Treningi
na siłowni były naprawdę ciężkie. Narzuciłam sobie od samego początku niezłe
tempo, a ambicja kazała robić mi więcej powtórzeń niż pozostałe atletki,
oczywiście w granicach zdrowego rozsądku i ludzkiej wytrzymałości. Chciałam
wrócić do formy, chciałam wrócić do tej swojej bardzo dobrej formy z igrzysk,
chciałam znowu znaleźć się wśród najlepszych, a jedyną drogą do tego była
ciężka praca i hektolitry wylanego potu. Mimo że po siłowni zazwyczaj zaraz po
przekroczeniu progu kładłam się do łóżka, bardzo lubiłam tam ćwiczyć, bo
wiedziałam, że to mi pomagało. Później, na treningach na bieżni, zaczęłam
zauważać zmiany – wchodziłam na coraz wyższy poziom.
Meeting
w Rzymie, zaledwie tydzień po weselu w Krakowie, nie poszedł mi najlepiej, ale
wiedziałam, że nic nikomu w świecie sportu łatwo nie przychodziło i na efekty
musiałam zaczekać. Oczywiście, nie czekać biernie, ale ćwiczyć i dawać z siebie
wszystko, żeby móc wejść do finałów na kolejnych zawodach. Podchodziłam do
wszystkiego z dozowanym optymizmem i ciągle niemalejącymi ambicjami.
Luca
w nowym klubie radził sobie naprawdę dobrze, bo oto na znacznej większości
meczów występował w pierwszym składzie. Gdy tylko byłam w stanie, przychodziłam
na jego mecze i gorąco dopingowałam wraz z innymi wybrankami siatkarzy, pośród
których, szczerze mówiąc, czułam się tragicznie niezręcznie.
Bardzo
ucieszyłam się, kiedy wolny dzień wypadł mi akurat wtedy, kiedy do Modeny na
mecz przyjechał zespół z Trento, którego zawodnikiem był Łukasz.
Nie
utrzymywałam z Żygadło jakichś poważnych kontaktów. Od czasu do czasu zadzwonił
on, czasem to ja zadzwoniłam, chwilę pogadaliśmy i to by było na tyle.
Cieszyłam się, że nasza znajomość całkiem nie przepadła, ale nosiłam w sobie
taką potrzebę, żeby jednak porozmawiać z nim dłużej, żeby się spotkać tak, jak
wtedy w Krakowie i, tak jak wtedy, stracić rachubę czasu. Wiedziałam jednak, że
w ciągu sezonu, kiedy obydwoje mieliśmy niezwykle napięte terminarze, nie było
na to szans, więc nie robiłam sobie zbędnych nadziei.
I
chyba dlatego tak uradował mnie ten mecz.
Włoscy
kibice rozszaleli się już na samym początku, chociaż oczywistym było, że nie
będą w stanie dorównać atmosferze w polskich halach. Niemniej jednak, nie
dawali za wygraną i śpiewali, skakali, krzyczeli, klaskali – jednym słowem
starali się dawać z siebie wszystko tak, jak gracze na boisku.
Moje
serce zabiło szybciej, kiedy podczas przedmeczowego rozciągania Vettori posłał
w moim kierunku ciepły uśmiech. Odpowiedziałam mu tym samym i pokazałam
zaciśnięte kciuki, po czym odwróciłam wzrok, bo akurat rozmową zajęła mnie
jedna z kobiet siedzących obok.
Oczy
zwróciłam ponownie w stronę boiska dopiero, gdy usłyszałam nieco przekręcone
przez spikera nazwisko Łukasza. Od razu odnalazłam go pośród innych zawodników
i korciło mnie, żeby go zawołać i pokazać, że tam byłam, ale ostatecznie się
powstrzymałam, bo to przecież i tak nic by nie dało. Pozostałam więc na swoim
miejscu i spokojnie czekałam na pierwszy gwizdek.
Mecz
był naprawdę zacięty, widać było walkę, a ja byłam nieco rozdarta, chociaż
gdzieś tam w środku wiedziałam, że jednak byłam po stronie Modeny. Dlatego też
bardzo ucieszyło mnie zwycięstwo gospodarzy. Po ostatnim gwizdku i pożegnaniu
zawodników pod siatką, zaraz znalazłam się przy barierkach. Nie nalegałam
jednak na spotkanie z zawodnikami, a szczególnie z jednym, tak bardzo, jak
pozostali kibice, tylko cierpliwie czekałam. Bardzo zdziwiło mnie, kiedy Luca
przeprosił napierające na niego tłumy i podszedł do mnie.
-
Gratulacje, – powiedziałam – ale teraz idź do nich – skinęłam głową w stronę
oczekujących i krzyczących coś ludzi.
-
Si, si – odparł i przeczesał palcami mokre od potu włosy – widzimy się za jakąś
godzinę?
-
Si – odpowiedziałam, z zadowoleniem posługując się włoskim.
Zaraz,
kiedy odwrócił się do mnie plecami, podeszła do niego włoska dziennikarka
trzymająca dyktafon i rozpoczęła wywiad.
Stwierdziłam,
że mając tyle czasu, mogłam spróbować dostać się do Łukasza, który rozciągał
się po meczu na płycie boiska. Kiedy upewniłam się, że ochrona nie zakuje mnie
w kajdanki za przekroczenie barierek, podeszłam do niego z szerokim uśmiechem.
