piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 18

                 Treningi na siłowni były naprawdę ciężkie. Narzuciłam sobie od samego początku niezłe tempo, a ambicja kazała robić mi więcej powtórzeń niż pozostałe atletki, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku i ludzkiej wytrzymałości. Chciałam wrócić do formy, chciałam wrócić do tej swojej bardzo dobrej formy z igrzysk, chciałam znowu znaleźć się wśród najlepszych, a jedyną drogą do tego była ciężka praca i hektolitry wylanego potu. Mimo że po siłowni zazwyczaj zaraz po przekroczeniu progu kładłam się do łóżka, bardzo lubiłam tam ćwiczyć, bo wiedziałam, że to mi pomagało. Później, na treningach na bieżni, zaczęłam zauważać zmiany – wchodziłam na coraz wyższy poziom.
                 Meeting w Rzymie, zaledwie tydzień po weselu w Krakowie, nie poszedł mi najlepiej, ale wiedziałam, że nic nikomu w świecie sportu łatwo nie przychodziło i na efekty musiałam zaczekać. Oczywiście, nie czekać biernie, ale ćwiczyć i dawać z siebie wszystko, żeby móc wejść do finałów na kolejnych zawodach. Podchodziłam do wszystkiego z dozowanym optymizmem i ciągle niemalejącymi ambicjami.
                 Luca w nowym klubie radził sobie naprawdę dobrze, bo oto na znacznej większości meczów występował w pierwszym składzie. Gdy tylko byłam w stanie, przychodziłam na jego mecze i gorąco dopingowałam wraz z innymi wybrankami siatkarzy, pośród których, szczerze mówiąc, czułam się tragicznie niezręcznie.
                 Bardzo ucieszyłam się, kiedy wolny dzień wypadł mi akurat wtedy, kiedy do Modeny na mecz przyjechał zespół z Trento, którego zawodnikiem był Łukasz.
                 Nie utrzymywałam z Żygadło jakichś poważnych kontaktów. Od czasu do czasu zadzwonił on, czasem to ja zadzwoniłam, chwilę pogadaliśmy i to by było na tyle. Cieszyłam się, że nasza znajomość całkiem nie przepadła, ale nosiłam w sobie taką potrzebę, żeby jednak porozmawiać z nim dłużej, żeby się spotkać tak, jak wtedy w Krakowie i, tak jak wtedy, stracić rachubę czasu. Wiedziałam jednak, że w ciągu sezonu, kiedy obydwoje mieliśmy niezwykle napięte terminarze, nie było na to szans, więc nie robiłam sobie zbędnych nadziei.
                 I chyba dlatego tak uradował mnie ten mecz.
                 Włoscy kibice rozszaleli się już na samym początku, chociaż oczywistym było, że nie będą w stanie dorównać atmosferze w polskich halach. Niemniej jednak, nie dawali za wygraną i śpiewali, skakali, krzyczeli, klaskali – jednym słowem starali się dawać z siebie wszystko tak, jak gracze na boisku.
                 Moje serce zabiło szybciej, kiedy podczas przedmeczowego rozciągania Vettori posłał w moim kierunku ciepły uśmiech. Odpowiedziałam mu tym samym i pokazałam zaciśnięte kciuki, po czym odwróciłam wzrok, bo akurat rozmową zajęła mnie jedna z kobiet siedzących obok.
                 Oczy zwróciłam ponownie w stronę boiska dopiero, gdy usłyszałam nieco przekręcone przez spikera nazwisko Łukasza. Od razu odnalazłam go pośród innych zawodników i korciło mnie, żeby go zawołać i pokazać, że tam byłam, ale ostatecznie się powstrzymałam, bo to przecież i tak nic by nie dało. Pozostałam więc na swoim miejscu i spokojnie czekałam na pierwszy gwizdek.
                 Mecz był naprawdę zacięty, widać było walkę, a ja byłam nieco rozdarta, chociaż gdzieś tam w środku wiedziałam, że jednak byłam po stronie Modeny. Dlatego też bardzo ucieszyło mnie zwycięstwo gospodarzy. Po ostatnim gwizdku i pożegnaniu zawodników pod siatką, zaraz znalazłam się przy barierkach. Nie nalegałam jednak na spotkanie z zawodnikami, a szczególnie z jednym, tak bardzo, jak pozostali kibice, tylko cierpliwie czekałam. Bardzo zdziwiło mnie, kiedy Luca przeprosił napierające na niego tłumy i podszedł do mnie.
                 - Gratulacje, – powiedziałam – ale teraz idź do nich – skinęłam głową w stronę oczekujących i krzyczących coś ludzi.                 
                 - Si, si – odparł i przeczesał palcami mokre od potu włosy – widzimy się za jakąś godzinę?
                 - Si – odpowiedziałam, z zadowoleniem posługując się włoskim.
                 Zaraz, kiedy odwrócił się do mnie plecami, podeszła do niego włoska dziennikarka trzymająca dyktafon i rozpoczęła wywiad.
                 Stwierdziłam, że mając tyle czasu, mogłam spróbować dostać się do Łukasza, który rozciągał się po meczu na płycie boiska. Kiedy upewniłam się, że ochrona nie zakuje mnie w kajdanki za przekroczenie barierek, podeszłam do niego z szerokim uśmiechem.
                 - Gośka, cześć! – zawołał uradowany i poklepał kawałek podłogi obok siebie. Posłusznie zajęłam wskazane miejsce i przytuliłam siatkarza na powitanie.
                 - Cześć, cześć – odrzekłam równie szczęśliwa. – Jak leci?
                 - Nie za dobrze, jak się okazuje – odparł i chyba mimowolnie zerknął w stronę tablicy z wynikiem. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, bo wygrana klubu z Modeny bardzo mnie cieszyła.
                 - Są wygrane i przegrane – powiedziałam spokojnie. – Taki jest sport.
                 - Wiem – uśmiechnął się w moją stronę. – A jak tobie idzie? Wracasz na światowe stadiony?
                 - Powoli – stwierdziłam, wlepiając wzrok w podłogę. – Na razie cisnę na siłowni i na bieżni.
                 - A rezultaty przyjdą same, jak będziesz tak cisnąć – mężczyzna zaśmiał się i objął mnie.
                 Jakiś czas później zorientowaliśmy się, że sala prawie całkowicie opustoszała, ostali się tylko najbardziej cierpliwi kibice, przeprosił więc i powiedział, że jak tylko znajdziemy obydwoje wolną chwilę, to koniecznie spotkamy się gdzieś w połowie drogi między Trento a Modeną na kawie. Chętnie, nawet bardzo chętnie, się zgodziłam i pożegnałam, po czym pobiegłam przed wejście, gdzie miałam zaczekać na Vettoriego. Całe szczęście, przybyłam tam chwilę przed nim, więc kiedy tylko się pojawił, mogliśmy spokojnie ruszyć z powrotem do domu.


