Minęło
trochę czasu i w sumie chyba mi przeszło.
Rozpoczął
się kolejny sezon, podczas którego postanowiłam skupić się tylko i wyłącznie na
trenowaniu i startach w zawodach i nie przejmować się za bardzo niczym poza
sportową stroną mojego życia. Czasami wieczorami, kiedy nie miałam co robić i
nachodziło mnie dziwne uczucie samotności, wydawało mi się, że zmieniałam się w
automat. Zaczynałam żyć jak robot, który pracował, spał, bez czasu na uczucia,
rodzinę, która dawno o mnie zapomniała i przyjaciół. Tego ostatniego chyba
żałowałam najbardziej i nie miałam pojęcia, jak to naprawić, chociaż tak bardzo
chciałam móc znowu porozmawiać z Anią i Darkiem. Potem jednak zasypiałam,
przychodził nowy dzień, przychodził kolejny trening i wracałam do rutyny.
Luca
Vettori nie odezwał się do mnie słowem odkąd postanowił naszą znajomość
zakończyć kilka miesięcy wcześniej. Nie przeszkadzało mi to, chociaż gdy czasem
mijałam jego stare mieszkanie w Modenie, w której nadal trenowałam, czułam coś
jakby ukłucie tuż pod sercem, szybko więc odwracałam wtedy wzrok i szłam przed
siebie. Później omijałam dobrze znaną mi uliczkę, by nie musieć patrzeć na
znajome drewniane drzwi frontowe.
Żyłam
rutyną, która w sumie przestawała mi przeszkadzać. Spać, jeść, trenować. Spać,
jeść, trenować. I tak w kółko, takie miałam wrażenie.
Pewnego
dnia jednak w końcu uderzyło mnie to, jakim robotem bez duszy się stałam. Rutyna,
owszem, była mi nawet potrzebna w życiu, bo była jedyną rzeczą, która
sprawiała, że czułam się bezpiecznie i stabilnie. Ale czy i przyjaciele nie
powinni zapewniać poczucia stabilności i bezpieczeństwa?
Tego
samego dnia zadzwoniłam do Ani, by oznajmić, że kiedy tylko znajdę kilka
wolnych dni, przylatuję do Krakowa. Przeprosiłam ją za to, że się nie
odzywałam, za co najpierw nieźle dostałam po głowie, ale potem wszystko wróciło
do normy.
Moje
krakowskie mieszkanie wydawało się jeszcze bardziej puste niż poprzednim razem.
Naprawdę miałam wrażenie, że nie zostało w nim już nic więcej oprócz starej kanapy,
stolika do kawy i telewizora, który był włączony właściwie non stop, kiedy
nigdzie nie wychodziłam.
Słuchałam
muzyki, ale kiedy nagle wszystkie muzyczne stacje zasypywały widzów reklamami,
postanowiłam poszukać jakiegoś ciekawego i może nawet ambitnego programu na
wieczór. Naciskałam guzik pilota i patrzyłam, jak obrazy na ekranie
zmieniają się z sekundy na sekundę. W końcu, jakby odruchowo, mój wzrok
przyciągnął jeden ze sportowych kanałów transmitujący siatkarska ligę mistrzów,
tak mi się przynajmniej wydawało. Nie przełączyłam więc na kolejną stację,
uważnie przyglądając się zawodnikom na boisku.
I
wtedy go zobaczyłam.
-
Och, cześć, co słychać? – rzuciłam w stronę telewizora, czując, jak w gardle
rośnie mi gula.
Spod
zmrużonych powiek obserwowałam, jak Vettori w koszulce swojego nowego klubu
pewnym krokiem zmierza za dziewiąty metr, żeby wykonać zagrywkę. Widziałam
dokładnie, jak wyrzuca sobie piłkę do góry, wykonuje kilka kroków nabiegu,
wysoko wyskakuje i uderza żółto-granatowy obiekt, trafiając idealnie.
Przeciwnik nie miał szans poradzić sobie z tak wykonanym serwisem, więc skończyło
się to punktem dla drużyny Włocha.
-
Pamiętasz, jak powiedziałeś mi kiedyś, że moja obecność na hali dodaje ci
skrzydeł? – zadałam pytanie nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. – Myślę,
że kłamałeś – dodałam po chwili.
Zespoły
rozgrywały kolejne akcje. Wyciszyłam telewizor, bo nie miałam ochoty słuchać
komentatorów wykrzykujących znane mi nazwiska, w tym to jedno szczególne. Nie
miałam ochoty słuchać dopingującej publiczności, która w tamtym momencie była
dla mnie zbyt głośna. Chciałam posłuchać ciszy, która zawsze była dla mnie
czymś przyjemnym i kojarzyła mi się z pięknymi chwilami spędzonymi właśnie z
nim w Modenie.