-
Gośka, cześć! – zawołał uradowany i poklepał kawałek podłogi obok siebie. Posłusznie
zajęłam wskazane miejsce i przytuliłam siatkarza na powitanie.
-
Cześć, cześć – odrzekłam równie szczęśliwa. – Jak leci?
-
Nie za dobrze, jak się okazuje – odparł i chyba mimowolnie zerknął w stronę
tablicy z wynikiem. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, bo wygrana klubu z Modeny
bardzo mnie cieszyła.
-
Są wygrane i przegrane – powiedziałam spokojnie. – Taki jest sport.
-
Wiem – uśmiechnął się w moją stronę. – A jak tobie idzie? Wracasz na światowe
stadiony?
-
Powoli – stwierdziłam, wlepiając wzrok w podłogę. – Na razie cisnę na siłowni i
na bieżni.
-
A rezultaty przyjdą same, jak będziesz tak cisnąć – mężczyzna zaśmiał się i
objął mnie.
Jakiś
czas później zorientowaliśmy się, że sala prawie całkowicie opustoszała, ostali
się tylko najbardziej cierpliwi kibice, przeprosił więc i powiedział, że jak
tylko znajdziemy obydwoje wolną chwilę, to koniecznie spotkamy się gdzieś w
połowie drogi między Trento a Modeną na kawie. Chętnie, nawet bardzo chętnie,
się zgodziłam i pożegnałam, po czym pobiegłam przed wejście, gdzie miałam
zaczekać na Vettoriego. Całe szczęście, przybyłam tam chwilę przed nim, więc
kiedy tylko się pojawił, mogliśmy spokojnie ruszyć z powrotem do domu.
-
Skąd znasz Łukasza Żygadło ? – zapytał, kiedy siedzieliśmy na kanapie przed
telewizorem włączonym na którymś z kanałów muzycznych. Głowę ułożyłam na jego
ramieniu i teraz cały wzrok skupiłam na naszych splecionych palcach i jego
kciuku gładzącym skórę mojej dłoni.
-
W sumie na igrzyskach – odpowiedziałam. – Lecieliśmy tym samym samolotem, poza
tym przecież jesteśmy z tej samej reprezentacji i jakoś tak się złożyło, że
utrzymaliśmy kontakt.
-
To ilu jeszcze mężczyzn tam poznałaś? – zapytał i przez chwilę myślałam, że
żartuje, ale potem nagle przestałam być tego taka pewna.
-
Daj spokój, przecież nie widziałeś pod moim pokojem żadnej kolejki, nie? –
Siatkarz przytaknął mi i tym oto sposobem skończyliśmy temat, który zaczynał
się robić bardzo niewygodny, a atmosfera z ciepłej zaczęła przechodzić w bardzo
niezręczną.
Wróciliśmy
do poprzedniego stanu, w którym w milczeniu obserwowaliśmy nasze splecione
dłonie i poczułam, jak nastrój się zmienia. Całe napięcie powoli, ale
konsekwentnie, znikało, aż w końcu chyba postanowiliśmy zapomnieć o tej krótkiej i
dosyć dziwnej rozmowie i wrócić do normalności.
-
Jak ci się dzisiaj grało? – spytałam, nie mogąc wpaść na nic lepszego. Dopiero
później zdałam sobie sprawę z tego, jak głupio to musiało zabrzmieć.
-
Bardzo dobrze – odparł zwięźle, po czym przygryzł dolną wargę.
Nagle
zachciało mi się śmiać, bo przypomniałam sobie wszystkie książki, które
czytałam i wszystkie filmy, które widziałam, w których ukochana bardzo
dekoncentrowała swojego wybranka, a ja kiedyś myślałam, że to była prawda.
-
I nie sprawiam, że nie możesz się skupić? – zażartowałam zbliżając swoją twarz
do jego twarzy.
-
W tym momencie? W tym momencie nie mogę – zaśmiał się i puścił oczko. – Ale
jeśli chodzi ci o boisko... Na boisku doping cię niesie, tak jak ciebie na
stadionie – wyjaśnił. – A jeśli wiesz, że gdzieś za tobą na trybunach obserwuje
cię taka jedna, która jest dla ciebie wyjątkowa, to ona po prostu dodaje ci
skrzydeł.
-
Dodaję ci skrzydeł? – to brzmiało ciekawie, więc chciałam się upewnić, czy aby
dobrze usłyszałam i czy aby na pewno to ja byłam tą wyjątkową.
-
Tak, amore mio – powiedział spokojnie.
Wyciągnął
wolną rękę, która mnie objął i przyciągnął do siebie, jakby chciał potwierdzić
swoje słowa. Ale ja nie potrzebowałam żadnego potwierdzenia, bo dla mnie nie
musiał wypowiadać ani jednego słowa – wierzyłam jego ciepłym oczom.
_______________________
Kolejny supersłodki rozdział dla uśpienia czujności.
Lucaaa, ale pytanie, wstydziłbyś się. Ty mi tu nie usypiaj czujności, i tak wiem, że to podejrzane, kiedy tak długo jest dobrze.
OdpowiedzUsuń