                 - Skąd znasz Łukasza Żygadło ? – zapytał, kiedy siedzieliśmy na kanapie przed telewizorem włączonym na którymś z kanałów muzycznych. Głowę ułożyłam na jego ramieniu i teraz cały wzrok skupiłam na naszych splecionych palcach i jego kciuku gładzącym skórę mojej dłoni.
                 - W sumie na igrzyskach – odpowiedziałam. – Lecieliśmy tym samym samolotem, poza tym przecież jesteśmy z tej samej reprezentacji i jakoś tak się złożyło, że utrzymaliśmy kontakt.
                 - To ilu jeszcze mężczyzn tam poznałaś? – zapytał i przez chwilę myślałam, że żartuje, ale potem nagle przestałam być tego taka pewna.
                 - Daj spokój, przecież nie widziałeś pod moim pokojem żadnej kolejki, nie? – Siatkarz przytaknął mi i tym oto sposobem skończyliśmy temat, który zaczynał się robić bardzo niewygodny, a atmosfera z ciepłej zaczęła przechodzić w bardzo niezręczną.
                 Wróciliśmy do poprzedniego stanu, w którym w milczeniu obserwowaliśmy nasze splecione dłonie i poczułam, jak nastrój się zmienia. Całe napięcie powoli, ale konsekwentnie, znikało, aż w końcu chyba postanowiliśmy zapomnieć o tej krótkiej i dosyć dziwnej rozmowie i wrócić do normalności.
                 - Jak ci się dzisiaj grało? – spytałam, nie mogąc wpaść na nic lepszego. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, jak głupio to musiało zabrzmieć.
                 - Bardzo dobrze – odparł zwięźle, po czym przygryzł dolną wargę.
                 Nagle zachciało mi się śmiać, bo przypomniałam sobie wszystkie książki, które czytałam i wszystkie filmy, które widziałam, w których ukochana bardzo dekoncentrowała swojego wybranka, a ja kiedyś myślałam, że to była prawda.
                 - I nie sprawiam, że nie możesz się skupić? – zażartowałam zbliżając swoją twarz do jego twarzy.
                 - W tym momencie? W tym momencie nie mogę – zaśmiał się i puścił oczko. – Ale jeśli chodzi ci o boisko... Na boisku doping cię niesie, tak jak ciebie na stadionie – wyjaśnił. – A jeśli wiesz, że gdzieś za tobą na trybunach obserwuje cię taka jedna, która jest dla ciebie wyjątkowa, to ona po prostu dodaje ci skrzydeł.
                 - Dodaję ci skrzydeł? – to brzmiało ciekawie, więc chciałam się upewnić, czy aby dobrze usłyszałam i czy aby na pewno to ja byłam tą wyjątkową.
                 - Tak, amore mio – powiedział spokojnie.

                 Wyciągnął wolną rękę, która mnie objął i przyciągnął do siebie, jakby chciał potwierdzić swoje słowa. Ale ja nie potrzebowałam żadnego potwierdzenia, bo dla mnie nie musiał wypowiadać ani jednego słowa – wierzyłam jego ciepłym oczom.

_______________________
Kolejny supersłodki rozdział dla uśpienia czujności.

1 komentarz:

  1. Lucaaa, ale pytanie, wstydziłbyś się. Ty mi tu nie usypiaj czujności, i tak wiem, że to podejrzane, kiedy tak długo jest dobrze.

    OdpowiedzUsuń