Cisza.
Cisza,
tylko ty i ja.
I
dzielące nas szkło, które sprawiało, że przez chwilę myślałam, że wcale nie
dzieliły nas tysiące kilometrów.
Zacisnęłam
powieki i pokręciłam głową. Chyba jednak nie było ze mną tak dobrze, jak
myślałam, że było. A przynajmniej było dobrze dopóki go ponownie nie
zobaczyłam.
-
Wariuję – wyszeptałam.
Chyba
właśnie dlatego przed tamtymi igrzyskami byłam taką zdecydowaną singielką,
stanowczo odmawiającą wszelkim zalotom ze strony płci męskiej. Moim zdaniem
zakochani zawsze byli ludźmi szalonymi i kompletnie nieprzewidywalnymi, a ja
tego nie potrzebowałam. Wtedy pojawił się on i sprawił, że o moich poglądach
całkiem zapomniałam, a teraz żałowałam. Najbardziej chyba żałowałam tego, że
bycie częścią czegoś tak niezwykłego tak bardzo mi się spodobało, że bez niego
zaczynałam wariować. A chciałam być silna. Musiałam być silna, bo nic innego mi
już nie pozostało.
Kolorowy
ekran ponownie przyciągnął mój wzrok, a odnalezienie na boisku Vettoriego nie
było dla mnie trudnym zadaniem.
-
Przecież gdybym dodawała ci skrzydeł, teraz byś tak nie grał – powiedziałam
cicho po jego kolejnym już świetnie wykonanym ataku. – Gdybym wiedziała, że ci
przeszkadzam, nie przychodziłabym na twoje mecze, kretynie – kontynuowałam swój
wywód w stronę telewizora.
Nawet
nie miałabym mu za złe, gdybym usłyszała coś takiego z jego ust. Zawsze
chciałam, żeby grał jak najlepiej, żeby był coraz lepszy w swoim fachu i nie
chciałam mu zawadzać. Nie chciałam nikomu zawadzać. Dobrze więc, że uprawiałam
dyscyplinę tak indywidualną, że nikogo nie musiałam przepraszać za swoje błędy.
Nikogo oprócz siebie, ale lepiej mieć na sumieniu tylko swoją porażkę, nie
całej drużyny. Tak było łatwiej.
Westchnęłam
głęboko i wstałam. Chwilę pochodziłam po pokoju, co jakiś czas zerkając kątem
oka w stronę telewizora. Nie trwało to długo, bo po kilkunastu sekundach
ponownie usiadłam.
Kilka
westchnięć później znów się odezwałam.
-
Tęsknisz za mną chociaż troszeczkę? – wyszeptałam w końcu, czując jak do oczu
napływają mi łzy. Od początku chciałam zadać mu to pytanie, chociaż zdawałam
sobie sprawę z tego, że to nie była prawdziwa rozmowa i nie mogłam oczekiwać
odpowiedzi. – Ja za tobą cholernie, chociaż nie chcę się do tego przed nikim przyznać,
nawet przed samą sobą... ale chyba właśnie to zrobiłam – dodałam, opuszczając
wzrok.
Mężczyzna
za szkłem nawet nie spojrzał w moją stronę, za bardzo koncentrował się na
swojej grze i na tym, żeby upewnić się, że po następnym spektakularnym ataku
piłka odbije się od parkietu wysoko w górę. Uznałam, że nie była to raczej
odpowiedź twierdząca.
Musiałam
ponownie wstać, żeby rozchodzić wszystkie myśli, które zatruwały w tamtym
momencie mój umysł. Po chwili stwierdziłam jednak, że chodzenie nie wystarczało,
że chciałam pobiegać, ale odkładałam to na tyle długo, na ile się dało i
starałam się wmówić sobie, że to nie po to, by jeszcze przez chwilę nacieszyć
się jego widokiem.
Uznałam,
że dobrym czynnikiem relaksacyjnym może być muzyka, sięgnęłam więc ręką do
radia i włączyłam ulubioną stację pozwalając, by dźwięki zagłuszyły słuchanej
dotąd przeze mnie ciszy. Nie spodobali mi się jednak smęcący wykonawcy, którzy
tylko pogarszali sprawę, która i tak była już beznadziejna. Rozpaczliwie
atakowałam przycisk, żeby zmienić stację, ale chyba wszyscy tam się zmówili i
stwierdzili, że mnie dobiją najsmutniejszymi piosenkami, jakie tylko znajdą.
-
To są kurwa jakieś żarty – wymruczałam, kiedy nie znalazłam niczego, co mogłoby
mi pomóc.
