczkę? – wyszeptałam w końcu, czując jak do oczu napływają mi łzy. Od początku chciałam zadać mu to pytanie, chociaż zdawałam sobie sprawę z tego, że to nie była prawdziwa rozmowa i nie mogłam oczekiwać odpowiedzi. – Ja za tobą cholernie, chociaż nie chcę się do tego przed nikim przyznać, nawet przed samą sobą... ale chyba właśnie to zrobiłam – dodałam, opuszczając wzrok.
                 Mężczyzna za szkłem nawet nie spojrzał w moją stronę, za bardzo koncentrował się na swojej grze i na tym, żeby upewnić się, że po następnym spektakularnym ataku piłka odbije się od parkietu wysoko w górę. Uznałam, że nie była to raczej odpowiedź twierdząca.
                 Musiałam ponownie wstać, żeby rozchodzić wszystkie myśli, które zatruwały w tamtym momencie mój umysł. Po chwili stwierdziłam jednak, że chodzenie nie wystarczało, że chciałam pobiegać, ale odkładałam to na tyle długo, na ile się dało i starałam się wmówić sobie, że to nie po to, by jeszcze przez chwilę nacieszyć się jego widokiem.
                 Uznałam, że dobrym czynnikiem relaksacyjnym może być muzyka, sięgnęłam więc ręką do radia i włączyłam ulubioną stację pozwalając, by dźwięki zagłuszyły słuchanej dotąd przeze mnie ciszy. Nie spodobali mi się jednak smęcący wykonawcy, którzy tylko pogarszali sprawę, która i tak była już beznadziejna. Rozpaczliwie atakowałam przycisk, żeby zmienić stację, ale chyba wszyscy tam się zmówili i stwierdzili, że mnie dobiją najsmutniejszymi piosenkami, jakie tylko znajdą.
                 - To są kurwa jakieś żarty – wymruczałam, kiedy nie znalazłam niczego, co mogłoby mi pomóc.
                 W końcu nie pozostało mi już nic innego, chwyciłam więc moje ulubione buty do biegania w kolorze odblaskowej zieleni, założyłam je i wyszłam z domu, nawet nie przejmując się za bardzo tym, czy zgasiłam światło. Potrzebowałam porządnego wysiłku, żeby razem z potem pozbyć się wszystkich negatywnych emocji, które wręcz we mnie kipiały.
                 Biegłam cały czas przed siebie, wsłuchując się w miarowe tempo odgłosu moich kroków. Ta ich monotonia chyba mnie uspokajała.
                 Nie zorientowałam się nawet, kiedy świat stał się jakiś taki bardziej zamazany. Dopiero kiedy dotknęłam opuszkami palców swoich policzków, zorientowałam się, że płakałam. Ale właściwie dlaczego?
                 Nie rozumiałam samej siebie, nie rozumiałam swoich emocji, nie rozumiałam tych wszystkich uczuć, które najpierw sprawiły, że miałam wrażenie, że mogłam siłą woli przenieść Giewont pod Rzym, a teraz były przyczyną mokrych śladów łez, których słony smak czułam w ustach.
                 Może powinnam udać się do jakiegoś psychologa? Może jednak najlepiej od razu do psychiatry, bo wydawało mi się, że mój problem zaczyna być naprawdę niepokojący. Ania mówiła, że to było całkiem normalne, zwłaszcza, że po raz pierwszy się tak do kogoś przywiązałam, ale coś mi mówiło, że tylko chciała mnie pocieszyć. Moje szaleństwo sięgało zenitu.
                 Nie wiem, ile minęło czasu, ale w końcu zaczęło brakować mi tchu w płucach – pewnie po części od tego, że biegłam naprawdę szaleńczym tempem, a po części dlatego, że jeszcze przy tym płakałam.
                 Stanęłam natychmiast, a dookoła siebie nie widziałam nic oprócz ciemności i nie byłam pewna, czy to przez brak latarni, czy mroczki przed oczami. Pochyliłam się na moment, opierając dłonie o kolana i próbując wyrównać oddech, ale nie było to do końca możliwe, bo nie mogłam przestać płakać. Łzy złości, łzy smutku, łzy samotności – wszystkie spływały po moich policzkach i chyba nie miały zamiaru się kończyć.
                 Przeżywałam najprawdopodobniej największy kryzysowy wieczór od czasu naszego rozstania i nawet zaczęłam się w duchu cieszyć, że może w końcu zostawię to wszystko definitywnie za sobą.
                 W drogę powrotną ruszyłam ponownie na oślep, tym razem nawet nie starając się powstrzymywać płaczu. Nie zastanawiałam się nad tym, jak wrócę do domu, całą swoją uwagę skupiłam na tym, by się wypłakać, by skończył mi się zapas łez, który gromadziłam w sobie od tak długiego czasu...
                 I to był błąd.
                 Ujrzałam przed sobą dwa jasne punkty i przez chwilę wydawało mi się, że to mógł być rynek, że mogłam być już prawie w domu. Minęło kilka długich sekund nim zorientowałam się, że w moją stronę pędziło auto osobowe należące do kogoś, kto na pewno nie spodziewał się spotkać na ciemnej drodze zapłakanej biegaczki. Odwróciłam się natychmiast, chcąc uciekać, ale najpierw nogi nie chciały mnie słuchać, a potem najzwyczajniej w świecie było już za późno.
                 Najpierw usłyszałam pisk opon, ale dźwięk ten dochodził gdzieś z oddali i dało mi to nadzieję na skuteczną ucieczkę.
                 A potem czułam pod sobą tylko twardy asfalt i wykrzyczane przez mężczyznę przekleństwo.
                 Nie straciłam przytomności. Zdążyłam uskoczyć na bok i uciec przed śmiercią pod kołami. Przenikliwy ból dręczył prawą nogę na tyle, że nie miałam siły się podnieść.

                 - Proszę pani! – wykrzyknął ktoś w moją stronę, ale nie miałam ochoty odpowiadać. Ból kompletnie mnie obezwładnił, a potem była już tylko ciemność.


__________________
Najpierw ją zostawił Luca, teraz prawie potrącił ją samochód... Nie ma lekko. 

3 komentarze:

  1. Nie ma. Ale życzę jej, żeby w końcu było dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  2. jezu, co ty jej robisz? kurde, jak ona jeszcze teraz będzie musiała skończyć karierę to już będzie dla niej zdecydowanie zbyt wiele.

    OdpowiedzUsuń
  3. nie każ jej tak bardzo cierpieć, już wystarczy, że Luca okazał się być idiotą.

    OdpowiedzUsuń