W
końcu nie pozostało mi już nic innego, chwyciłam więc moje ulubione buty do
biegania w kolorze odblaskowej zieleni, założyłam je i wyszłam z domu, nawet
nie przejmując się za bardzo tym, czy zgasiłam światło. Potrzebowałam
porządnego wysiłku, żeby razem z potem pozbyć się wszystkich negatywnych
emocji, które wręcz we mnie kipiały.
Biegłam
cały czas przed siebie, wsłuchując się w miarowe tempo odgłosu moich kroków. Ta
ich monotonia chyba mnie uspokajała.
Nie
zorientowałam się nawet, kiedy świat stał się jakiś taki bardziej zamazany.
Dopiero kiedy dotknęłam opuszkami palców swoich policzków, zorientowałam się, że
płakałam. Ale właściwie dlaczego?
Nie
rozumiałam samej siebie, nie rozumiałam swoich emocji, nie rozumiałam tych
wszystkich uczuć, które najpierw sprawiły, że miałam wrażenie, że mogłam siłą
woli przenieść Giewont pod Rzym, a teraz były przyczyną mokrych śladów łez,
których słony smak czułam w ustach.
Może
powinnam udać się do jakiegoś psychologa? Może jednak najlepiej od razu do
psychiatry, bo wydawało mi się, że mój problem zaczyna być naprawdę
niepokojący. Ania mówiła, że to było całkiem normalne, zwłaszcza, że po raz
pierwszy się tak do kogoś przywiązałam, ale coś mi mówiło, że tylko chciała
mnie pocieszyć. Moje szaleństwo sięgało zenitu.
Nie
wiem, ile minęło czasu, ale w końcu zaczęło brakować mi tchu w płucach – pewnie
po części od tego, że biegłam naprawdę szaleńczym tempem, a po części dlatego,
że jeszcze przy tym płakałam.
Stanęłam
natychmiast, a dookoła siebie nie widziałam nic oprócz ciemności i nie byłam
pewna, czy to przez brak latarni, czy mroczki przed oczami. Pochyliłam się na
moment, opierając dłonie o kolana i próbując wyrównać oddech, ale nie było to
do końca możliwe, bo nie mogłam przestać płakać. Łzy złości, łzy smutku, łzy
samotności – wszystkie spływały po moich policzkach i chyba nie miały zamiaru
się kończyć.
Przeżywałam
najprawdopodobniej największy kryzysowy wieczór od czasu naszego rozstania i
nawet zaczęłam się w duchu cieszyć, że może w końcu zostawię to wszystko
definitywnie za sobą.
W
drogę powrotną ruszyłam ponownie na oślep, tym razem nawet nie starając się
powstrzymywać płaczu. Nie zastanawiałam się nad tym, jak wrócę do domu, całą
swoją uwagę skupiłam na tym, by się wypłakać, by skończył mi się zapas łez,
który gromadziłam w sobie od tak długiego czasu...
I
to był błąd.
Ujrzałam
przed sobą dwa jasne punkty i przez chwilę wydawało mi się, że to mógł być
rynek, że mogłam być już prawie w domu. Minęło kilka długich sekund nim
zorientowałam się, że w moją stronę pędziło auto osobowe należące do kogoś, kto
na pewno nie spodziewał się spotkać na ciemnej drodze zapłakanej biegaczki.
Odwróciłam się natychmiast, chcąc uciekać, ale najpierw nogi nie chciały mnie
słuchać, a potem najzwyczajniej w świecie było już za późno.
Najpierw
usłyszałam pisk opon, ale dźwięk ten dochodził gdzieś z oddali i dało mi to
nadzieję na skuteczną ucieczkę.
A
potem czułam pod sobą tylko twardy asfalt i wykrzyczane przez mężczyznę przekleństwo.
Nie
straciłam przytomności. Zdążyłam uskoczyć na bok i uciec przed śmiercią pod
kołami. Przenikliwy ból dręczył prawą nogę na tyle, że nie miałam siły się
podnieść.
-
Proszę pani! – wykrzyknął ktoś w moją stronę, ale nie miałam ochoty odpowiadać.
Ból kompletnie mnie obezwładnił, a potem była już tylko ciemność.
__________________
Najpierw ją zostawił Luca, teraz prawie potrącił ją samochód... Nie ma lekko.
Nie ma. Ale życzę jej, żeby w końcu było dobrze.
OdpowiedzUsuńjezu, co ty jej robisz? kurde, jak ona jeszcze teraz będzie musiała skończyć karierę to już będzie dla niej zdecydowanie zbyt wiele.
OdpowiedzUsuńnie każ jej tak bardzo cierpieć, już wystarczy, że Luca okazał się być idiotą.
OdpowiedzUsuń